Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Leśmiana z Bogiem wadzenie

Twórczość Leśmiana, wypełniona po brzegi bogatą symboliką i potrafiąca nieraz zaskoczyć nawet skrupulatnego badacza mnogością znaczeń każdego wiersza, wersu, wreszcie nawet słowa, które przyjmuje u niego postać nieomal samodzielnego bytu, nie jest łatwa w interpretacji. Jeżeli jednak przyjmie się pewien margines błędu i odniesie do tych bardziej oczywistych (rzecz jasna oczywistych jedynie w subiektywnej opinii interpretatora/ów) elementów poezji, można pokusić się o stworzeniu ogólnego przynajmniej zarysu leśmianowskich swarów z Bogiem, o którym wspomina on w swoich wierszach nader często. Jednym z motywów, jakie pojawiają się u Leśmiana najczęściej, jest charakterystyczna ewolucja bytu po śmierci ciała. Jak czytamy w „Dziewczynie” (opublikowanej pierwszej raz w „Napoju cienistym” z 1937, a więc już pod koniec życia poety): „Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną… I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną! Lecz cienie zmarłych – Boże mój! – nie wypuściły młotów z dłoni! I tylko inny płynie czas – i tylko młot inaczej dzwoni…” I dalej: „Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera (…) Lecz dzielne młoty – Boże mój! – mdłej nie poddały się żałobie! I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!” A na końcu: „Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów. Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów.” Widzimy tu, że śmierć nie tylko nie jest ostateczną granicą, ale też może się powtórzyć – umierają nie tylko ludzie, umierają również cienie, a nawet sama wola, kierująca w tym wypadku poczynaniami młotów. Niektórzy interpretatorzy sugerują, że Leśmian opisywał tutaj siłę życiową, elan vital, której koncepcję zaczerpnął z filozofii Henriego Bergsona1. To właśnie owa siła miałaby być motorem napędowym młotów bijących w mur, a także dwojga ludzieńków: „I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu (…) Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą Ale miłość umarła, już miłości nie było. (…) By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga. Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata, By powrócić na ziemię, lecz nie było już świata”. W tym utworze śmierć jest nawet stopniowalna jeszcze bardziej; najpierw umierają sami ludzieńkowie, potem ich miłość, następnie Bóg i na sam koniec świat. Coś jednak wciąż trzyma ich przy istnieniu, trwaniu, jak to ujął sam autor. Czy jest to bergsonowskie elan vital? Bardzo możliwe, choć można by się również w taki wypadku pokusić o interpretację gnostycką. Otóż, odnosząc się znów do „Dziewczyny”, możemy zauważyć wyraźną granicę pomiędzy trzema elementami składowymi bytu – pierwsza, czyli ludzie, to nasza cielesność, materialność, tutaj wszystko wydaje się być oczywiste. Druga – cienie, to dusza. Czym natomiast jest trzecia? Być może duchem, ową trzecią składową istoty, o której tak często pisali gnostycy. W „Dwojgu ludzieńkach” również mamy do czynienia z podobnym podziałem. Najpierw umierają ludzie, później umiera miłość, prawdopodobnie będąca przestawieniem duszy, potem Bóg, którego brak nie musi być jednak równoznaczny ze śmiercią; być może kolejny raz Leśmian wyraża tutaj swój pogląd o zbyt małym zainteresowaniu Boga światem, jaki stworzył; Bóg jest, ale nie ma go dla ludzi, którzy go potrzebują, nawet jeżeli już umarli. W tym momencie z tytułowych bohaterów pozostaje już tylko jakaś bliżej niesprecyzowana esencja woli, duch właśnie, choć rozumiany trochę inaczej niż u gnostyków, to jednak wpasowujący się w ogólną koncepcję trójpodziału istoty ludzkiej. Zdaje się, że byt u Leśmiana nie może do końca przestać istnieć; wprawdzie czytamy, że „potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów”, jednak nie wiemy, czy to faktycznie oznacza kres ich istnienia, czy może oznacza kolejną ewolucję. W „Dwojgu Ludzieńkach” nieszczęśliwi kochankowie istnieją nawet po końcu świata. Co więcej, wieczne trwanie nie wydaje się być zarezerwowane jedynie dla ludzi, dla istot żywych w ogóle; ba! Nie ogranicza się nawet do tego, co rzeczywiście istnieje (a przez takie rzeczywiste istnienie możemy chyba rozumieć to, co powołał do niego Bóg). W „balladzie bezludnej” trafiamy bowiem na opis swoistej nie-istoty: „Zabóstwiło się cudacznie pod blekotem na uboczu, A to jakaś mgła dziewczęca chciała dostać warg i oczu. I czuć było, jak boleśnie chce się stworzyć, chce się wcielić. Raz warkoczem się zazłocić, raz piersiami się zabielić – I czuć było, jak się zmaga zdyszanego męką łona, Aż na wieki sił jej zbrakło – i spoczęła niezjawiona! Jeno miejsce, gdzie być mogła, jeszcze trwało i szumiało, Próżne miejsce na tę duszę, wonne miejsce na to ciało. (…) Wszyscy byli w owym miejscu na słonecznym, na obrzędzie, Prócz tej jednej, co być mogła, a nie była i nie będzie!(…)” Lecz wbrew temu, że nie istnieje, jest w stanie wołać: „Gdzież me piersi, czerwcami gorące? Czemuż nie ma ust moich na łące? Rwać mi kwiaty rękami obiema! Czemuż rąk mych tam na kwiatach nie ma?” A więc, mimo, że niezjawiona, żałuję swojego własnego istnienia, a więc paradoksalnie w jakiś sposób istnieje. Z podobnymi sytuacjami spotykamy się zresztą w wielu innych wierszach Leśmiana, chociażby „Panu Błyszczyńskim”, czy „Łące” (chociaż tam mamy bardziej do czynienia z przemianą jednej egzystencji w inną, bardziej świadomą). Do zaistnienia wystarczy sama chęć, sama wola (będąca czy to elan vital czy gnostyckim duchem). I chociaż jednocześnie Leśmian ubolewa z powodu ich niebycia, to dotyczy ono bardziej niezaistnienia w Bożym planie, w świecie, który został nam dany, a nie nieistnienia w ogóle. Tym samym poeta stwarza możliwość istnienia elementów nieprzewidzianych przez Boga (co sugerowałoby, że jest Stwórcą niedoskonałym) czy też niechcianych (co z kolei warunkuje jego bezduszność – Bóg pomija w swoim planie istoty, których nie chce). Jeśli zaś idzie o ubolewanie Leśmiana nad losem chcących w pełni zaistnieć, a mogących tylko trwać na pograniczu świata realnego, najlepiej oddaje je chyba fragment „Lalki”: „Ubezdrożyć się muszę na ziemi i niebie, By w chwili, kiedy najmniej spodobam się losom, Znaleźć się niespodzianie, na przekór niebiosom, W położeniu – bez wyjścia – bez śmierci – bez siebie.” I dalej: „Wyciągnę dłonie ścisłe i wklęsłe, jak łyżki, Do Boga, co nie za mnie umierał na krzyżu!” On, wiedząc, jak mi trudno, choć sen się snem łata, Grać rolę siebie samej na życia arenie, Dla prób nieśmiertelności, po zniżonej cenie Nabędzie mnie – za jedną łzę z tamtego świata!” W tym wypadku Bóg, choć nie umierał za lalkę na krzyżu, a więc nie uwzględnił jej w swoim planie zbawienia, wydaje się skłonny obdarzyć ją istnieniem, poprzez nabycie jej (a więc chyba również obdarzenie jej możliwością śmierci – do której ona sama tęskni, utożsamiając ją z życiem; tylko to, co naprawdę żyje, może umrzeć). Nie robi tego jednak zupełnie z własnej woli – uzależnia to od „jednej łzy z tamtego świata”, a więc ubolewania nad jej losem kogoś z już zbawionych. Czy można to rozumieć jako brak wszechmocy boskiej? Bóg nie chce, czy nie może jej zbawić zupełnie sam? A może uzależnił istnienie form, których nie uwzględnił w dziele zbawienia od woli tych, które uwzględnił? W takim razie mamy moc decydowania o zaistnieniu, Bóg jest jedynie pośrednikiem, bo chociaż posiada moc stwórczą, to stosuje ją w tym wypadku zgodnie z naszą wolą, a więc każda wylana przez nas łza może spowodować zaistnienie kolejnego chcącego zakosztować życia bytu. Z trochę inną sytuacją mamy do czynienia w „Matysku” – tutaj chłopak graniem przywołuje płacz zmarłej dziewczyny, a więc wskrzesza do jakiegoś półżycia istotę, która kiedyś już zaistniała, lecz przeszła w wyższy wymiar egzystencji. „Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny – I wygrał i wygrał – płacz zmarłej dziewczyny. O, płaczu bezbrzeżny, dlaczego tak płaczesz? Dlaczego w pnie drzewne, jak we drzwi, kołaczesz? Zapomnij o klęsce, a świat się odmieni – I rosą spłyń w zieleń i spocznij w zieleni! Lecz nie chciał wypocząć ni wyzbyć się męki – I różnie się krwawił o kwiaty i sęki (…)” I znowu mamy tutaj do czynienia z ingerencją człowieka – to Matysek, chcąc nie chcąc, wywołuje z lasu ducha zmarłej dziewczyny, którego emanacją są kolejno jej płacz, śmiech i wreszcie sen. Skarży się ona najprawdopodobniej na niedole nieistnienia, choć tak naprawdę nie wiemy, czemu znalazła się po tamtej stronie życia, wiedzieć o tym może tylko Matysek, nie przestający grać, być może dlatego, że zakochał się w martwej dziewczynie. Bo miłość jest u Leśmiana częstokroć siłą przekraczającą barierę życia i śmierci, siłą bodaj największą, jakiej nie jest w stanie przeciwstawić się ani śmierć, ani nawet sam Bóg. Dowodem na to zresztą są tak barwne erotyki, w których w mistrzowski sposób opiewa Leśmian cielesność, łącząc ją z najpełniejszym, najpiękniejszym wymiarem miłości. Nie ma u Leśmiana ascezy, oddzielenia miłości platonicznej od tej fizycznej – kochankowie korzystają z uroków przyziemności bez zażenowania jego lichością, jak ma to miejsce w poezji gnostyków, a oddają się w pełni porywom popędów, które w gruncie rzeczy stanowią same w sobie jakiś akt transcendentny, same w sobie są metafizyką, nad którą powinniśmy się zachwycać i którą powinniśmy wielbić. „Kto ustami w nóg twoich nie wdumał się dreszcze, Nigdy dość nie wysłowi twoich oczu omdlenia, A choćby je dzień cały badał bez wytchnienia, Nie wypatrzy z nich tego, co ja wypieszczę!” Podnoszenie aktu seksualnego do rangi doświadczenia nieomal mistycznego staje się u Leśmiana sposobem na poradzenie sobie z okrucieństwem tego świata; wiersze, w których to czyni nie zawierają tak częstych oskarżeń Boga czy nie zaludniają się przedziwnymi stworami z pogranicza życia i nieżycia czy też wszelakimi zmorami, jak Dusiołek, Znikomek, topielec czy śmiercie. Kiedy jednak Leśmian nie zagłębia się w metafizykę miłosnych uniesień, często obwinia Boga o ziemskie niesprawiedliwości. Wyłania się z jego poezji obraz Leśmiana – buńczucznego buntownika, niepokornego indywidualistę, jaki możesz wejść w polemikę nawet z samym Stwórcą. Co więcej, nie zawsze liczy na dobre traktowanie z Jego strony; czasami ogranicza się do stwierdzeń, że i tak zrobi swoje, niezależnie od tego, z jaką spotka się reakcją. Tak jak w „Trupięgach”: „A jeśli Bóg, cudaczną urażony pychą, Wzgardzi mną, jak nicością, obutą zbyt licho, Ja – gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami, Będę tupał na Niego tymi trupięgami!” Wyraźnie widać w tym fragmencie, jak uparty jest leśmianowski bohater (którego chyba bez większego niepokoju możemy utożsamić z autorem) – mimo, że zdaje sobie sprawę, że może za chwilę przestać istnieć (choć pewnie, jak to u Leśmiana bywa i ów proch może się okazać kolejną formą bytu) i tak wyrazi swoje niezadowolenie i sprzeciw wobec zachowania obrażającego się Boga. Boga, który u Leśmiana ma niemal tyle cech człowieczych, ile bogowie Starożytnej Grecji. A więc śmieje się, obraża, śni, a nawet złości. „Uśmiechnął się i skinął – i wnet z Bożej łaski Powstał dom kubek w kubek, jak nasz – Czarnolaski” Tak opisuje miłosiernie zachowanie Boga wobec ducha dziewczynki Leśmian w „Urszuli Kochanowskiej”. Mimo tego jednak to nie spotkanie ze Stwórcą jest dla niej największym szczęściem; nieco później czytamy: „Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni! Serce w piersi zamiera… Nie!... To – Bóg nie oni!...” Nie ma tu nawet śladu bojaźni Bożej – każdy niemal bohater Leśmiana, który spotyka się z Bogiem traktuje Go jako istotę niemal równą sobie – może i wszechpotężną, ale też taką, z którą można polemizować, na którą można się obrazić, wreszcie, której można nie kochać najbardziej po śmierci, już w wiekuistej chwale. Postawa Leśmiana wobec Boga ewoluowała jednak. W jednym z jego pierwszych wydanych wierszy, „Nadaremności”, możemy wyczytać: „Boże, coś pod mym oknem na czarną godzinę Wonny rozkwiecił bez, Przebacz, że wbrew twej wiedzy i przed czasem ginę Z woli mych własnych łez!...” Bohater prosi tu o wybaczenie, że z powodu własnego smutku przedwcześnie umiera. I mimo, że jest to postawa zgoła zupełnie inna niż w późniejszej twórczości Leśmiana, już zaznacza się pewna wątpliwość nad przymiotami Boga; „wbrew twej wiedzy”, a więc Bóg nie jest wszechwiedzący. Bohater, „przed czasem ginąc”, niejako upokarza Boga, ukazuje jego niewiedzę i chociaż prosi o wybaczenie, doskonale zdaje sobie z owej niewiedzy sprawę. Umniejszanie wszechpotęgi Boga i nadawanie mu kolejnych cech ludzkich możemy dostrzec wyraźnie w dużo późniejszych dziełach Leśmiana – „W czas zmartwychwstania” i „W przeddzień zmartwychwstania” niemal zupełnie zacierają granicę pomiędzy tym, co boskie, a tym, co ludzkie. W „Nieznanemu bogu” zaś dopuszcza istnienie zupełnie innego bóstwa, niejako drwiąc ze świata stworzonego przez Boga-Stwórcę: „Najwyższy, a pozornie najuboższy z bogów Wzgardził tym, co widzialne, dostępne dla czasów – I nie stworzył pól szumnych, ni jezior, ni lasów, I nie spoczął na złocie ołtarznych barłogów! (…) A ów bóg, przed którym nie wszyscy są równi, Widząc ich w całej bólów brzydocie i pięknie, Pamięta, jak mu tęczą bywali wysnuwni – I jeżeli ma serce – ono dla nich pęknie!” Leśmian zadaje tutaj Bogu, o jakim mowa w jego innych poematach, co najmniej kilka ciosów; kwestionuje jego wielkość, oskarża go o próżne wylegiwanie się na „złocie ołtarznych barłogów”, a nawet wyśmiewa rzekomą równość wobec Niego wszystkich ludzi. Stanowczością takich sądów mógłby z pewnością zawstydzić niejednego gnostyka. Czy jednak naprawdę możemy go do nich zaliczyć? Raczej nie, bo choć wątki gnostyczne są u niego wyraźne, to sam stosunek Leśmiana do Boga jest ambiwalentny i ciężko stwierdzić, które utwory są tak naprawdę wyrazem jego rzeczywistych poglądów, a które jedynie alternatywnych, jedynie literackich koncepcji. Bo mimo, że Leśmian tak często się z Bogiem wadzi, tak często wypomina mu liczne „niedoróbki” świata, w jakim żyjemy, to jednak uważa go za Stwórcę w gruncie rzeczy genialne – świadczy o tym ciągły zachwyt poety nad dziełem stworzenia i potęgą natury. Zauważyć można, że Leśmian niemal nigdy nie rozpływa się nad dziełami ludzkimi (chyba, że to dzieło jego woli, lecz to, jak już było wspomniane wcześniej, dokonuje się za pośrednictwem Boga właśnie), a właśnie nad przyrodą, jej dzikością i wciąż na nowo odkrywanym pięknem. I w gruncie rzeczy zachwyca się również fenomenem istnienia, jego nieprzerwanym trwaniem, nawet po wielokrotnych śmierciach, tym bergsonowskim elan vital, które nie sposób w żaden zagłuszyć ani pokonać. Zachwyca się też możliwością trwania w półśmierci, egzystencją duchów czy zmór nawet. Lecz najbardziej wartościowe jest dla niego piękno miłości, nierozerwalnie związanej z cielesnością. I tutaj, wbrew poglądom gnostyków, mamy do czynienia z jednym z największych fanatyków transcendentnej zmysłowości, mogącej zmienić tak naprawdę wszystko. Bo u Leśmiana to właśnie zakorzeniona w materialności miłość jest największą siłą. I może przetrwać nawet wszystko. Ze śmiercią ducha włącznie.
Wszystkie cytaty pochodzą z: Bolesław Leśmian „Poezje”, wyd. IBIS, Poznań 2008.
Pomocna w pracy okazała się również biografia poety autorstwa Piotra Łopuszańskieg, wydana przez Twój Styl w Warszawie, w 2006 roku.

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu