Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Przez zamknięte okno

Wyleciałem przez zamknięte okno. Ćmy w rogach okiennicy nawet nie zatrzepotały skrzydłami, gdy moje nogi przepływały przez szybę. On (choć tak naprawdę było to ono – to jedynie moja nawykła do upłciawiania wszystkich świadomych istot natura musiała określić to rodzajem męskim) wlókł mnie jak na poły porwany latawiec przez niedostrzegalne w mroku dnia sfery wszechświata, kołysząc mną raz po raz, tak, że nieomal uderzałem o wystające wieże dawno upuszczonych kościołów i dziwnych, pradawnych świątyń, zawsze jednak w ostatniej chwili poruszał niewidzialną nicią, sprawiając, że moje rozedrgane ciało o milimetry dosłownie mijało groźne szczyty kamiennych budowli. Po jakimś czasie przerażenie tym faktem ustąpiło miejsca niemej ekscytacji – podróż przez przestworza, której towarzyszył jakiś nieokreślony rześki zapach potrafiła dodać więcej endorfin niż jakakolwiek cielesna przyjemność. Z czasem jednak, gdy zagłębialiśmy się w coraz posępniejsze rejony istnienia, to, czego doświadczyłem; zobaczyłem i usłyszałem, sprawiło, że radość z lotu stawała się stopniowo coraz mniejsza.
Najpierw zaprowadził mnie przez doliny czasu w miejsca, o których nie mogli wiedzieć najświatlejsi ze współczesnych uczonych. Na własne oczy ujrzałem pęczniejące dopiero wszechświaty, niezaopatrzone jeszcze w jakiekolwiek prawa fizyki, odnajdujące dopiero własną świadomość, niczym dziecko pierwszy raz spoglądające w swoje odbicie. A wśród nich istnienia tak stare i nie dające się zamknąć w jakiekolwiek ludzkie definicje, złożone nieraz z samej tylko woli istnienia, niepoparte żadną materialnością, czy psychicznością nawet, a dysponujące niejednokrotnie mocą większą niż bylibyśmy to w stanie sobie wyobrazić.
Potem zaprowadził mnie na skraj bytu, gdzie wpatrzony w bezkształtną masę nieistnienia omal nie zostałem rozgnieciony przez wędrującą przez nicość pozostałość pierwszego poruszenia. Uskoczyłem wtedy z przerażeniem wpatrując się w rozżarzone pierwotne atomy, a on jakby uśmiechając się, pochwycił mnie w szponiaste ręce i uniósł przez meandry niepamięci w zupełnie inne zakątki. Nigdy nie wyjaśnił praprzyczyny, nigdy też nie pozwolił choć zbliżyć się do jej tajemnicy. Podejrzewam, że Stwórca nawet jemu nie wyjawił owego sekretu, chociaż tak musiał on ich znać o całe nieskończoności więcej niż wszystkie ludzkie istoty, tak marnie skrzące się w blasku jego mądrości.
Wiele z tego, co się wtedy wydarzyło, okryłem czy to ja, czy też on, zasłoną zapomnienia. Może była to jedyna szansa, bym zdołał choć po części normalnie przeżyć resztę swoich dni na oddalonej od zapełnionych nieprawdopodobnymi dziwami światów o całe eony lat i mil planecie. To, co pokazał mi jednak na końcu sprawiło, że i tak trudno mi wstawać, jeść i pić, wykonywać całe te szeregi banalnych zabiegów mających przedłużyć moją żałosną egzystencję ze świadomością, że gdzieś tam istnieją rejony tak nieopisanych praw, jak te, które widziałem.
Przez okno zaledwie w czasie i przestrzeni pozwolił mi przyglądać się światom zbudowanym na niemożliwej do wyobrażenia geometrii, gdzie kąty załamywały się, przyprawiając o szaleństwo nienawykłe do ich oglądania ludzkiego oko, a najbardziej uniwersalna w znanej nam rzeczywistości bryła – kula była jedynie zdeformowanym, karykaturalnym kształtem, bez żadnej przeznaczenia ani wartości. W tym świecie istnienie było tak gęste, że nieomal zachodziło na świecie, tworząc niewyobrażalne wzory i schematy, wymykające się wszelkim możliwym kanonom ludzkiego myślenia. Lecz poza nieomal bluźnierczą geometrią cechowało je coś jeszcze; jakaś właściwość materii nieznana ludzkości, obok barwy, kształtu, struktury powierzchni, wydawanego dźwięku czy wydzielanego zapachu, która sprawiała, że z pozoru niegroźna sceneria wydawała się odrażająca i nieprawdopodobnie obca. Nie umiem określić co to było; ani nie dysponując odpowiednimi do jej doświadczenia zmysłami, ani też nie znajdując w żadnym znanym mi języku słów odpowiednich do jej opisania. Wyczułem tą właściwość jednak już w chwili, gdy ujrzałem ów szalony świat, podświadomie dostrzegając ją na zasadzie kontrastu z tym wszystkim, czego doświadczyłem w dotychczasowym życiu. Dopiero w chwili, gdy poczułem na własnej skórze tak nieludzką odmienność, byłem w stanie zdać sobie sprawę z tego, że i nasza materia może mieć taką nienazwaną jeszcze własność. Dzisiaj zaś zazdroszczę wszystkim, którzy jeszcze jej nie wyczuli i zapewne nigdy nie wyczują; teraz już wiem, że nieświadomość jest jednym z największych błogosławieństw, jakimi może zostać obdarzony śmiertelnik.
Lecz z przekleństw to mimo całej jej potworności nie świadomość owej dziwacznej właściwości materii jest najgorsza dla człowieka…
Kiedyś myślałem, że najgorszym przekleństwem są sny. Moje sny – przekleństwo i błogosławieństwo. Dar i szpecące znamię. Sny, dzięki którym mogłem przeżywać daleko bardziej barwne dzieciństwo niż którykolwiek z moich rówieśników. Ale też sny, dzięki którym budziłem się w korytarzu, z dala od swojego łóżka, przestraszony, zmrożony chłodem polskiej nocy i niepewny, w której ze znanych mi rzeczywistości się znalazłem. Sny zawsze były dla mnie czymś więcej niż dla innych ludzi. Nienawidziłem i kochałem. Ubóstwiałem szczególnie wtedy, gdy zaczął mnie nawiedzać, z początku jakby nieśmiało, wkradając się w schematy, w jakie zakułem moją podświadomość i dostosowując się do moich wyobrażeń. Ubóstwiałem, gdy ukazywałem mi coraz więcej, obnażając przede mną niczym nieudolnie udająca dziewicę lubieżnica swoją prawidzwą postać. A przynajmniej na tyle prawdziwą, na ile mój ograniczony więzami kultury i biologii umysł mógł ją zaakceptować. Jego niesamowicie czerwone oczy hipnotyzowały mnie w półjawie, a skrzydła przywiewały do pokoju kolorowy wiatr innych rzeczywistości. Znienawidziłem zaś tamtego dnia, tamtego dnia, gdy pokazywał mi dużo więcej niż wszystko. Pokazywał mi więcej niż jest w stanie znieść ludzki umysł. Tamtego dnia, gdy wyleciałem przez zamknięte okno ku najbardziej przerażającym tajemnicom istnienia.
To nie sny są jednak największym przekleństwem. A przynajmniej nie bezpośrednio. Największe przekleństwo czai się na pustkowiu, gdzie zostawił mnie samego na, jak mi się wtedy wydawało, całą wieczność.
Nie pamiętam, jaką drogą czasu czy przestrzeni tam dotarłem. Pamiętam, że nagle znalazłem się na samym środku dziwnej podmokłej pustyni. Nie oświetlały jej prawie w ogóle dwa duże księżyce; jedynie kilka ich promieni przedzierało się przez skłębione, jak gdyby żywe chmury, koszmarnie wijące się w czymś na kształt tańca wściekłości. Z jednej strony na horyzoncie malował się potężny, ciągle chwiejący się pod naporem silnego wiatru las; równie nieprzyjazny i odrażający co samo pustkowie. Z drugiej strony nie dostrzegłem absolutnie nic. Tylko ciągnąca się w nieskończoność przestrzeń. Lecz chociaż nic nie mogłem zobaczyć, od samego początku wyczuwałem gdzieś pod sobą jakąś złośliwą bytność, jakieś wyjątkowo inteligentne stworzenie czyhające na jakikolwiek przejaw świadomość, by żywić się jego strachem.
Ono też mnie wyczuło; boleśnie wyssało mi z umysłu cały spokój i zdolność racjonalnego myślenia, całą logikę i wszystko to, co wierzymy, zabrało mi wszystko to, co sprawia, że nie zwariujemy do reszty. Pozostawiło mnie z porażającą niepewnością egzystencji, przytłoczonego ogromem wszechświata i zostawionego samemu sobie. Całkiem samego. A potem objawiło siebie – złożoną, wieloświadomość, nigdy niepozostawioną samej sobie, wieczną i niezniszczalną, nie muszącą w żałośnie krótkim mgnieniu oka, jakie zwiemy życiem, trwać w ze strachu tylko pozornie zracjonalizowanym bycie, nietrwałym i niepewnym, zdani jedynie na samych siebie, na zawodne, śmiesznie nieporadne w obliczu prawdziwej natury wszechświata zmysły, nie potrafiące nawet poradzić sobie z postacią pradawnych istot, a co dopiero mogące przed ich niszczycielską siłą ochronić. Ryczałem wniebogłosy i zatapiałem palce w krwawiące policzki, uznając nieistnienie za najprzyjemniejszą rzecz, jaka mogła mnie jeszcze spotkać. A jego nie było. Tego, który mnie tu zaprowadził. Nie było, choć może i był…? Może unosił się gdzieś obok, niewidoczny dla mnie, uśmiechając się na swój sposób i czerpiąc satysfakcję (o ile może dążyć do spełniania tak ludzkich potrzeb) z mojego cierpienia. A może to on sam był tym czymś, co właśnie pozbawiło mnie zdrowych zmysłów, odarłszy ze wszystkich złudzeń?
Po inwazji odrażającej wieloświadomości w głąb mojego umysłu byłem tak zdruzgotany, że nawet te ponure rozważania o jego roli w tym wszystkim były nieomal kojące. I to chyba dzięki nim przez chwilę przeszło mi przez myśl dające promyk nadziei pytanie: A co, jeśli to, z czego zdałem sobie sprawę to nie prawda, lecz złudzenie, w jakie mam wierzyć?
Lecz ten nikły promień zgasł tak samo szybko jak się pojawił. Bo oto przy niewyobrażalnym ryku trzęsącej się w posadach ziemi, niczym przy akompaniamencie jakichś piekielnych werbli, wynurzyła się przede mną najobrzydliwsza kreatura, jaką było mi dane podczas całej tej podróży przez eony lat i tryliony kilometrów spotkać. Sama wieloświadomość. I choć sama jej obecność wystarczyłaby do wprawienia najodporniejszych umysłów w szaleństwo, nagle w głębi mojego umysłu pojawiła się cząstka jej wiedzy. Wiedzy o nieskończonej liczbie podobnych istnień, których mian nie potrafię do dziś wymówić nawet szeptem. W chwili, gdy oświecające mnie przerażającą wiedzą monstrum wynurzało z głębin podziemi kolejne fragmenty swojego obrzydłego cielska, w zasadzie już nie żyłem. Krzyczałem tylko, chyba głośniej niż jakikolwiek człowiek przede mną, wyrywając sobie z twarzy kawałki skóry i czując, że pękają mi przekrwione do granic możliwości gałki oczne. Wpatrzone w nią. W Uoiay.

* * *

To, co wydarzyło się później, nie jest już dla mnie tak jasne i klarowne. Pamiętam jeszcze kilka miejsc, jedno nawet niezwykle przyjemne i kojące zmysły, lecz przy ostrości wspomnienia o tym, co wydarzyło się na przeklętym pustkowiu, każde późniejsze zdarzenie wydaje się być zasnutą mgłą.
Pewny mogę być tylko, że obudziłem się na klatce schodowej, wyrwany potężnym hałasem z głębokiego snu. Cztery piętra poniżej mojego mieszkania.
Nawet tak otępiały umysł jak mój, wtedy, otrzeźwił brak w moim domu drzwi. Zresztą nie tylko ich. Całe lokum było zniszczone potężną eksplozją. Potem powiedziano mi, że od starego, nieszczelnego piecyka gazowego. Po tym, co zobaczyłem, jestem w stanie uwierzyć w dużo bardziej nieprawdopodobne wyjaśnienia.
W każdym razie wtedy, po pierwszym szoku, znów wpadłem w zobojętnienie. Wzruszyłem tylko ramionami, jak gdybym wciąż śnił jakiś wyjątkowo psychodeliczny sen (a może śnię? Może nawet wszyscy śnimy?) i, ledwie rejestrując, że trzęsę się z zimna, wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem dokąd wracać. Byłem sam. On już nigdy nie wrócił.

A teraz uciekam. Nie fizycznie. I nie przed nim. Bo to nie on zniszczył moje mieszkanie. Przynajmniej tak myślę. Może nawet w jakimś sensie mi pomógł, nawet jeśli tego nie rozumiałem i, prawdę mówiąc, wciąż nie rozumiem…
Szukam spokoju. I codzienności. Patrzę na wszystkich ludzi tak po prostu żyjących i zastanawiam się, jak mogą tak żyć. Tak po prostu. Nie wiedząc… Zazdroszczę im. Zazdroszczę wam wszystkim…
Uciekam przed sobą. Przed samym sobą.
Już nie śnię. Z reguły. Czasem tylko widzę zasnute potężnymi chmurami niebo, niedopuszczające do ogrodzonego lasem pustkowia prawie żadnych promieni dwóch księżyców. I wynurzającą się z dziwacznych moczar istotę. Głuchą i ślepą, a jednak czującą mnie doskonale i zwracającą ku mnie ociekające żółcią cielsko. I wysyłająca mi przez eony lat wyraźną myśl „Już wiemy, że istniejesz. Wrócisz tu. Wrócisz tu sam. Bo nigdy o nas nie zapomnisz”.
Miała rację. Nie zapomniałem. I nie zapomnę.

…………

Czasem jednak niewyraźnie miga mi w pamięci to, co pokazał mi na końcu. Przepełnioną feerią ciepłych barw i radosnych dźwięków krainę na samej granicy bytu. Zapach unoszących się w powietrzu błękitnych kwiatów sprawia, że nadal żyję. I wciąż mam nadzieję, że umknę temu, co zobaczyło mnie wcześniej. I śnię z rzadka o tym, że on wraca, prowadząc mnie ku kolorowej krainie i uśmiecha się jakby, mimo, że brak mu ust, unosząc mnie wysoko ponad znikającym w oddali pustkowiem.

Komentarze
Kratos dnia październik 25 2014 15:44:02
Cthulhowski klimat z kilkoma znakami firmowymi autora, widocznymi też w innych opowiadaniach. Dobrze się czyta.
Andrzej dnia listopad 07 2014 02:26:14
Fajne opisy! Zakończenie trochę za dobre, ale ogólnie mi się podobało.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu