Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Potwór

Nie jestem pewien, po co to piszę. Prawdopodobnie na wypadek gdyby coś mi się stało... Nie zrozumcie tego jednak specjalnie kategorycznie; jak na razie ani myślę wybierać się na tamten świat, nie poluje na mnie żaden psychopatyczny morderca, ani też nie jestem obiektem zainteresowania jakiejś tajnej agencji rządowej. Nic z tych rzeczy. Po prostu byłem świadkiem, czy też w zasadzie uczestnikiem pewnych dziwnych wydarzeń i... Co tu dużo pisać, nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście jeśli to czytacie, prawdopodobnie od spisania tych kilku słów minęło co najmniej kilkadziesiąt lat, jednak... No właśnie, jednak. Gdybym miał jakoś zatytułować parę zdań, które już udało mi się zapisać, z pewnością użyłbym słowa "jednak"...
Zacznijmy jednak od początku. Nazywam się Józej Hajliś, urodziłem się rok po rozpoczęciu II wojny światowej... Tak, tak, powiecie, że jestem stary. Ale to nieprawda. 76 lat to wcale nie tak dużo. Powiem więcej, to naprawdę niewiele. Oczywiście pod warunkiem, że odpowiednio dbało się o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. A kto jak kto, ale Józef Hajliś zawsze jadł co trzeba, odpowiednio dużo ćwiczył oraz (chyba przede wszystkim) nie martwił się... niepotrzebnymi sprawami. Chyba tak trzeba to ująć... W każdym razie dzięki tym wszystkim zabiegom wyglądam (i czuję się na tyle dobrze), że w życiu nie dalibyście mi więcej niż 55 lat. Ale to mało; mój lekarz stwierdził, że mam organizm czterdziestolatka i jeśli nie załapię jakiegoś wrednego choróbska, powinienem cieszyć się pełną sprawnością jeszcze co najmniej przez dwadzieścia lat. Dla mnie to trochę mało, ale gdyby prawdziwa starość dopadła mnie dopiero po setce... Cóż, to chyba nie taka przerażająca perspektywa, jak sądzicie? No, ale dość już tych dysput o moim wieku i zdrowiu; wystarczy wam wiedzieć, że czuję się wspaniale i nijak nie pasuje do mnie określenie staruszek. Tym bardziej, że od kilku miesięcy spotykam się z pewną miłą pielęgniarką po czterdziestce (wiem, wiem, trochę stara, ale babka trzyma się naprawdę dobrze) i... cóż, przeszło mi nawet przez myśl, czy nie założyć z nią rodziny. Oczywiście nie mielibyśmy co liczyć na gromadkę dzieci, ale jedno, może dwoje, jeśli byśmy się pospieszyli... Nie jestem jeszcze co do tego do końca przekonany, przez całe życie ceniłem sobie wolność, swobodę... No i nie lubię dzieci, po prostu ich nie znoszę. Są takie denerwujące, przekorne i... Cóż, chyba mają w sobie za dużo mnie samego z trochę wcześniejszych czasów. Tak czy siak, w pewnym wieku każdy człowiek (nawet ten, który zamierza żyć co najmniej wiek) zastanawia się, co po sobie zostawi. Czy tym, co zostanie po mnie, będzie tylko stare niemieckie pudełko, a raczej to, co w nim jest? Mam nadzieję, że nie. To byłoby naprawdę... żałosne. Tak, to chyba odpowiednio słowo. Żałosne. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy nie namówić mojej pielęgniareczki na odstawienie pigułek. Chociaż... Zresztą, to nieistotne. Muszę w końcu skupić się na celu tego pisania, a nie przedstawiać tutaj moją autobiografię, bo jak tak dalej pójdzie, zapiszę cały zeszyt, nie wspomniawszy choćby słowem o potworze.
Tak, chodzi o potwora. W pudełku, które należy do mnie od przeszło 70 lat, jest potwór (przynajmniej mam nadzieję, że jeszcze tam jest). Ale zacznijmy od początku.
Miałem cztery albo pięć lat (dobra, przyznaję się, jeśli mam jakiekolwiek problemy ze zdrowiem to jest to skleroza. Nie jakiś tam alzheimer czy demencja starcza; po prostu czasem o czymś zapomnę. Ale tylko czasem), kiedy ojciec podarował mi przywiezione z Niemiec pudełko. Niezbyt duże (wielkości, dajmy na to, litrowego opakowania po soku), ale ładnie ozdobione. Wprawdzie najprawdopodobniej mój ojczulek kupił je na jakimś targu, względnie w pracowni niezbyt zamożnego rzemieślnika, jednak wygląda naprawdę pięknie - to mogę stwierdzić dzisiaj. Wtedy natomiast (pewnie głównie ze względu na swój wiek, choć zapewne również z powodu specyfiki tamtych czasów) było ono dla mnie po prostu arcydziełem. Walcowate zdobienia boków cechowały się (a w sumie nadal się cechują) majestatyczną wręcz prostotą i perfekcyjnym wykończeniem. Na niewielkim zamku umocowany był piękny, oszlifowany bursztyn, a w klapkę pudełka udało się wykonawcy jakimś cudem wmontować zupełnie płaski, kwadratowy niemalże czarny kamień. Kiedy patrzyło się na niego z bliska, wydawało się, że ma on za zadanie chronić przed światem zewnętrznym coś, co znajdowało się w środku (dopiero wiele lat później przyszło mi do głowy, że być może jego zadaniem było chronienie świata zewnętrznego przed tym, co schowało się wewnątrz). Jedynie w środku pudełko było nieozdobione i zupełnie nieciekawe, jedynie sześć ścianek nieobrobionego nawet metalu. Nic dziwnego, że cztero - (czy pięcio) latek nie interesował się wnętrzem, a jedynie obudową takiego przedmiotu. Nic dziwnego, że zajrzał do niego jedynie przelotnie, po czym szybko zamknął, by kontemplować pudełko z zewnątrz. Nic dziwnego, że nie zauważył wtedy tego, co kryło się wewnątrz. Nic dziwnego... A jednak, gdy o tym myślę, jestem niemalże pewien, że przez tę krótką, niegodną uwagi chwilę, kiedy pierwszy raz zajrzałem do pudełka, nie zobaczyłem tam absolutnie nic. Oczywiście mogłem tego nie dostrzec, mogłem o tym zapomnieć, mogłem to nawet nieświadomie wyrzucić z pamięci, lecz tak naprawdę jestem święcie przekonany, że potwora tam nie było. Wtedy. Jeszcze wtedy.
Jakieś dwa tygodnie później przydarzył mi się niezbyt przyjemny wypadek. Miałem wtedy psa. Nazwałem go Wunder (brzmiało dużo lepiej niż Cud). Mógłbym powiedzieć, że był naprawdę niezwykłym zwierzakiem; potrafił wyciągać pierwiastki, recytować "Pana Tadeusza" albo coś w tym stylu, ale tak między Bogiem a prawdą to po prostu nie pamiętam, czemu. I bynajmniej nie wynika to z mojej sklerozy; wydaje mi się, że nawet wtedy nie wiedziałem już, dlaczego Wonder nie był Ciapkiem. Może po prostu chciałem być oryginalny? Jakby nie było, tamtego dnia widziałem swojego psa po raz ostatni. Czy zdechł z mojej winy? Pewnie po części tak. Jeśli ktoś rzuca zwierzęciu patyk na drugą stronę ulicy, musi liczyć się z tym, że w wypadku, gdy akurat w tym momencie przejedzie przez nią wielka wojskowa ciężarówka i zgniecie biedne stworzenie, to właśnie on będzie ponosił winę za jego śmierć. Tylko, że kilkuletnie dziecko nie myśli tak jak dorosły, to raz. Samochodów było wtedy na ulicach naprawdę mało, to dwa. Wreszcie, robiło tak wiele innych dzieci (i to w większości dużo starszych) i nigdy nie zdarzyło się, by któreś z nich spowodowało przez to śmierć swojego pupila. Tyle na moje usprawiedliwienie. Rozumiecie chyba, że tak naprawdę nie miałem większych powodów, by obwiniać się o los, jaki spotkał Wondera (przynajmniej patrząc na sprawę czysto racjonalnie), jednak kilkuletni dzieciak zawsze pozostanie tylko kilkuletnim dzieciakiem i zawsze w takich sytuacjach będą go dręczyły mniejsze lub większe wyrzuty sumienia. W moim przypadku wchodziły w grę te drugie; kiedy otrząsnąłem się już z szoku i dotarło do mnie (przynajmniej o tyle, o ile może dotrzeć to do kogoś w takim wieku), że Wonder naprawdę nie żyje, zupełnie zamknąłem się w sobie. Nie wyszedłem z domu ani tego dnia, ani następnego i gdybym przez przypadek nie wziął do rąk niemieckiego pudełka, z pewnością trwałoby to jeszcze dłużej. Na swoje szczęście (czy też nieszczęście) nie mając co robić w pustym pokoju, zacząłem bezwiednie wpatrywać się w prezent od ojca. Z początku moje spojrzenie było jedynie machinalnym wodzeniem oczami po bokach przedmiotu, który teraz już wcale nie wydawał mi się tak piękny i niesamowity, jednak po kilkunastu minutach z odrętwienia wyrwało mnie jego lekkie drżenie. Drżenie tak delikatne, że nie mogłem mieć nawet pewności, czy nie było tylko złudzeniem, lecz wystarczyło, bym po raz pierwszy od czasu nieszczęsnego wypadku zainteresował się czymkolwiek innym.
Zaintrygowany powodem, dla którego pudełko się trzęsie, powoli sięgnąłem ku niemu ręką i, po chwili wahania, ująłem je w dłonie. Kiedy tylko to uczyniłem, nie miałem już wrażenia, że pudełko drży. Prawdę mówiąc, nie miałem wrażenia, żeby działo się z nim cokolwiek. Zrezygnowany, odkładałem je z powrotem na półkę, by na nowo pogrążyć się w rozpaczy, kiedy wyczułem jakiś niezbyt przyjemny zapach. Byłem wtedy zbyt młody, że móc skojarzyć go z jakąkolwiek znaną mi wonią, jednak wiele lat później, kiedy miałem nieszczęście poczuć odór przypalanego drobiu, przypomniałem sobie właśnie tamtą chwilę. Z początku nie przypuszczałem nawet, że źródło owego smrodu ma coś wspólnego z pudełkiem, jednak kiedy odłożyłem je wreszcie na półkę, aby sprawdzić, co też może tak cuchnąć, zdałem sobie sprawę, że czuję już tylko rześkie letnie powietrze.
- Co się dzieje? – powiedziałem sam do siebie, nie mogąc zrozumieć, czemu już drugi raz to, czego doświadczałem, okazywało się tylko ułudą.
Na swoje szczęście czy nieszczęście znów wziąłem jednak w dłonie pudełko, w tym samym momencie znów czując jeszcze intensywniejszy teraz odór. Wiedziałem już, że jego źródło musi znajdować się we wnętrzu przedmiotu. Wiedziałem też, nawet mimo ledwie kilku lat na karku, że takiego zapachu nie może wydzielać metal ani żaden z materiałów, jakimi go ozdobiono. Jasne więc było, że jest tam coś, czego wcześniej nie zauważyłem, alb też coś, co jakiś sposobem się do środka dostało. W pierwszej chwili miałem ochotę wyrzucić pudełko przez okno i uciec jak najdalej od niego. Nie powinno to specjalnie dziwić; dzieci w tym wieku boją się czasami rzeczy zupełnie niestrasznych i niegroźnych, szczególnie wtedy kiedy są zdane tylko na siebie. Poza tym jednak istnieje jeszcze ich największa namiętność – zaspokajanie często zresztą nadmiernej ciekawości. W tym przypadku, jak w wielu podobnych na całym świecie, zwyciężyła ona nad lękiem, pozwalając mojej spoconej dłoni sięgnąć do zamka pudełka. Powoli uchyliłem wieko i pochyliłem się nad przedmiotem. Nie dostrzegłem jednak nic niezwykłego, wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Kiedy już miałem ofukać się w myślach za zbyt strachliwe zachowanie, nagle go zobaczyłem. Pierwszy raz ujrzałem potwora.
Krzyknąłem tak głośno, że do dziś nie mogę zrozumieć, czemu nie zaalarmowałem tym hałasem nikogo z domowników. Jednocześnie gwałtownie szarpnąłem się w tył, zrzucając pudełko na ziemię. Byłem tak sparaliżowany strachem, że nawet nie zauważyłem, kiedy potwór również znalazł się na podłodze i zaczął pełznąć w moim kierunku.
Zanim wyjawię wam, jak naprawdę potwór wygląda (czy też raczej wyglądał, bo od tamtego czasu przeszedł pewną… metamorfozę), musimy sobie coś wyjaśnić. Zacznijmy od koszmarów. Nie, nie tych koszmarów życia codziennego, lecz koszmarów sennych. A ma je chyba każdy, prawda? No, dobra; prawie każdy. Mam jednak nadzieję, że wy do tej wyjątkowo niewielkiej grupy szczęśliwców się nie zaliczacie, gdyż w przeciwnym razie nie zrozumiecie tego, co chcę wam powiedzieć. Otóż czasami, jeszcze kilka chwil po przebudzeniu z wyjątkowo przerażającego snu wszystkie nasze zmysły (oraz, przy okazji, zdolność racjonalnej oceny zagrożenia) są nadal sparaliżowane nigdy niespotykanym na jawie strachem. Kiedy jednak od czasu powrotu z nieznanego Kadath czy też innej krainy koszmarów, minie już kilka chwil, same zdarzenia wydają się nam być wcale nie tak straszne, jakie były podczas samego śnienia i jeszcze kilkadziesiąt sekund później. Przerażenie budzi już tylko samo wspomnienie przeżywania snu i choć nikt nie chciałby powrotu takiego koszmaru (czasami do takiego stopnia, że ze wstydem złapałby się na strachu przed ponownym odejściem w objęcia Morfeusza) to racjonalny umysł nie widziałby w nim nic, co mogłoby wywołać aż tak dojmujący strach. Najgorzej jednak jest, kiedy chce się podzielić swoimi wrażeniami z kimś inny. Okazuje się wtedy bowiem (i tu dochodzimy do sedna sprawy), że zupełnie nie potrafimy przekazać innemu opowieści o naszym koszmarze, ponieważ w momencie, gdy ubieramy nasze doświadczenie w słowa okazuje się ono banalne, błahe, a przede wszystkim kompletnie niestraszne. Część ludzi (ci bardziej szczerzy i bezpośredni), jakim opowiada się takie sny, odpowiada po prostu – A co w tym takiego strasznego? (w nieco bardziej sarkastycznej wersji – A kiedy zacznie się koszmar?), a opowiadający może odpowiedzieć tylko – Gdybyś sam to przeżył, też byś to czuł. Znacie to uczucie, kiedy nie możecie wyrazić ludzkim (czyli w sumie żadnym wam znanym) językiem tego, co czuliście? Znacie to uczucie, kiedy spotykacie się z czymś, czego nie można opisać określając jedynie kształt, barwę, zapach czy jakiekolwiek inne parametry fizyczne? Wreszcie czy znacie to uczucie, kiedy coś budzi w was paraliżujący lęk bez żadnej (lub prawie żadnej) konkretnej przyczyny, a mimo to za nic w świecie nie możecie pozbyć się wrażenia wszechogarniającego strachu pojawiającego się za każdym razem, kiedy doświadczacie kontaktu z jego źródłem? Jeśli tak, to rozumiecie już, co czułem, gdy zobaczyłem potwora. Przynajmniej pierwszy raz. Potem bowiem przyczyny strachu, trochę się, że tak się wyrażę, skonkretyzowały.
Wyglądał trochę jak pędrak. Albo dżdżownica. Nie miał oczu, nosa ani uszu – tylko podłużne, pierścieniowate cielsko, zwężone na obu końcach i dość znacznie napęczniałe na środku. Odcień jego skóry balansował gdzieś pomiędzy barwą utuczonej maciory a kolorem zabrudzonego śniegu. Już samo to sprawiało, że z miejsca stał się on najohydniejszym stworzeniem, jakie w życiu widziałem. Najbardziej obrzydliwy był jednak sposób jego poruszania się – potwór pokonywał odległość, jaka mnie od niego dzieliła, jakby ślizgając się po dziwnej lepkiej substancji, jaką wydzielało jego ciało. Cały czas wystawiał przy tym jeden koniec swojego odrażającego cielska daleko w przód, kiwając się na boki i lekko drżąc, jak gdyby próbował coś wywęszyć. Czy jednak powodem mojego strachu była tylko jego powodująca odruch wymiotny fizjonomia? Z pewnością nie. Mogę was zapewnić, że gdybym zobaczył wyglądającego kropka w kropkę tak samo robaka (choć, prawdę mówiąc, szczerze wątpię, by takowe mogły istnieć), nie przestraszyłbym się aż tak bardzo. Owszem, zapewne stworzenie wzbudzałoby we mnie obrzydzenie, być może nawet pewien lęk, a zapewne doprowadziłoby do mojego krzyku, jednak jestem absolutnie pewien, że nie stałoby się powodem tak niewyobrażalnego przerażenia. W momencie, gdy go zobaczyłem, poczułem bowiem coś więcej, coś, co ukrywało się głęboko pod maską pełznącego plugastwa. Poczułem coś, co doskonale mnie widziało, słyszało, wąchało i odbierało jeszcze zupełnie innymi zmysłami, o jakich istnieniu my, istoty śmiertelne, nie mamy zielonego pojęcia. To coś wiedziało, kim jestem i kim mógłbym się stać. Myślę, że nieprzypadkowo pudełko trafiło akurat do mojego ojca. Myślę, że nieprzypadkowo trafiło do wszystkich poprzednich właścicieli (jeśli tacy byli, choć jestem przekonany, że potwór, w takiej czy innej formie, egzystował już od bardzo długiego czasu). Myślę, że wiedział więcej niż którykolwiek z ludzi, choć jednocześnie był od nas nieskończenie bardziej prymitywny. I chyba dlatego właśnie tak bardzo się go przestraszyłem.
On najwyraźniej to wyczuł, gdyż wydawał się sunąć ku mnie niespiesznie, jak gdyby pewny, że i tak nie uczynię mu żadnej krzywdy. A przecież, mimo, że byłem zaledwie kilkuletnim dzieckiem, bez trudu mógłbym rozgnieść dwu- czy trzycentymetrowego robaka. Bo właśnie takiej wielkości był potwór. Wiem, że wydaje się absolutnie niewyobrażalne, by tak małe stworzenie mogło wywołać tak wielkie przerażenie, jednak tak właśnie było. Zresztą podejrzewam, że gdybym jakimś cudem zdobył się na próbę unicestwienia potwora, ten w jakiś sobie przeżyłby, a być może odrodził się na nowo w pudełku. Nie wiem, teraz mogę jedynie gdybać, ale nie mam do siebie żadnych pretensji o to, że nie zareagowałem. Prawdę mówiąc, bardzo się z tego cieszę; jakikolwiek opór mógłby skończyć się dla mnie bardzo źle.
Kiedy potwór podpełznął już pod moją prawą nogę, poczułem, że zbiera mi się na wymioty. Chciałem uciekać, ale nie mogłem poruszyć choćby końcem palca, a tymczasem ohydny robak wspinał się już po mojej nodze. Miałem wrażenie, że po ciele wspina mi się jakiś starożytny, pokryty gadzimi łuskami ślimak i już samo to wystarczyłoby do przyprawienia mnie o palpitacje serca. Jednak jeszcze gorsze odczucia wzbudzała gęsta, niewiarygodnie lepka substancja, jaką wydzielał z siebie potwór i jaka zalegała mi teraz na nodze. Następnego dnia miałem w tym miejscu wielkie, obrzmiałe krosty, z jakimi nie rozstałem się przez kolejne dwa miesiące.
No i był jeszcze smród – podobny do tego, jaki poczułem, kiedy jeszcze nie widziałem potwora, jednak stokroć intensywniejszy i bardziej duszący. Nie mogłem już oddychać i, prawdę mówiąc, zaczynałem powoli mieć nadzieję, że za chwilę umrę lub chociażby stracę przytomność, ale nic takiego się nie działo – wszystkie moje zmysły wciąż ze wzmożoną intensywnością odbierały pochodzące od potwora bodźce. Nawet wtedy, kiedy robak zaczął, ohydnie rzucając końcem swojego pierścieniowatego ciała na prawo i lewo, wspinać się po mojej szyi. Nawet wtedy, kiedy powoli prześlizgnął się po moich spierzchniętych ze strachu wargach, na wiele dni pozostawiając mi w ustach obrzydliwy posmak. Nawet wtedy, kiedy wpełznął mi do ucha. Pogrążyłem się w błogiej ciemności dopiero wówczas, kiedy potwór wydał z siebie odgłos jak gdyby chrupnięcia, a moja głowa eksplodowała pod wpływem spazmu nieprawdopodobnego, przenikliwego bólu. Byłem pewny, że umarłem.
Potem widziałem wiele chaotycznych, rozmytych obrazów. Sny te jednak były na tyle niewyraźne, że zapamiętałem z nich jedynie Wundera. O dziwo, nie czułem wtedy żadnego smutku czy przygnębienia.
Obudziłem się kilka godzin później. W głowie strasznie mi szumiało, ale poza tym czułem się dość dobrze. W pierwszej chwili pomyślałem, że potwór był jedynie wytworem mojej wyobraźni, jednak kiedy poczułem porażający, obrzydliwy smród, jakim przesiąkło całe moje ubranie i zobaczyłem wciąż leżące na podłodze pudełko, wiedziałem już, że wszystko zdarzyło się naprawdę. Oczywiście dzieci wielokrotnie wyolbrzymiają wszystkie mające choć trochę posmaku nieprawdopodobności wrażenia i, obiektywnie rzecz biorąc, całkiem możliwe, że i moja fantazja dokonała tego ze wspomnieniem spotkania z tym stworzeniem. Całkiem możliwe. Tyle, że w świetle tego, co zdarzyło się później…
Na razie dość napisać, że wówczas byłem święcie przekonany o stuprocentowej prawdziwości niedawnego przeżycia. Było to tym straszniejsze, że nigdzie nie mogłem znaleźć pełzającego potwora. A jeśli skrył się w jakimś kącie, żeby dopaść mnie w nocy? – pomyślałem, nie zastanawiając się w ogóle nad tym, że tak naprawdę stwór już mnie dopadł. Działając pod wpływem impulsu, zbliżyłem się szybko na czworaka do pudełka i, nie spojrzawszy nawet do jego wnętrza, zatrzasnąłem je z siłą, o jaką sam się nie podejrzewałem. Wiedząc jednak, że potwór, jeśli faktycznie tam jest, zapewne z łatwością podważyłby wieko, odłożyłem jego misternie zdobione schronienie na półkę i obciążyłem zamknięcie kilkoma opasłymi książkami. Miałem nadzieję, że taki ciężar powstrzyma potwora choć na jakiś czas (to znaczy do momentu, kiedy zawiadomię o wszystkich rodziców).
Kiedy już uporałem się z tym problemem, strach zaczął z wolna rozluźniać uścisk, jaki niemiłosiernie utrudniał pracę mojego serca i w ogóle całego ciała. Po jakimś czasie, oczekując powrotu rodziców, zacząłem się nawet bawić drewnianą lokomotywą, jaką kiedyś dostałem od dobrego znajomego ojca. I choć wciąż z niepokojem zerkałem na przygniecione książkami pudełko, zaczynałem się czuć dość bezpieczny – potwór przecież w gruncie rzeczy nic mi nie zrobił, a teraz pewnie był już daleko stąd. Zresztą zaraz mieli wrócić rodzice i… Kiedy dziś przypominam sobie swoje ówczesne zachowanie, nie mogę wyjść z podziwu, że po prostu nie uciekłem z pokoju, nie wybiegłem na ulicę i nie krzyczałem na cały głos. Oddalenie się od miejsca zagrożenia to przecież podstawowa forma obrony, szczególnie wtedy, kiedy nie potrafi się lub nie może walczyć z niebezpieczeństwem. Dlaczego więc nie uczynił tego kilkuletni dzieciak? Myślę, że to sprawka potwora – na początku sparaliżował moje ciało, a potem umysł, doprowadzając do tego, że nie reagowałem we właściwy mi sposób. Czyli innym słowy – na jakiś znalazłem się pod jego władaniem. Chociaż z drugiej strony, o ile to pierwsze jest przeżyciem strasznym i doprowadza nieomal do utraty zmysłów, to drugie pozwoliło mi zachować więcej spokoju, który nie wyszedł mi na złe – potwór nie wrócił ani tego dnia, ani następnego. I choć rodzice nie uwierzyli w ani jedno moje słowo, a miałem nawet wrażenie, że w ogóle mnie nie słuchali – podobno dlatego, że na świecie działy się jakieś „ważne złe sprawy”, to jednak wcale nie spowodowało to u mnie poczucia ciągłego zagrożenia – chyba bardziej bałbym się, jeśli wzięliby moją historię za prawdziwą, tym samym ostatecznie urealniając istnienie potwora z pudełka. A tak, kiedy od wydarzenia minęło już trochę czasu i nie czułem już tego okropnego smrodu, nie byłem już taki pewny, czy wszystko to naprawdę się wydarzyło. Może to jednak był tylko sen? – myślałem, jednak wciąż nie miałem odwagi zajrzeć do pudełka. Na razie więc stało ono sobie na półce pod książkami i miało tak jeszcze stać przez bardzo długi czas.
Mi zaś spotkanie z potworem wyszło w sumie na dobre – niezwykłość tego wydarzenia sprawiła, że zapomniałem na jakiś czas o Wunderze. Kiedy zaś ochłonąłem już na tyle, żeby znów o nim pomyśleć, nie dręczyłem się już żadnymi wyrzutami sumienia. Wspominałem go z nostalgią, uśmiechając się na myśl o wszystkich spędzonych z nim chwilach, jednak wiedziałem już, że jego coraz bardziej blaknącym pięknym wspomnieniem.
Przez następne lata rzadko kiedy myślałem o tym, co się wtedy stało – byłem w wieku, w którym w tak wielu dziedzinach życia zdobywa się swoje pierwsze doświadczenia, że nawet tak traumatyczne przeżycie nie może sprawić, by przez długi czas zastanawiało się nad przeszłością. Pudełko więc wciąż leżało na półce, a ja, że się tak wyrażę, żyłem pełnią życia. Trochę inaczej sprawa się miała z moimi rodzicami; ojciec niedługo po moim spotkaniu z potworem wyjechał do Ameryki Południowej i nie tylko nie był w stanie wspierać nas finansowo, ale też rzadko kiedy w ogóle się z nami kontaktowała. Matka musiała więc sobie radzić nie tylko z wychowaniem krnąbrnego nieraz syna, ale też z problemami natury ekonomicznej. O ile wcześniej można było nas określić jako dość zamożnych, to wtedy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, Żebyśmy w ogóle mieli co jeść, musiała pracować jako szwaczka, co było tyleż męczące, co bardzo słabo opłacane. Czasami zdarzyło się, że dostała niedużą sumę od któregoś z dawnych znajomych ojca i wtedy wrzucała pieniądze do skarbonki w pokoju ojca – mówiła, że jeśli ojciec wróci, pomoże mu to otworzyć własny sklep (chociaż nie wiem czym mógłby handlować), a jeśli tak się nie stanie – ułatwi mi to start w dorosłe życie. Nigdy nie wykorzystywała tych zbieranych z trudem pieniędzy do zaspokojenia naszych podstawowych potrzeb – stąd niejednokrotnie chodziłem nie tylko w starych ubraniach i podartych butach, ale też po prostu głodny.
Tak właśnie sprawy się miały, kiedy po raz drugi zetknąłem się z potworem. Miałem wtedy, to już pamiętam dokładnie, czternaście lat. Włóczyłem się całymi dniami po mieście z okoliczną bandą nastoletnich łobuzów, robiłem psikusy kwiaciarkom, biłem się z chłopakami z innych dzielnic i podglądałem starsze dziewczyny. Chciałem zrobić w życiu wiele rzeczy (przy czym żadna nie wiązała się z uczciwym zarabianiem pieniędzy i założeniem rodziny), miałem wiele większych i mniejszych marzeń. Jedno z nich było jednak szczególne – chciałem spróbować szczęścia w kasynie. Nie na loterii, jak robiła to większość dzieciaków, nawet nie w jakichś osiedlowych zakładach – chciałem choć przez chwilę poczuć się jak prawdziwy hazardzista. Oczywiście chociażby wejście do kasyna było dla mnie absolutnie nieosiągalne – nie byłem dorosły, nie wyglądałem odpowiednio dostojnie i, rzecz jasna, nie śmierdziałem groszem. Któregoś jednak dnia, obserwując z ukrycia wchodzących do środka poważnych starszych i młodszych panów w wytwornych garniturach i smokingach, pomyślałem o pieniądzach ukrytych w skarbonce matki. Z początku myśl ta sprawiła, że poczułem do siebie niesamowitą odrazę i natychmiast zająłem umysł czymś innym, jednak po kilku dniach znów zacząłem nad tym rozmyślać. A gdyby wybrać tylko część ukrytych tam oszczędności, tylko kilka pieniążków… Przecież matka i tak by tego nie zauważyła – nigdy nie liczyła tego, co już się tam znajdowała, nigdy nie sprawdzała, czy… Nie – powiedziałem sobie twardo – nie zrobię tego – zdecydowałem i już za chwilę zastanawiałem się, ile pieniędzy może się tam znajdować. Z pewnością dużo, być może nawet na tyle dużo, że przez kilka lat moglibyśmy prowadzić normalne życie, a nie przymierać głodem. Tak, to całkiem prawdopodobne. Czemu więc ona tego nie zrobi, tylko trzyma to nie wiadomo po co?! Nagle poczułem na matkę ogromną złość – przecież powinna wydawać je na nas, a nie zbierać na powrót ojca albo mój, jak to nazywała, start w dorosłość. Nie byłem nawet pewien, czy mówiła mi prawdę. Może w rzeczywistości odkładała tylko na jakiś wyjazd? Być może do ojca, do Ameryki Południowej? Kto wie, czy ja nie miałem zostać tutaj, bez grosza przy duszy i rodziców u boku. Tak, to nie uczciwe! – pomyślałem. Własna matka tak mnie oszukuje! I zanim zdążyłem ochłonąć, zakradłem się do pokoju ojca i ukradłem ze skarbonki większość oszczędności. Oczywiście nie byłem na tyle głupi, żeby wziąć wszystko, ale trzy czwarte albo i cztery piąte na pewno.
Nie chcąc, żeby matka zobaczyła mnie tak podekscytowanego i zdenerwowanego zarazem i bojąc się, co mógłbym jej powiedzieć, gdybym ją spotkał, szybko wybiegłem z domu. W pierwszej chwili skierowałem się do kasyna, jednak po drodze zdałem sobie sprawę z tego, jak wyglądam. Przecież nigdy w życiu nie wpuszczą tam takiego obdartusa! Poszedłem więc do sklepu, gdzie sprzedawano stroje galowe i kupiłem sobie garnitur. Może i nie wyglądał zbyt dobrze i trochę na mnie wisiał, ale generalnie dodawał mi sporo powagi. Jeśli dodać do tego jeszcze kapelusz, laseczkę, okulary i wreszcie sztuczne wąsy, jakie dostałem u perukarza, prezentowałem się na tyle dobrze, że powinni mnie wpuścić do mojego wymarzonego kasyna.
Wydałem dopiero stosunkowo niewielką część ukradzionych pieniędzy i kiedy stanąłem u wejścia, wciąż miałem ich bardzo dużo, jednak i tak obawiałem się, że będzie to kwota zbyt mała. Zawsze bowiem wydawało mi się, że wszyscy ci, którzy tutaj wchodzą, są co najmniej milionerami. Kiedy więc w progu powitał mnie wysoki starszy mężczyzna, pytając czy jestem tutaj po raz pierwszy, z trwogą odpowiedziałem:
- Tak, tak – zawahałem się na chwilę i dodałem – Aczkolwiek byłem już w kilku podobnych miejscach.
Mężczyzna przez chwilę przyglądał mi się badawczym wzrokiem. Serce biło mi tak szybko, że byłem przekonany, że za chwilę padnę trupem na miejscu. Zacząłem się ofukiwać w myślach za tak głupi pomysł i już miałem odwrócić się i pobiec przed siebie tak szybko jak tylko mogłem, by już nigdy tu nie wrócić, kiedy mężczyzna uśmiechnął się i wskazał mi ruletkę. Żadnych pytań o to, ile mam pieniędzy. Tak po prostu. Odetchnąłem z ulgą. A więc stało się. Klamka zapadła. Wiedziałem już wtedy, że wydam tutaj wszystko co mi jeszcze zostało – o ile oczywiście, w co święcie wierzyłem, nie uda mi się czegoś wygrać.
Na nogach wciąż jak z galarety podszedłem do szatniarza i zostawiłem u niego laseczkę (kapelusz wolałem zatrzymać na głowie – wyglądałem w nim na dużo starszego). Potem skierowałem się do okienka, w którym, jak słyszałem, wymienia się pieniądze na walutę obowiązującą w kasynie. Okazało się wprawdzie, że to wcale nie żadna inna waluta tylko żetony, a moje zdziwienie, kiedy je zobaczyłem, omal mnie nie wydało, jednak kiedy poczułem już w ręku ich ciężar, odzyskałem sporo rezonu. A więc to miała być cała moja przyszłość – uśmiechnąłem się i skierowałem się w stronę krupiera. Byłem wtedy tak podniecony, że zapomniałem o całym bożym świecie. Liczyło się tylko to, że jestem w kasynie i zaraz zagram o prawdziwe pieniądze.
Na początku szło mi dobrze – krupier raz po raz przesuwał w moją stronę kolejne stosy żetonów. Patrzył się przy tym na mnie w ten sposób, w jaki patrzy się na kogoś, kto nie dość, że nie tylko udaje dorosłego, to jeszcze ukradł matce oszczędności jej życia. To jednak nie miało żadnego znaczenia; wiedziałem, że mnie nie wyda, a poza tym raczej ciężko byłoby im w tamtym momencie cokolwiek udowodnić.
Gdy miałem już trzy razy więcej żetonów niż wtedy, gdy oddalałem się od okienka, przestałem się już wściekać na matkę. Pomyślałem, że wrzucę jej do skarbonki trochę więcej niż tam było, a kiedy zamieszkam już sam, załatwię jej jakąś lepszą pracę. Tak miałem zrobić. Musiałem tylko wygrać jeszcze jedną grę – miałbym wtedy pięć razy więcej niż na początku i byłbym naprawdę bogaty.
Jak się jednak domyślacie, wcale nie wygrałem. Przegrałem. I to nie raz, nie dwa, a dziesięć albo i dwadzieścia. Straciłem rachubę. W każdym razie, kiedy postawiłem drżącą ręką mój ostatni żeton na zero, a kulka bezlitośnie zatrzymała się na dwudziestce dwójce, zostałem z niczym. Nie wiedząc, co się wokół mnie dzieje, wyszedłem z kasyna, nie odbierając nawet z szatni laseczki i wyrzuciłem do rynsztoka swój piękny garnitur i kapelusz (tak wiem, było to nad wyraz głupie, jednak i tak nie miałem co się pokazywać w domu w takim stroju, a sprzedawca nie przyjąłby go z powrotem – zresztą kiedy przegra się tak wielkie pieniądze, takie szczegóły nie mają żadnego znaczenia). Usiadałem na krawężniku i zapłakałem rzewnie. Co ja zrobiłem? – pomyślałem, lecz bardziej dręczyło mnie jeszcze jedno pytanie, które bałem się sformułować nawet wewnątrz własnego umysłu – Co ja TERAZ zrobię?
Wróciłem do domu tak późno, że uniknąłem rozmowy z matką – położyłem się tylko do łóżka, by przeleżeć tak, nie zasnąwszy ani na chwilę, aż do rana. Następnego dnia przy śniadaniu czułem się tak okropnie, jak chyba nigdy wcześniej. W milczeniu jadłem więc posmarowany smalcem chleb, nawet nie spoglądając na matkę.
- Co ci jest, synu? – zapytała wtedy z troską w głosie.
- Nic – odpowiedziałem, patrząc w chleb.
- Wiem, wiem – rzekła smutno – Jest nam teraz ciężko, ale nie martw się, niedługo wróci tata. Wróci, a wtedy będzie lepiej. A jeśli nie... – zawiesiła głos – Dam ci te wszystkie pieniądze i będziesz mógł żyć normalnie. Tak, jak się tobie należy – spojrzała na mnie z dumą, a ja nie rozryczałem się jak dzieciak i pobiegłem do swojego pokoju.
Moja kradzież się nie wydała – matka pomyślała, że płakałem, bo założyła, że ojciec nie wróci. Przyszła do mnie i przekonywała mnie, że tylko tak mówiła, że on na pewno wróci. Oby wrócił – myślałem, ale tak naprawdę dręczyło mnie coś zupełnie innego – bezwstydnie okradłem własną matkę, przegrałem jej pieniądze i nawet nie miałem odwagi jej o tym powiedzieć, a tymczasem ona… Ona… Kiedy tylko o niej pomyślałem, serce ściskało mi się z żalu. Nie chcąc jednak jeszcze bardziej jej martwić, uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem, że wszystko jest w porządku. Na dobre pogrążyłem się w rozpaczy dopiero wtedy, kiedy poszła do pracy.
Przeklinając w myślach siebie i swoje niegdysiejsze marzenie, rzuciłem się na łóżko i zakryłem twarz poduszką. Byłem przepełnioną taką pogardą dla samego siebie, że ciężko było mi nawet patrzeć na cokolwiek poza nieprzeniknioną ciemnością. Kiedy jednak tak leżałem, raz po raz wstrząsany spazmem płaczu, poczułem dziwny, nieprzyjemny zapach. Z początku nie zwracałem na to uwagi, lecz po kilku chwilach stał się on tak intensywny, że zaczęło zbierać mi się na wymioty. Nie przypominał żadnego znanego mi odoru, a mimo to byłem przekonany, że kiedyś już go czułem. Zaniepokojony zerwałem się z łóżka i rozglądnąłem po pokoju. W pierwszej chwili wszystko zdawało się trwać w idealnym porządku, ale kiedy przeniosłem spojrzenie z okna (zza którego, jak mniemałem, mógł się wydobywać ów smród) na szafkę, dostrzegłem coś jakby drżenie książek. Nie wiedząc, co może być tego powodem, choć jednocześnie podejrzewając, że może mieć to jakiś związek z obrzydliwym zapachem, podszedłem do szafki. Okazało się, że miałem rację – w tym miejscu odór był jeszcze intensywniejszy, na tyle, że musiałem zatkać chustką nos, żeby być w stanie normalnie funkcjonować. Poza tym książki faktycznie się poruszały – w taki sposób, jakby coś chciało się z nich lub też spod nich wydostać. Drżącą ręką odsunąłem je na bok, jedną po drugiej, z każdym ruchem coraz bardziej bojąc się, że wypuszczam z klatki jakieś pradawne zło. Kiedy, nieświadomie wstrzymawszy oddech, podniosłem ostatnią z nich, moim oczom ukazało się tak dawno nie widziane zdobione pudełko. Jego widok w jednej chwili przypomniał mi o tak skrzętnie do tej pory ukrywanych w pamięci wydarzeniach sprzed wielu lat. A więc potwór wrócił – pomyślałem, jednocześnie odsuwając się od szafki.
Dalej wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Najpierw pudełkiem wstrząsnęło raz i drugi, nieomal przyprawiając mnie o zawał, a potem jakaś znajdująca się w jego wnętrzu siła sprawiła, że z głośnym hukiem potoczyło się ono po podłodze. Kiedy zaś wypełzł z niego nieprawdopodobnie ohydny, glistowaty kształt, tak jak niegdyś poczułem, że wszystkie moje mięśnie i stawy są całkowicie unieruchomione. Jedyne co mogłem robić, to podążać wzrokiem za pełznącym ku mnie potworem. Tym razem dwa razy dłuższym i trzy razy grubszym niż poprzednio, a przez to wszystko jeszcze bardziej przerażającym. Kiedy tak wpatrywałem się w jego pierścieniowate, oślizgłe ciało, pomyślałem, że to chyba kara za to, co robiłem i mimo całego strachu, jakiego doświadczałem, zdawałem sobie sprawę, że jest to w pewien sposób sprawiedliwe. Chociaż mimo całego poczucia winy, jakie owładnęło mną od momentu stracenia ostatniego żetonu w ekskluzywnym kasynie, nie miałem zamiaru odchodzić z tego świata, wiedziałem, że tego spotkania z potworem nie przeżyję. Gdy więc wspinał się po mojej nodze, plamiąc mi spodnie kleistą ohydną mazią, miałem wrażenie, jak gdyby serce dosłownie rozrywało mi klatkę piersiową. Kiedy zaś dotknął mojej szyi miękkim, obłym cielskiem, poczułem w klatce piersiowej bolesne, ostre kłucie. Świat zawirował mi przed oczami, jednocześnie pogrążając się w ciemności. Ostatnią rzeczą, jakiej doświadczyłem, był nieprawdopodobnie drażniący, paskudny odór ciała potwora.
Ocknąłem się jakieś trzy godziny później. Leżałem na ziemi, ubabrany kleistą substancją, straszliwie cuchnący i bardzo zmęczony. Pudełko stało kilka metrów ode mnie. O dziwo, zamknięte. Jego obrzydliwego mieszkańca nie było nigdzie widać. Widocznie uciekł albo schował się już w jego wnętrzu. Nie powiem, żebym się z tego nie cieszył, jednak niepewność co do jego aktualnego miejsca pobytu była prawie tak samo przerażająca jak zobaczenie go w pełnej krasie.
Nie wiedząc, co też może mnie jeszcze czekać, szybko porwałem w dłoń pudełko i, krzywiąc się na myśl, że w jego wnętrzu może znajdować się potwór, pobiegłem do piwnicy, by wrzucić je do pieca. Kiedy jednak pokonywałem kolejne, kręte stopnie, nagle przypomniałem sobie o ojcu. Zdobione pudełko było moją jedyną pamiątką po nim. Na chwilę zawahałem się. Przecież jeśli spalę… W pudełko coś się poruszyło. Omal go nie upuściłem, w porę jednak zdawszy sobie sprawę, że znowu wypuszczę wtedy potwora, jeszcze mocniej zacisnąłem na nim dłonie. Nie mogłem go wypuścić, choć jednocześnie coś mówiło mi, że nie powinienem go też unicestwiać (o ile oczywiście w ogóle mógłbym tego dokonać – być może na takie stworzenia jak on nie działały konwencjonalne metody zagłady). Nie wiedząc, co mam zrobić, stałem tak bez ruchu. Pudełko już nawet nie zadrżało. W końcu, wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem, wróciłem do pokoju. Postawiłem pudełko na półce i przez chwilę wpatrywałem się w nie. Wydawało mi się, że znów się poruszyło, jednak nie byłem tego pewien. Otrząsnąłem się i wziąłem do ręki jedną z książek. Już miałem obciążyć nią pudełko, kiedy nagle przyszedł mi do głowy bardzo głupi pomysł. Choć wiedziałem, że nie powinienem, nieznacznie podniosłem wieko dziwnego przedmiotu i przez niewielką szparę spojrzałem do środka. To, co zobaczyłem, sprawiło, że przerażenie powróciło ze zdwojoną siłą. Oczywiście mogło to być tylko przewidzenia, jednak wątpię, czy ludzki umysł byłby w stanie wytworzyć tak straszny obraz. Wydawało mi się bowiem, że widzę, jak potwór leży objedzony na stercie rozkładających się ciał, niczym wygrzewający się na słońcu wąż, leniwie poruszając swoim obłym cielskiem na boki i tarzając się w gnijącej tkance leżących pod nim istot. Nie mogąc dłużej znieść takiego widoku, szybko zatrzasnąłem wieko i przycisnąłem je kilkoma książkami. Kiedy to zrobiłem i oddaliłem się od półki, zupełnie się już uspokoiłem. Do dziś nie mogę zrozumieć, czemu każde spotkanie z potworem wywoływało we mnie taką huśtawkę nastrojów – chwilę po uczuciu nieopisanego strachu byłem zupełnie odprężony i odwrotnie – kiedy już czułem się zupełnie zrelaksowany, nagle ogarniało mnie niebotyczne przerażenie. Nie wiem czym to tłumaczyć. Być może widok potwora, czy też sama jego obecność zawsze musiała wywoływać nieprzyjemne emocje. Kiedy jednak odpoczywał on we wnętrzu pudełka (czy też gdziekolwiek się wtedy znajdował), nie widziany przez nikogo, sama jego nieobecność napawała człowieka spokojem. Być może. Chociaż prawdę mówiąc, jestem święcie przekonany, ze to sam potwór wywoływał na przemian uczucie przerażenia i spokoju, po to, żeby najpierw mnie unieruchomić, a potem sprawić, żebym nie zrobił niczego głupiego. Myślę, że tak właśnie było.
W każdym razie po tamtym spotkaniu z nim przestałem się już martwić przegranymi pieniędzmi – może i nie było to specjalnie uczciwe, jednak każdy dzieciak popełnia błędy. Poza tym to i tak miała być forsa dla mnie (prawdę mówiąc, nie wierzyłem, żeby ojciec kiedykolwiek wrócił). Nie widziałem więc już większego problemu w tym, że wziąłem ją sobie trochę wcześniej. Jedynym kłopotem była więc sama matka – nie mogła się domyślić, że co nieco sobie pożyczyłem. Aby więc uzupełnić brakującą ilość monet, jeszcze tego samego dnia załatwiłem od kolegów spory zapas starych, dawno już nieważnych monet. Kiedy wrzuciłem je do skarbonki, byłem zupełnie spokojny. Wieczorem żartowałem już z matką, zupełnie nie zawracając sobie głowy ani swoim postępkiem, ani mieszkającym w pudełku potworem. Moje oszustwo zaś nigdy się nie wydało – dwa lata później ojciec zaczął wysyłać nam naprawdę duże sumy, co czynił aż do swojej śmierci czternaście lat później (zmarł w Ameryce Południowej; ostatni raz widziałem go w dniu jego wyjazdu), więc matka nie musiała korzystać ze zgromadzonych w skarbonce oszczędności. Wprawdzie trzymała ją „na wszelki wypadek” aż do samego końca, jednak nigdy jej nie otworzyła. Kiedy pięć lat temu, przeżywszy niemal wiek, odeszła z tego świata, w ręce jedynego spadkobiercy (czyli oczywiście mnie) trafiła między innymi niesamowicie stara skarbonka. Z dawno nieważnymi monetami wewnątrz. Zgodzicie się więc chyba ze mną, że postąpiłem słusznie. Bo po cóż byłoby denerwować matkę przyznaniem się do winy, prawda?
Następne spotkanie z potworem przeżyłem zaś dopiero w wieku dwudziestu jeden lat. Rzecz jasna przez te wszystkie lata nieraz myślałem o spotkaniu z nim, jednak dla własnego bezpieczeństwa nie chciałem zagłębiać się w te rozmyślania. Dziwiło mnie trochę to, że tak naprawdę potwór nie wyrządził mi żadnej krzywdy, a jestem przekonany, że mógł, ale w gruncie rzeczy rozwiązanie tej zagadki nie dałoby mi nic poza zaspokojeniem ciekawości. A ta, jak się już nieraz przekonałem, często prowadziła do niezbyt przyjemnych doświadczeń. Nie interesowałem się więc potworem aż do pamiętnego kwietniowego wieczora, kiedy to zrozumiałem dużo więcej, niż mógłbym kiedykolwiek przypuszczać.
Mieszkałem już wtedy sam; pieniądze, jakie wysyłał ojciec pozwoliły mi na zakup własnych czterech ścian. Wprawdzie było to poddasze na szczycie smutnego szarego bloku, jednak dzięki temu miałem więcej swobody, nie musiałem kryć się przed matką z piciem czy paleniem no i mogłem stale sprowadzać do siebie znajomych. A byli to ludzie, delikatnie rzecz ujmując, potrafiący sobie w życiu radzić. I to na tyle dobrze, że nasza banda w zasadzie kontrolowała osiedle. Często wypijaliśmy w moim mieszkaniu co nieco tego i owego, a potem włóczyliśmy się po okolicy, zaczepiając każdego, kto nie wyglądał na zdolnego do skutecznego przeciwstawienia się gromadzie młodych agresywnych facetów. Czyli, innymi słowy, omijaliśmy jedynie milicjantów i ludzi starszych (nawet tacy ludzie jak my mieli swoje zasady). A każdy, kto miał mniej niż trzydzieści lat i nie zamierzał nam zejść z drogi, kończył z podbitym okiem i rozwalonym nosem, a często też połamanymi kończynami. Nikogo nie wysłaliśmy na tamten świat, nikogo też nie uczyniliśmy kaleką (no może z jednym wyjątkiem), jednak trzeba jasno powiedzieć, że spotkanie z nami nie należało do bezbolesnych.
Tamtego kwietniowego wieczora wypiliśmy, nawet jak na nas, stanowczo za dużo, a potem ruszyliśmy w drogę po okolicy. Widząc nasz stan, ludzie niemal przed nami uciekali, zdawali sobie bowiem sprawę do czego możemy być zdolni w takim stanie. Tylko jeden nie zszedł nam z drogi. Tylko jeden nie reagował na nasze zaczepki. Tylko on jeden. Na swoje nieszczęście. Miał może z dwanaście lat. Szedł niespiesznie środkiem chodnika. Chociaż nigdy wcześniej go nie widziałem, musiał być stąd – nie rozglądał się na boki ani nie przystawał. Zmierzał prosto przed siebie tak jak ktoś, kto bardzo dobrze zna okolicę.
- Ej, smarku, nie za późno dla ciebie? – rzucił ktoś z naszej grupy.
Gdyby wtedy po prostu odszedł, nic by się nie wydarzyło. Pijani czy nie, nie zwykliśmy bić dzieci. No chyba, że były wyjątkowe krnąbrne. Czyli na przykład zupełnie nas ignorowały.
- Spadaj do mamusi, gówniarzu! – zawołał ktoś inny – także bez rezultatu.
- On chce naprawdę dostać łomot – zwrócił się do mnie jeden z towarzyszy.
- Chce – odpowiedziałem – Jeśli to małe gówno przed nami zaraz nie zniknie w krzakach, przysięgam, że nogi mu z dupy powyrywam! – krzyknąłem i przyspieszyłem kroku.
Chłopak jednak nawet nie zareagował. Dalej szedł spokojnie środkiem chodnika, zupełnie się nie spiesząc. Wyglądało na to, że nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie podpisał na siebie wyrok. Józef Hajliś bowiem, kompletnie pijany i pragnący popisać się przed kolegami, nie mógł nie spełnić swojej obietnicy. Jeśli powiedział, że wyrwie komuś nogi, to musiał to zrobić.
Chłopak nie spodziewał się ataku. Kiedy kopnąłem go w łydkę, po prostu runął jak długi. Na twarz.
- I co, przeprosisz nas teraz? – zapytałem.
Nie odpowiedział.
Nie mogąc narazić się na śmieszność, złapałem jego chudą nogę i kopnąłem go w kolano. Wydaje mi się, że nie chciałem mu niczego połamać, ale jego kości musiały być na tyle kruche, że coś gruchnęło głośno.
- Pokaż mu, Józek, z kim nie można zadzierać! – słyszałem za sobą pełne entuzjazmu głosy.
Nie miałem wyjścia. Nie słysząc z ust chłopaka przeprosin, złapałem jego drugą nogę i zrobiłem z nią to samo co z pierwszą. Tym razem mocniej. Kończyna chłopaka wygięła się pod nieprawdopodobnym kątem. Mimo to nie pisnął ani słowa.
- Widzisz, widzisz? O tej godzinie jest NIEBEZPIECZNIE, smarku! – zawołałem i udałem, że próbuję wyrwać mu bezwładne nogi z tyłka.
Towarzyszył mi aplauz znajomych.
- No, a teraz spójrz mi w twarz – powiedziałem i odwróciłem jego głowę.
Spojrzała na mnie twarz nieszczęśliwego, wystraszonego dziecka. W jego załzawionych oczach nie dostrzegłem jednak ani śladu krnąbrności czy zawziętości, a jedynie wielkie zdziwienie. Nie wiem czemu, ale rozzłościło mnie to jeszcze bardziej. Upuściłem jego głowę na chodnikowe płyty i skoczyłem na jego połamane kolana. Dzieciakiem wstrząsnął spazm bólu.
- Ej, Józek, wystarczy mu już – powiedział wtedy ktoś z grupy, a ja, zmęczony ignorancją ofiary, wreszcie się od niej oddaliłem.
Chwilę potem szliśmy już dalej, śmiejąc się i dokazując. Kiedy obejrzałem się w tył, zobaczyłem jeszcze jakąś małą postać próbującą dźwignąć się z ziemi. Bezskutecznie.
Następnego dnia przywitał mnie straszliwy kac. Nie pamiętałem nawet, co robiliśmy poprzedniego dnia. Przypomniałem sobie o tym dopiero wtedy, kiedy, stojąc w długiej kolejce tylko po to, żeby kupić coś do picia, usłyszałem rozmowę dwóch starszych kobiet. Z przejęciem i współczuciem (ale też ze specyficzną pasją) przekazywały sobie one wieści o głuchoniemym chłopaku, którego dzień wcześniej ktoś pobił tak dotkliwie, że nigdy nie będzie już w stanie samodzielnie chodzić. Gdy zdałem sobie sprawę, że to na pewno ten sam dzieciak, którego pobiłem wczoraj, uciekłem ze sklepu najszybciej jak tylko mogłem. Na kaca, który mnie wtedy dopadł nie mógł pomóc żaden napój.
Jak mogłem nie zwrócić uwagi na to, że chłopak nic nie słyszał ani nic nie mówił? Jak mogłem nie zastanowić się jego zdziwionym wyrazem twarzy? Jak mogłem pobić go aż tak dotkliwie? Jak mogłem uczynić głuchoniemego inwalidą? Zadając sobie takie pytania, przeleżałem cały dzień na łóżku, zupełnie nie zwracając uwagi na otaczający mnie świat. Liczył się tylko ten chłopak, doświadczony przez los nawet bez mojego udziału, chłopak, który teraz… Po raz pierwszy od wielu lat płakałem. Naprawdę płakałem. I wiedziałem, że był ku temu powód. Powód, który, jak myślałem, nie da mi spokojnie spać przez resztę życia.
Dźwignąłem się z łóżka dopiero wieczorem. Musiałem się napić. I to czegoś bardzo mocnego.
- Boże, jak ja o tym zapomnę? – powiedziałem sam do siebie, wychylając pół szklanki taniego spirytusu i wpatrując się bezmyślnie w ścianę – Jak?
Wtedy właśnie z zamyślenia wyrwał mnie jakiś dźwięk. Bojąc się, że dopadają mnie demony własnych myśli, poruszyłem się niespokojnie, szukając źródła hałasu. Wydawało mi się, że odgłosy dobiegały z szafki na książki. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, czy nie mam w domu myszy, kiedy nagle przypomniałem sobie o potworze. Myśl ta jednak nie była wcale przerażająca, wręcz przeciwnie, wiązało się z nią uczucie zapomnienia, uspokojenia, oczyszczenia.
Nie wiedząc za bardzo po co to robię, podszedłem do szafki. Poczułem ten sam ohydny odór co wiele lat wcześniej. A więc miałem rację – potwór wrócił.
Po przeprowadzce umieściłem pudełko za rzędem książek, dodatkowo przygniatając je kilkoma starymi, wyjątkowo opasłymi tomami. Chciałem, żeby było ukryte i zabezpieczone, choć jednocześnie ani przez chwilę nie pomyślałem wtedy o tym, żeby je wyrzucić albo chociaż schować głęboko w piwnicy. Musiało być, choć dobrze ukryte, to blisko mnie, zabezpieczone, ale dające się łatwo oswobodzić, wreszcie zapomniane, ale wciąż pamiętane. Pudełko z potworem.
Niewiele myśląc, odrzuciłem książki na bok i ująłem w dłonie zdobiony przedmiot. Coś w jego środku hałasowało, najwyraźniej próbując wydostać się na zewnątrz. Wbrew swojemu wewnętrznemu głosowi, który krzyczał wniebogłosy, żebym natychmiast pozbył się pudełka, sięgnąłem ku niemu z uśmiechem na ustach. Zanim jednak dotknąłem metalowej powierzchni, wieko podskoczyło, a moim oczom ukazał się potwór. Jeszcze większy i bardziej obrzydliwy. Gdy tylko go ujrzałem, poczułem, jak wszystkie moje mięśnie zastygają w absolutnym bezruchu. Nie byłem w stanie zrobić kompletnie nic, a jednak wcale nie czułem się źle; kiedy niewiarygodnie cuchnące białawe cielsko pełzło po moim ramieniu, zostawiając za sobą ohydny lepki śluz, miałem wrażenie, że właśnie się oczyszczam, że za chwilę stanie się ze mną coś… pozytywnego. Coś, co mi pomoże. Coś, co pomoże mi zapomnieć o…
W chwili, gdy zdałem sobie sprawę, czym musiał się żywić potwór, ten właśnie zagłębiał się w moje kanaliki słuchowe. Zanim sformułowałem moją myśl do końca, straciłem przytomność.
Kiedy się ocknąłem, leżałem na ziemi, umazany obrzydliwą mazią i cały śmierdzący. Pudełko stało może pół metra ode mnie – zamknięte. Krzywiąc się, ściągnąłem z siebie sweter, po czym postawiłem zdobiony przedmiot na półce. Tym razem nie zaglądałem do środka. Czułem się naprawdę dobrze; zupełnie spokojny i wolny i nie zamierzałem sobie psuć tego nastroju podglądaniem najedzonego potwora. Lepiej było zostawić go tam gdzie był… Przynajmniej na razie. Znowu więc schowałem pudełko i obciążyłem je książkami, a potem wziąłem gorący prysznic i wywietrzyłem pokój. Następnego dnia po potworze nie został nawet ślad. Podobnie jak po wyrzutach sumienia z powodu kalectwa chłopaka. Obudziłem się tak rześki i wypoczęty, jak chyba nigdy w życiu.

Od tamtej pory zawsze, kiedy dręczyły mnie jakieś wyrzuty sumienia, potwór dawał o sobie znać, a ja chętnie korzystałem z jego „usług”. Za każdym razem jednak myślałem o możliwości oczyszczenia się dopiero w momencie, kiedy dręczyło mnie już poczucie winy. Aż do czasu nieszczęśliwego wypadku mojego niepełnosprawnego syna z pierwszego małżeństwa (nawiasem mówiąc, kompletnie nieudanego). Wtedy właśnie pomyślałem o specyficznych zdolnościach potwora tuż przed tym, jak wózek z dzieckiem wyślizgnął mi się z rąk i runął ze schodów. Po tym tragicznym zdarzeniu moje życie się zmieniło. I nie dotyczyło to tylko bardziej wydajnego korzystania z pomocy potwora; nie miałem już syna, a żona mnie zostawiła. Zostałem całkiem sam. I o dziwo, w poradzeniu sobie akurat z tym faktem, potwór nie musiał pomagać mi wcale.
Dzięki bardziej praktycznemu podejściu do życia, jak lubiłem nazywać bezbolesne pozbywanie się poczucia winy, osiągnąłem wiele sukcesów. W życiu zawodowym i osobistym. Korzystałem z uciech życia, bawiłem się, zarabiałem i wykorzystywałem wszelkie możliwe sposoby, by uczynić siebie jak najszczęśliwszym. Potwór tymczasem śmierdział coraz bardziej, zostawiał za sobą coraz więcej śluzu i rozrósł się tak bardzo, że pudełko wyglądało przy nim jak kot przy tygrysie. A mimo to wciąż się do niego mieścił – choć bardzo mnie to dziwiło, wolałem nie wnikać, dzięki jakiemu cudowi jest to możliwe – wystarczyło mi, że nadal pomagał mi pozbywać się niechcianych wyrzutów sumienia. Oczywiście nikomu nie mówiłem o istnieniu potwora. Pomijając już fakt, że pewnie zostałbym wyśmiany, wolałem nie zdradzać nikomu mojego sekretu, na wypadek, gdyby ktoś chciał na własne oczy przekonać się, czy mówię prawdę. Mimo więc, iż często korciło mnie, żeby pochwalić się swoim demonicznym lokatorem, trzymałem gębę na kłódkę. O potworze dowiedział się tylko jeden człowiek. Ale był wtedy pijany, podobnie jak ja. Myślę, że nie wziął mojej opowieści na serio. Chociaż nigdy nie można być niczego pewnym…
Pracował w tym samym budynku co ja. Często mijaliśmy się w korytarzu, nie zauważając nawet swojego istnienia. Wiedziałem o nim tylko tyle, że nazywał się Jeżewski i był neurochirurgiem. Oprócz przyjmowania pacjentów zajmował się pisaniem jakichś naukowych publikacji i pracą nad nowymi metodami leczenia urazów głowy. Wydawał mi się nudny i zbyt akademicki. Nie uważałem go za faceta, z którym mógłbym pójść na piwo. A jednak, kiedy przypadek sprawił, że oboje zostaliśmy w pracy dłużej niż zwykle i przemierzaliśmy opustoszały budynek o tej samej godzinie, wdaliśmy się w jakąś niezobowiązującą dyskusję i od słowa do słowa poczuliśmy do siebie pewną nić sympatii. A, że zarówno ja jak i on mieliśmy wolny wieczór, zakupiliśmy kilka piw i wróciliśmy do jego gabinetu.
Pomieszczenie kojarzyło się raczej z laboratorium niż czymś w rodzaju przychodni. Wokoło pełno było różnych aparatur, których przeznaczenia mogłem się tylko domyślać, na ścianach wisiały ponure zdjęcia rentgenowskie, a w gablotach straszyły przeróżne narzędzia chirurgiczne. Prawdę mówiąc, nie wiem, czemu Jeżewski trzymał to wszystko w gabinecie – nie sądzę, żeby mógł przeprowadzać tutaj jakieś skomplikowane operacje. Być może chodziło mu jedynie o stworzenie pewnej atmosfery profesjonalizmu. Ja w każdym razie czułem się tam trochę nieswojo i drętwo, usiadłem więc czym prędzej na fotelu przeznaczonym dla pacjenta, a Jeżewski na swoim dużym obrotowym krześle doktora.
- Będzie pan teraz moim pacjentem, panie Hajliś.
- Tego się właśnie obawiam – odpowiedziałem ze śmiechem, otwierając piwo.
- Nie ma czego. W ogóle jestem Władek – podaliśmy sobie ręce.
Z początku gadaliśmy o jakichś pierdołach, ale rozmowa kleiła się na tyle dobrze, że ani się obejrzeliśmy, a wypiliśmy wszystkie piwa. Jeżewski wyjął wtedy z jednej z gablot butelkę wódki o dziwnej nazwie. Po kilku kolejkach byliśmy już naprawdę pijani. W pewnym momencie zacząłem pytać doktora o jego zainteresowania badawcze. Wymienił kilka konkretnych problemów natury neurochirurgicznej, które niespecjalnie mnie interesowały, jednak na sam koniec powiedział coś, co sprawiło, że poczułem się naprawdę zaintrygowany.
- Wiesz, ostatnio zainteresowałem się związkami między etyką i biologią… Ale nie chodzi mi o jakieś bzdety w stylu duszy czy odczuwania pozazmysłowego – z doświadczenia wiem, że jedno i drugie to śmiechu warte bajki. Ciekawy jest natomiast problem poczucia winy. Widzisz, nie wiem, czy czytałeś kiedyś więcej o mechanizmach ewolucyjnych. Ja czytałem, częściowo dlatego, że robię to, co robię, a częściowo dlatego, że jest to dla mnie punkt wyjścia do pewnych… Hmm, badań – nalał nam kolejną porcję legalnej trucizny – W każdym razie wyrzuty sumienia są właśnie takim mechanizmem, powstałych w trakcie formowania się społeczeństwa; musiał się on wytworzyć, żeby od stanu absolutnej bezwzględności przejść do altruistyczno-emocjonalnego modelu cywilizacji. Oczywiście nie było to natychmiastowe, żeby w ogóle takie zachowanie była dla jednostki opłacalne… - przerwał, by wychylić wraz ze mną kolejny kieliszek – Ach, pewnie cię nudzę.
- Nie, skądże. To naprawdę… intrygujące – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, nie dodając jednakże, że jeszcze bardziej intrygujące jest dla mnie to, do czego ten krótki wykład z mechanizmów przystosowawczych zmierza.
- Taaak – jakby domyślił się, o co mi chodzi, zaczął wreszcie mówić konkretniej – Ale mnie najbardziej zawsze zastanawiało, co by było, gdyby znaleźć w mózgu obszar odpowiedzialny za wyrzuty sumienia – bo nie wątpię, że taki jest i zwyczajnie go usunąć… No, ewentualnie sprawić, by pracował trochę inaczej.
- I co by się wtedy stało?
- Właśnie tego chciałbym się dowiedzieć, to właśnie jest przedmiotem moim ciągłych dociekań. To wciąż jest tajemnicą, ale… - spojrzał się na mnie przenikliwie – Jestem pewien, że w ten sposób można by stworzyć człowieka doskonałego – wolnego od moralnych rozterek, od chwilowych wahań nastroju i obwiniania się o wszystko w chwilach kryzysu samooceny… Kogoś, kto będzie się posługiwał wyłącznie chłodną kalkulacją. Udałoby się stworzyć Superistotę, bóstwo rozumu, nadczłowieka! I nie znaczy to wcale, że w dalszej perspektywie nie przyświecałaby mu jakaś szczytna idea, mógłby być altruistą większym niż ktokolwiek z nas, którzy z obawy przed własnym dyskomfortem psychicznym nie robimy czegoś tylko w krótkiej perspektywie niemoralnego, ale w dalszej dużo bardziej pozytywnych. Bo co tak naprawdę każe nam więzić, a nie zabijać morderców, złodziei, gwałcicieli? Współczucie, poczucie sprawiedliwości, szlachetność? Bzdury! – machnął ręką tak energicznie, że zwalił ze stołu swój kieliszek – To jedynie nasz strach, głupi, egoistyczny strach przed wyrzutami sumienia. Sędzia boi się skazać mordercę na karę śmierci, bo wie, że już zawsze będzie musiał żyć ze świadomością, że pozbawił kogoś życia. Nie interesuje go, ilu niewinnych, mogących wnieść coś w rozwój społeczeństwa, ludzi może jeszcze zginąć. Martwi się tylko tym, czy którejś nocy nie przyśni mu się zbrodniarz, którego skazał na śmierć. Tak samo jest z gliniarzem, który nie strzeli do rabusia, z wybitnym umysłem, który ze względu na chorą lojalność nie pokaże, o ile jest inteligentniejszy od innych osób ze swojego środowiska, z przedsiębiorcą, nie rozwijającym swojej działalności, żeby nie zniszczyć słabszej konkurencji, wreszcie z politykiem, który nie przeprowadzi zamachu stanu, bo boi się strat. To właśnie jest egoizm! Myślimy krótkoterminowo, samolubnie, a wszystko przez te wyrzuty sumienia! Może kiedyś, kiedy społeczeństwo się rozwijało, było to korzystne dla rozwoju cywilizacji. Teraz jednak to tylko hamulec, nieprzydatny relikt przeszłości, którego jednak nikt nawet nie próbuje się pozbyć.
- To trąci faszyzmem – zauważyłem.
- Faszyzmem? – jego twarz przybrała dziwny wyraz, jak gdybym powiedział coś tak głupiego, że nawet nie sposób się do tego odnieść – Dobra. Wyobraź sobie budynek, najlepiej jakiś wielki sklep, czy coś w tym stylu. Zaatakowali go terroryści, szaleńcy, ktokolwiek. W środku jest wielu ludzi, w większości ranni lub umierający. Ty wbiegasz do budynku, z karabiny na ramieniu i sprzętem medycznym w torbie. Konające dziecko patrzy na ciebie z niemą prośbą wymalowaną na ustach, jego umazaną krwią matka klęka przed tobą i prosi o pomoc. Ty jednak wiesz, że w piwnicy budynku jest bomba. Bomba o wielkiej sile rażenia, która wysadzi w powietrze nie tylko wielki sklep, ale też najbliższą okolicę. Masz już tylko nieco ponad minutę, żeby zdążyć, musisz biec. Nie masz czasu na zatrzymywanie. A jednak wiesz, że dziecko bez twojej pomocy zaraz umrze. Co robisz?
Milczałem, choć dobrze wiedziałem, jak bym się zachował.
- Większość ludzi zachowa się na tyle idiotycznie, że nie tylko nie rozbroi bomby, zamiast tego pomagając dziecku, ale nawet nie ucieknie potem z budynku, próbując pomóc innym, którzy i tak za chwilę zginą. Większość ludzi tak bardzo boi się wyrzutów sumienia, że woli umrzeć, przy okazji wcale tak naprawdę nikomu nie pomagając, niż zrobić coś, co w dłuższej perspektywie byłoby bez wątpienia większym dobrem. Wiesz co zrobiłby prawdziwy bohater? Prawdziwy bohater zbiegłby do piwnicy i rozbroił bombę, a dopiero potem zająłby się tymi, którzy przeżyli. Oczywiście musiałby żyć ze świadomością, że skazał kogoś na śmierć, zapewne byłby również napiętnowany przez społeczeństwo, dla którego w gruncie rzeczy tak się poświęcił. Ale nie zginąłby bezsensownie, swoim przeżyciem przyczyniając się również do wspólnego dobra – mógł przecież jeszcze wiele w życiu zdziałać. Tak zrobiłby bohater, a nie tchórz, którego różne klony czcimy dzisiaj jako bohaterów. Prawdziwych bohaterów jednak dzisiaj nie ma. Czemu? Przez wyrzuty sumienia! Przez to durne, bezsensowne poczucie winy, które zabija nas od środka, nawet kiedy wiemy, że racjonalnie postąpiliśmy najlepiej jak mogliśmy… Że też nie wiem, jak się ich pozbyć! – wpił palce w mokre włosy – wyglądał jak maratończyk na czterdziestym kilometrze.
- A próbowałeś zlokalizować ten obszar w mózgu, który jest za nie odpowiedzialny? – spytałem z pozoru beztroskim tonem, w rzeczywistości zaś targany sprzecznymi uczuciami.
- Pewnie! Nieraz i nie dwa. Z tym, że, przy obecnym rozwoju neurochirurgii to po prostu niemożliwe. Zresztą nawet gdybym dokładnie wiedział, jaki to obszar mózgu, nie byłbym w stanie, nikt nie byłby w stanie, usunąć go, a tym bardziej jakoś zmodyfikować, nie uszkadzając okolicznych tkanek. Jako neurochirurg jestem zupełnie bezradny – rozłożył ręce jak małe dziecko.
Spoglądałem na niego przez chwilę w milczeniu. Jak to możliwe – dziwiłem się w duchu, że w kilka chwil ze spokojnie dyskutującego lekarza stał się niepanującym nad sobą zapaleńcem? Ja akurat miałem powody, żeby kłócić się na ten temat do upadłego, ale on? Wyglądało na to, że miał na tym punkcie małą obsesję. A może to tylko działanie alkoholu? Sam nie będąc w stanie do końca racjonalnie myśleć, mogłem ograniczyć się tylko do zwracania większej uwagi na to, co mówię.
- A hipnoza? – zapytałem po dłuższej chwili.
- W zasadzie bezskuteczna. Poczucie winy to odruch absolutnie bezwarunkowy. Sugestią można trochę zmniejszyć jego rozmiary, ale jest to bardziej działanie, że się tak wyrażę, rehabilitacyjne, a nie profilaktyczne.
- A więc nie istnieje żaden człowiek bez poczucia winy – zapatrzyłem się w pustą już niemal butelkę, żeby nie zauważył mojego wyrazu twarzy.

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie