Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Droga donikąd (HR)
Lipiec był wyjątkowo upalny. Od dwóch tygodni nie spadła na ziemię ani kropla deszczu i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu rzeczy. Martwiło to rolników i cieszyło uczestników kolonii, jacy tłumnie zjechali się na obóz do Starżna – malowniczej wioseczki rozciągającej się wzdłuż jednego z pięknych pomorskich jezior. Młodzi ludzie mogli się więc bawić, pływać, chodzić na długie wycieczki i robić wszystko to, czego nie można w mieście. I, o dziwo, nawet po prawie trzech spędzonych tu tygodniach, wcale im się to nie znudziło. Zaczęło się za to już trochę nudzić kierownikowi wycieczki, niegdysiejszemu mieszkańcowi wioski, który dzień w dzień musiał wynajdować dla spragnionych wrażeń podopiecznych wciąż nowe miejsca albo chociaż drogi, jakimi można było w nie trafić.

- Daleko dzisiaj idziemy? – zapytał przewodnika chudy, wysoki chłopak.
- Dosyć. Dojdziemy za Ostrówek, a potem skręcimy drogą w las i tak wrócimy do obozu.
Szli dobrze utrzymaną, asfaltową drogą, po której obu stronach rozciągały się złociste łany zbóż.
- Chyba żyto – zastanawiała się rudowłosa, maksymalnie 16-letnia dziewczyna.
- Chyba to cię pogięło, Agata – odpowiedział idący koło niej chłopak – To pszenica.
- No nie wiem – nie ustępowała dziewczyna – zobacz lepiej to! – wskazała palcem drogę, jaka zaczynała się jakieś pięćdziesiąt metrów przed nimi. Asfaltówka zakręcała ostro, niemal pod kątem prostym w lewo, zaś na wprost biegła polna drożyna. Być może kiedyś to właśnie tędy pokonywano drogę do którejś z sąsiednich wiosek.
- No co, droga jak droga – wzruszył ramionami chłopak, lecz kiedy przyjrzał się rosnącym po jej obu stronach drzewom, poczuł pewną trudną do zdefiniowania chęć bliższego przyjrzenia się temu szlakowi.
- Proszę pana! – zawołał, gdy dobiegł zdyszany do przewodnika, Agatę wyprzedził o przeszło trzy metry – Dokąd prowadzi ta droga?
- Donikąd – sucho rzucił przewodnik.
- Donikąd? – dopytywał się chłopak.
- Właśnie tak. Nigdzie tamtędy nie dojdziemy.
- No to może sprawdźmy? – włączyła się do rozmowy Agata.
- Nie. Idziemy do Ostrówka.
- Ale… – nie poddawał się chłopak.
- Żadnych „ale”, Maciek – uciął kierownik wycieczki i przyspieszył kroku.
Zrezygnowana młodzież wpatrywała się w nieprzetarty (przynajmniej butami takich mieszczuchów, za jakich sami się uważali) szlak. Przyglądali się oni ciekawie ukształtowanym świerkom, z których jeden był strzelisty i wąski, inny zaś niski i bardzo szeroki, jeszcze inny zaś na wysokości paru metrów rozgałęział się, przez co ku słońcu wspinały się samodzielnie aż dwa czubki. Wśród około dziesięciu nierównomiernie rozmieszczonych iglaków zaplątała się jedna zagubiona brzoza, która z tej odległości wyglądała trochę jak zgarbiona babinka. Za świerkami było ich jeszcze kilka, jedna zupełnie łysa, potem dość długi pas nieocieniony przez żadne większe drzewo, aż dużo dalej widać było jeszcze kilkanaście nierozpoznawalnych z tej odległości drzew. A potem droga wchodziła w las. Agata westchnęła i podążyła za przewodnikiem. Po kilkunastu minutach niespiesznego marszu (upał był niemiłosierny) dotarli za Ostrówek. Po obu stronach szosy rozciągał się las. Przewodnik tymczasem pomachał ręką do nadjeżdżającego na rowerze poruszającym się wbrew prawom fizyki (a już na pewno wbrew prawom drogowym) staruszka. Ten uśmiechnął się pod siwoczarnym wąsem i skierował swój rozklekotanym pojazd w stronę maszerującej grupki. Kierownik kazał podopiecznym się zatrzymać i wdał się ze znajomym w krótką pogawędkę. Tymczasem uwagę Agaty przykuła polna droga nieśmiało wychylająca się z leśnej gęstwiny.
- Ty! Zobacz! – trąciła łokciem swojego kolegę, obserwującego właśnie przez prześwitującą torbę staruszka jego wysokoprocentowy asortyment – To chyba ta droga!
- Myślisz? – nie okazywał entuzjazmu chłopak – do tej pory zdążył już o chęci spenetrowania tego terenu zupełnie zapomnieć.
- Jeśli nigdzie nie skręcała, tylko szła mniej więcej prosto w przód, po około dwóch kilometrach powinna kończyć się tu. Zresztą wygląda tak samo jak tamta! – dziewczyna była wyraźnie podekscytowana.
- Każda polna droga wygląda tak samo – nie dawał się zarazić ciekawością Agaty Maciek.
- Proszę pana! – tym razem szybsza była dziewczyna – Czy to jest ta sama droga, o którą wtedy pytaliśmy? – rzuciła pospiesznie, próbując nie zwracać uwagi na groźne spojrzenie przewodnika, który najwyraźniej nie był zachwycony sposobem, w jaki przerwano jego rozmowę.
Usłyszawszy pytanie tylko wzruszył ramionami. Odezwał się za to staruszek.
- Chodzi wam o tamtą drogę, co odchodzi od asfaltówki?
-Tak! Czy to ta sama droga?
- Ano tak – uśmiechnął się rowerzysta – Tylko, że i tak nikt tędy nie chodzi.
- Czemu?
- No bo nie – staruszek zakaszlał ciężko – Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś tam szedł. Droga ciężka, wyboista, nie ma po co.
- Ale chyba grzybiarze czasami się tu pojawiają? – zapytał milczący do tej pory Maciek.
- Nie –odparł zdenerwowany dociekliwością podopiecznych przewodnik – Nie słyszałeś co pan powiedział? Nikt tu nie chodzi.
- A może my byśmy tam poszli… – znów zaczęła temat Agata.
- Lepiej nie, łatwo zabłądzić – staruszek zakaszlał, uśmiechnął się do młodzieży, pożegnał z przewodnikiem i odjechał, zaskakująco szybko jak na swój wiek. Kiedy zniknął za zakrętem, kierownik wycieczko spojrzał ostro na Agatę i Maćka, po czym ruszył naprzód, by po kilku minutach dotrzeć do innej wychodzącej z lasu drogi. Do obozu dotarli godzinę później. Zmęczeni, spoceni i spragnieni kąpieli w czystych wodach jeziora. Na dziś mieli dość wycieczek. No może poza jedną rudowłosą szesnastolatką i jej o rok starszym kolegą.
- Kiedy będziemy mieli czas wolny, po szesnastej, idziemy tam – zadecydowała Agata.
- A co mu powiemy? – spytał chłopak.
- Pamiętasz, jak na początku obozu poszliśmy na tą działkę na początku? –odpowiedziała pytaniem.
Chłopak twierdząco pokiwał głową.
- Powiedział, że kiedy chcemy, możemy tam iść pograć w siatkę. Kilku chłopaków od nas tam chodzi. Nie powinni nas wydać. Zresztą wrócimy pewnie zanim skończą mecz. Może nawet naprawdę trochę pogramy.
- Chyba wolałbym tego ostatniego uniknąć – uśmiechnął się Maciek – Nie za bardzo mi to wychodzi, a tamci wyglądają na takich, co grają naprawdę dobrze.
- A tam, amatorzy – machnęła ręką Agata – To jak, wchodzisz w to?
- No dobra, tylko weź aparat, będzie się czym pochwalić – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Załatwione – dziewczyna przybiła piątkę chłopakowi, po czym skoczyła z pomostu w orzeźwiającą toń. Maciek zaś rozglądnął się wokoło, ostrożnie zszedł po drabince, po czym również skorzystał z kąpieli.

- To tutaj – niemal uroczystym tonem powiedziała Agata. Maciek zerknął na zegarek. Była 16:17.
- Tak, chyba nie będziemy tu stali, co? – stwierdził i wszedł na drogę. Po chwili wahania dziewczyna poszła w jego ślady.
Na początku w oczy rzuciły im się gęsto rosnące po obu stronach młode osiki. Ich delikatne listki drżały niemal niezauważalnie – wiatru w zasadzie nie było. Gdyby ciągnęły się jeszcze kilka metrów dalej, powstałby z nich żywopłot nie do przebycia.
- Wkoło mojej szkoły rosną takie same – poinformowała towarzysza Agata.
- Tak? Ja je widzę pierwszy raz w życiu. Zresztą w ogóle słabo znam się na drzewach. O, widzisz, tamte wysokie, iglaste cosie przed nami? Dla mnie toto są po prostu choinki – dziewczyna zachichotała.
- To współczuję ci przystrajania ich bombkami.
- Chociaż prezentów się więcej zmieści.
- Albo większa rózga.
- Ech – westchnął chłopak – Wam tylko jakieś kije w głowie.
W odpowiedzi Agata mocno szturchnęła go pod żebra.
- Ała! Dziewczyno, chcesz mnie zabić zanim zrobi to kierownik, kiedy się dowie, że nas nie ma?
- Uwierz mi, wolałbyś dziesięć razy zostać zabitym przez niego niż raz przeze mnie – dziewczyna uśmiechnęła się diabolicznie.
- W to nie wątpię –chłopak odpowiedział takim samym uśmiechem.
Tymczasem droga zakręciła. Po bokach nie było już widać osik, a jedynie wielkie kępy trawy. Za to kilkanaście metrów dalej rósł pierwszy świerk. Było to potężne, bardzo stare drzewo. Agata podejrzewała, że każdy z bogatych znajomych jej ojca chciałby je mieć w swoim ogrodzie. Jednak w miarę jak się do niego zbliżali, dziewczyna zaczynała odczuwać coś na kształt strachu. Śmieszne, ale to wielkie drzewo budziło w niej jakieś nieokreślone lęki. Być może to po prostu strach, jaki musi budzić u istoty ludzkiej spotkanie z czymś, co żyje już setki lat, a człowiek jest dlań jedynie nic nie znaczącą cząstką, zarówno czasu jak i przestrzeni. Ale z drugiej strony dziewczyna widziała już w swoim życiu o wiele starsze i większe drzewa, a jednak nigdy nie czuła tego, co teraz. I być może właśnie dlatego nie potrafiła tego odczucia nawet nazwać.
- Spójrz! – wyrwał ją z niewesołych rozmyślań chłopak – to drzewo ma dwa, trzy, ma kilka czubków!
Faktycznie, kiedy dziewczyna spojrzała w górę, stojąc pod samym pniem drzewa, okazało się, że na wysokości jakichś dziesięciu metrów wszystkie gałęzie, które powinny układać się równolegle do ziemi, wyginają się niemal pod kątem prostym i strzelają w górę, sprawiając wrażenie, jakby drzewo miało co najmniej kilka czubków. Dziewczynie nie wiedzieć czemu, przypomniały się drzewa z Fallouta. Tamte wprawdzie były w większości zeschnięte, niższe i nie tak zdeformowane, ale…
- Chyba mają tu gdzieś jakiś lokalny Czarnobyl – chłopak jakby czytał w jej myślach – Spójrz tylko na następne!
Kolejne drzewo z kolei było ze dwa razy niższe niż poprzednie, za to jego gałęzie miały długość co najmniej ośmiu metrów. Przypominało to bardziej piramidę niż świerk.
- Trochę to wszystko karykaturalne – cicho rzuciła dziewczyna, w rzeczywistości uważając drzewa za bardziej straszne niż śmieszne.
Wiatr lekko się wzmógł, drobne gałęzie zaczęły się kołysać.
- Ha! Dalej jest jeszcze lepiej, zobacz tylko tam! – Maciek wskazywał palcem na bardzo wysoki i przeraźliwie wręcz wąski świerk. Wydawało się dziwne, że w ogóle jest w stanie stać na tak wąskim pniu; jego wierzchołek chwiał się niebezpiecznie nawet na tak słabym wietrze.
- Można by to miejsce wrzucić do „Najzabawniejszych drzew świata” – Agata próbowała nadrabiać miną, ale ta droga wcale jej się już nie podobała. Na dodatek miała wrażenie, że słyszała gdzieś za nimi jakieś zwierzę. I to wcale nie takie małe.
- Haha! – zaśmiał się serdecznie Maciek, najwyraźniej w ogóle nie obawiając się nieprzyjemnej aury, jaką roztaczała droga – Albo do „Tańca z drzewami”!
Agata próbowała się uśmiechnąć, ale raczej kiepsko jej to wyszło. Nie cieszył ją fakt, że coraz bardziej zagłębiają się w tę drogę. No i że wiatr wieje coraz mocniej. Dygoczące pod wpływem wichru drzewa były jedną z rzeczy, jakie najmniej lubiła.
- Ciekawe jak im tam idzie siatka… – zaczęła dziewczyna, jednocześnie zwalniając kroku. Wprawdzie znowu usłyszała za sobą jakby odgłos poruszania się jakiegoś zwierzęcia, ale jeszcze bardziej obawiała się drogi, jaką jeszcze mieli przebyć.
- Na pewno lepiej, niż gdybym ja tam był – Maciek włożył ręce do kieszeni i dziarsko zmierzał do przodu krokiem jestemluzakiem-wszystkomiwisi-hejho. Dziewczyna tymczasem bała się coraz bardziej.
- Wiesz, myślę, że kierownik na pewno zauważy, że nie ma nas z nimi. Sam przecież często tam przychodzi – dziewczyna była już teraz pewna, że jakieś zwierzę nie tylko tu jest, ale zwyczajnie ich śledzi.
- No fakt, jak się wkurzy to się wkurzy – przyznał i… maszerował dalej.
Zrezygnowana Agata westchnęła i w tej samej chwili znów usłyszała za plecami jakiś szelest. Szybko się odwróciła i mogłaby przysiąc, że przez sekundę mignęła jej przed oczami jakaś zupełnie biała sylwetka. Tylko przez sekundę, bo zaraz potem zniknęła za jednym ze świerków. Dziewczyna krzyknęła i wyrwała do przodu. Miała wprawdzie zbyt mało czasu, żeby jednoznacznie stwierdzić co widziała, ale sylwetka wcale nie przypominała jej żadnego ze znanych zwierząt. Człowieka tym bardziej nie.
- Agata! Co się stało? – Maciek pobiegł za nią. Dogonił ją dopiero wtedy, kiedy zatrzymała się i przykucnęła, opierając się plecami o pień jakiegoś drzewa. Oczywiście nie świerku, dziewczyna nawet w takim stanie nie miała zamiaru dotykać tych zdeformowanych iglaków.
- Co się stało? – spytał chłopak, przykucnąwszy koło dziewczyny.
- Tam coś jest! – wychrypiała – Jakieś zwierzę czy… coś. – na jej twarzy malowało się ogromne przerażenie – O popatrz! Znowu!
Za najwęższym ze świerków właśnie chowała się jakaś biała sylwetka. Maciek wprawdzie nie widział jej nawet przez sekundę, ale…
- Słuchaj – jego głos lekko drżał – to na pewno królik.
- Królik? – spytała z niedowierzaniem w głosie dziewczyna – Królik na takiej drodze? – jej płomiennie rude włosy powiewały na coraz silniejszym wietrze.
- Nie widzisz? Tam rośnie gryka – wskazał na pole po prawej stronie drogi – Króliki często chowają się w zbożu.
- Króliki? W gryce, tutaj? Naprawdę? – zapytała w sposób bardzochceuwierzyćwięcpowiedzmicośjeszczetosięprzekonam.
- Naprawdę. Moi dziadkowie mają grykę. Zawsze było tam pełno królików – powiedział wcale nie takim pewnym siebie głosem chłopak. W sumie to wydawało mu się, że króliki były zawsze u wujka, a ten zboża nie hodował…
- No dobra – dziewczyna wstała, wciąż przytrzymując się pnia drzewa – Ale wracamy z powrotem. Mam dość tej drogi. Tu wszystko jest takie dziwne. Szczególnie te drzewa.
- Jak chcesz – chłopak wzruszył ramionami – ale zważ na to, że sama dotykasz jednego z nich.
- Bo to nie świerk! – zaprotestowała, delikatnie przesuwając ręką po czarnobiałej korze – To brzoza! A brzozy to moje ulubione drzewa!
- Hehe – Maciek najwyraźniej zupełnie zapomniał o królikach, jakich nie było na farmie jego dziadków – Mi się tam ono nie wydaje specjalnie inne od tych świerków…
Dziewczyna zmarszczyła brwi i odeszła parę kroków od brzozy, żeby przyjrzeć się jej koronie. Gdy tylko spojrzała w górę, zachwiała się. Brzoza, pod którą się schroniła, wyglądała o wiele gorzej niż wszystkie świerki, jakie do tej pory spotkali. Jej sylwetkę pamiętała jeszcze z porannej wycieczki. Pomyślała o niej wtedy jak o przygarbionej babuni. Teraz drzewo wcale nie wyglądało jak przygarbiona babunia, lecz raczej jak garbata wiedźma. Konar, która wyrastał pod dziwnym kątem z głównego pnia, tworząc wrażenie garbu, był u podstawy niemal zupełnie spróchniały. Wprawdzie wszystkie gałęzie od niego odrastające zieleniły się soczyście, jednak nie umniejszało to wrażenie, że pod wpływem silnego wiatru złamie się on jak zapałka. Najgorsze jednak były tak zazwyczaj przez Agatę lubiane, zwisające gałązki. Teraz bowiem wcale nie zwisały, a miotały się na bardzo silnym już wietrze niczym włosy jakiejś wyjątkowo zdenerwowanej czarownicy. A wszystko to na tle niemal całkiem zachmurzonego nieba. Jak to możliwe, że w tak krót…
- Uważaj! – krzyknął Maciek, a wyrwana z rozmyślań Agata szybko wyłowiła charakterystyczny dźwięk pękającego drzewa. Nawet nie patrząc, który z konarów (a może całe drzewo) upada, zrobiła dwa szybkie kroki w przód i rzuciła się przed siebie najdalej jak tylko potrafiła, zdzierając sobie łokcie i kolana do krwi. Nim zdążyła się odwrócić, do jej uszu doleciał głośny huk. Na szczęście nie spadło całe drzewo, wtedy zapewne te kilka metrów, na jakie zdążyła się od brzozy oddalić, nie wystarczyłoby, żeby uniknąć przygniecenia. I tak od ciągnącego się przez trzy szerokości drogi „garbatego” konaru, dzieliło ją nie więcej niż półtora metra. Płaty kory zwisały z pnia, a najdłuższy z nich nie oderwał się wcale od gałęzi, lecz wciąż uparcie się jej trzymał, niczym jakiś zaklęty szal. Agata wzdrygnęła się. O Boże! A gdzie Maciek? – pomyślała i w tej samej chwili zobaczyła stojącego z boku chłopaka. Nic mu nie było, jeśli nie liczyć kompletnie zakurzonych jasnych dżinsów. W takich spodniach nie gra się w siatkę! – nie wiedzieć czemu pomyślała dziewczyna, po czym dźwignęła się z ziemi. Chwilę później był już przy niej Maciek.
- Widzisz, brzozy wcale nie są takie fajne, jak się wydają – wyszczerzył się do niej.
- Nie żartuj sobie! – krzyknęła obruszona – O mało nie zginęłam.
- Dobra, dobra. Nic Ci nie jest z tymi łokciami?
- Nie, poradzę sobie – odburknęła.
Spojrzała na drogę. Zagradzał ją potężny konar. Spojrzała na brzozę. Wydawała się garbatą wiedźmą, która w przypływie nagłej złości wyprostowała się i teraz rzuca wściekle na prawo i lewo jakimiś przerażającymi zaklęciami. Wzdrygnęła się i spojrzała w niebo. Nie dostrzegła na nim choćby pasemka błękitu, wszędzie tylko chmury. I to coraz ciemniejsze.
- Wracamy! – rzuciła do chłopaka.
Ten wzruszył ramionami i wszedł na pobocze po swojej lewej stronie, aby obejść konar. W chwili, gdy postawił stopę na trawie, zadął wiatr tak silny, że chłopak był zmuszony się cofnąć.
- Tędy nie da rady! – musiał krzyczeć, żeby zagłuszyć wiatr.
- Jak to nie?! – na wpół płaczliwie, a na wpół wściekle rzuciła Agata.
- Sama zobacz! – krzyknął i poczekał na znajomą. Obejrzał się za siebie. Mógłby przysiąc, że widział przez chwilę coś białego. I to coś wcale nie przypominało królika. A przecież widział u wuj… dziadków wiele królików. Poczuł jak zasycha mu w gardle. Ta droga też przestawała mu się podobać. Wprawdzie nie wierzył w żadne nadnaturalne zjawiska i do wszystkiego starał się podchodzić spokojnie. Spokojnie i racjonalnie. Ale… Ale ta droga nie podobała mu się i już. Dobrze, że dziewczyna sama chciała wracać. W przeciwnym razie wyszedłby na mięczaka.
- Chodź za mną – powiedziała, gdy znalazła się koło niego. Kiedy postąpiła krok naprzód, zerwał się tak silny wiatr, że nie tylko musiała cofnąć się o dwa kroki, ale o mało nie wywinęła kozła. To jednak jej nie przekonało. Próbowała jeszcze sześć razy, a kiedy w końcu wylądowała na tyłku wśród pylistej kurzawy, Maciek tylko wzruszył ramionami.
- Nie da się… – powiedziała ze łzami w oczach.
- Mówiłem. Idźmy drugim poboczem. Przecież wiatr będzie nam tam wiał w plecy.
- Naprawdę myślisz, że to zwykły wiatr? – zapytała, walcząc ze łzami.
Chłopak tylko spojrzał na nią z politowaniem. W rzeczywistości zaś wolał się nawet nie zastanawiać nad tym, co miała na myśli dziewczyna. Ruszył za to przed siebie, by postawić po chwili stopę na przeciwległym poboczu. I znowu to samo. Spróbował jeszcze raz i drugi. Chyba Ruda ma rację – pomyślał i cofnął się na środek drogi.
- Trzeba było posłuchać kierownika! I tego dziadka! Ta droga jest przeklęta! Już nigdy nie wrócimy do domu, umrę tu! – tym razem rozpłakała się na dobre. Wiatr tymczasem porywał jej słowa i obijał nimi o pnie sękatych świerków, tak, że powstawały z tego zlepki zupełnie niezrozumiałych dźwięków, jak gdyby rozmowy pradawnych istot z opowiadań Lovecrafta.
- Posłuchaj – Maciek mimo wszystko starał się ją uspokoić – To nic dziwnego. Po obu stronach drogi rosną drzewa. Stare i bardzo duże. Tworzą naturalną zasłonę od wiatru. Kiedy wychodzisz na pole, ciąg powietrza wrzuca cię z powrotem na drogę. Czysta fizyka. I biologia.
- Jasne – dziewczyna nie wydawała się ani trochę przekonana. Na dodatek miała wrażenie, że to białe coś znajdowało się teraz przed nimi.
- Musimy iść dalej. A zresztą na… – przerwał w pół słowa, widząc przerażoną twarz koleżanki – Najdalej za godzinę będziemy w obozie. Mówię ci – chłopak uśmiechnął się, choć sam w te zapewnienia nie wierzył.
Dziewczyna chyba jednak uwierzyła, bo ujęła wyciągniętą przez niego dłoń i dźwignęła się z ziemi.
- Trzymam cię za słowo – dodała jeszcze, ocierając łzy, po czym ruszyła przed siebie.
Z daleka wydawało im się, że ta część drogi może mieć najwyżej z czterysta metrów, teraz zaś mieli wrażenie, że szpalery zdeformowanych świerków i równie przerażających brzóz ciągną się w nieskończoność. A przecież pomiędzy nimi były nieraz nawet kilkudziesięciometrowe przerwy! Maciek cieszył się, że ściskająca go za ramię Agata wcale tego nie zauważyła, bowiem zupełnie obalało to jego teorię o ciągu powietrza. Prawdę mówiąc, obalało ją wszystko co widzieli, lub słyszeli. I czuli.
Do tej pory chłopak myślał, że przerażające mogą być jedynie drzewa od dawna uschnięte, pozbawione małych gałązek i skrzypiące groźnie w czasie wichur. Na tej drodze jednak spotkali tylko jedną zupełnie uschniętą brzozę i drugą, na której zostało już tylko kilka zielonych gałązek. Reszta drzew nie zdradzała żadnych oznak choroby. Nie czyniło ich to jednak ani trochę mniej strasznymi, przeciwnie, Maćkowi zdawało się teraz, że o wiele bardzie przerażające mogą być drzewa żyjące. Z tego właśnie względu, że żyją. Chłopak nie chciał się do tego przyznać (a już na pewno nie mogła się o tym dowiedzieć Agata), ale te drzewa i to miejsce przerażały go. I to od samego początku. Otuchy dodawała mu jednak definicja odwagi, jaką przeczytał kiedyś w książce mało znanego autora fantasy. Odważny to nie ktoś, kto się nie boi. Nie boją się tylko małe dzieci i głupcy. Odważny jest ten, kto boi się, a mimo to potrafi przeciwstawić się lękom i z podniesioną głową podążać naprzód. To jest właśnie prawdziwa odwaga. Definicja ta dodawała sił Maćkowi i to być może właśnie dzięki niej znajdował w sobie wystarczająco dużo energii, by dodawać otuchy nie tylko sobie, ale i swojej młodszej koleżance.
Kiedy w końcu zobaczyli przed sobą ścianę lasu, w której mroku ginęła nieszczęsna droga, wiatr był tak silny, że musieli się pochylać. Zgarbione babunie – pomyślała Agata i zachichotała, lecz w rzeczywistości dużo bliżej było jej do szaleństwa niż nastroju do żartów.
Maciek wziął to za oznakę odzyskiwania przez dziewczynę równowagi psychicznej, więc przyspieszył i starał się nie zwracać uwagi na wciąż dochodzące do jego uszu mimo szalejącej wichury, dziwne szelesty. Zapewne szelesty białego czegoś. Miał nadzieję, że nie słyszała ich Agata. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wpadła teraz w histerię.
Las wyglądał na dużo bardziej przyjazny niż rosnące obok drogi drzewa. W dodatku nie widać tu było żadnych świerków. Brzóz zresztą też nie. Były za to sosny. Całe mnóstwo sosen.
- Ja nie chcę do lasu – jęknęła Agata. Ciemniejące na horyzoncie chmury zapowiadały nie tylko ulewę, ale i solidną burzę.
- Nie martw się, to tylko kilkaset metrów – pocieszył ją Maciek. Chwilę później przekroczyli próg boru.
Gdy tylko znaleźli się w lesie, do ich uszu dobiegł potworny huk od strony drogi. Tym razem to nie mógł już być tylko konar, choćby nawet garbaty, tym razem musiało to być wysokie drzewo. Maciek podejrzewał, że mógł to być wąziutki świerk, jaki zobaczyli na początku. W sumie wcale nie było mu go szkoda. Jak dla niego mogłyby się poprzewalać wszystkie. O ile oczywiście oni sami znajdą się od nich w bezpiecznej odległości. Na przykład w obozie.
- Widzisz? – dziewczyna wskazała na gałęzie sosen.
Maciek omiótł spojrzeniem korony pobliskich drzew. Drzewa jak drzewa. Na siłę dałoby się zauważyć kilka mutacji, ale z pewnością było ich mniej niż u tych roślin, jakie mieli okazję zobaczyć do tej pory.
- Och! Zobacz! – wykrzyknęła podniecona i chyba znów trochę przerażona dziewczyna – One się nie ruszają.
Niby czemu miałyby się ruszać – pomyślał Maciek i zrozumiał. Gałęzie faktycznie się nie ruszały. Wichura ustała! Albo też w tym lesie zwyczajnie jej nie było. Może to dlatego, że las jest gęsty i… – takie dywagacje nie miały sensu. Od tej drogi fizyka trzymała się z daleka. Biologia też. Maciek nie miał innego wyjścia, jak po prostu przyjąć ten fakt do wiadomości. Jedyne, nad czym powinien rozmyślać to sposób, w jaki mogliby się z tego przeklętego miejsca wydostać. I to jak najszybciej.
- Może to już nie jest ta droga – wyszeptała Agata.
Maciek wcale nie był tego taki pewien. Drzewa wprawdzie były inne niż te, które spotkali do tej pory, ale czuło się tu za to obecność jakichś stworzeń. Zwierząt. Mam nadzieję, że zwierząt – dodał w myślach Maciek, obejmując jednocześnie wciąż roztrzęsioną koleżankę. Wolał, żeby nie zobaczyła wciąż migającej to z prawej to z lewej strony białej postaci. Wystarczyło już, że o mało nie zwalił się na nią ogromny konar garbatej wiedźmy.
- Słyszałeś? – drgnęła nagle, zadzierając głowę ku górze.
- Co? – wsłuchał się w odgłosy lasu i faktycznie, usłyszał – To jakieś ptaki.
- Nie wiem, co jeszcze hodują twoi dziadkowie, ale nie wydaje mi się, żeby takie odgłosy mógł wydawać którykolwiek z ptaków, o jakich uczą na biologii.
- Daj spokój. Echo zniekształca odgłosy – chłopak miał serdecznie dość wygłaszania opinii, w które ani trochę nie wierzy. Odgłosy niby-ptaków przypominały bardziej połączenie odległego ryku hipopotama i syku jaszczurki. Aż strach pomyśleć, czego połączeniem musiał być ich wygląd.
- Musimy uciekać – szeptała Agata – uciekajmy. Te ptaki wcale mi się nie podobają…
- To nie ma sensu. Zgu… – chłopak przerwał, bo dziewczyna właśnie wyrwała mu się z objęć i rzuciła się do ucieczki. Tym razem zejścia z drogi nie broniła żadna ściana wiatru. Ognistorude włosy szybko niknęły wśród dziesiątek sosnowych pni.
- Agata! – zakrzyknął Maciek – Wracaj!
Widząc, że dziewczyna nie reaguje na jego nawoływania, zaklął siarczyście i ruszył za nią. Całe szczęście, że bieganie wychodzi mi dużo lepiej niż gra w siatkówkę – pomyślał, zbliżając się do koleżanki.
Kiedy już, już miał złapać ją za rękaw, jak spod ziemi wyrosła między nimi biała postać. Jego ręka, a przynajmniej to coś, co powinno się w miejscu ręki znajdować, trąciło dziewczynę w łokieć. Agata pisnęła i odwróciła się, krzywiąc z odrazą usta. Nim jednak zdołała skupić wzrok w miejscu, w którym powinien znajdować się dziwny stwór, biała sylwetka zdążyła zniknąć za jednym z pobliskich drzew. Dziewczyna przystanęła i wpatrywała się bez słowa w bladą jak ściana postać Maćka. Chłopak wyglądał strasznie. Oczy rozszerzyły mu się straszliwie, czarne, zlepione od potu włosy opadały na białe czoło, a ręce trzęsły się jak u stuletniego starca.
- Widziałeś to? – zapytała w końcu.
Nie odpowiedział nic, ale usłyszenie tych słów najwyraźniej pozwoliło mu zebrać się w sobie, bo chwycił za rękę dziewczynę i poprowadził ją wprost do drogi. W końcu, gdy znów szli drogą, z jego spierzchniętych warg wydobyło się kilka słów.
- Nie oglądaj się za siebie. Ani na boki. Idźmy.
Dziewczyna skinęła głową i posłusznie zmierzała przed siebie. Nie łkała już, ani nie panikowała. Teraz to jej kompan przeżył straszliwe spotkanie z czymś niewytłumaczalnym. Agata miała ochotę spytać go, jak dokładnie wyglądała ta istota, jednak nie chciała, aby wracał do tamtego wspomnienia. Musiało bowiem być ono tak straszliwie, że zachwiało równowagą psychiczną zazwyczaj racjonalnie myślącego człowieka. A co by było, gdybym to ja go zobaczyła? – pomyślała dziewczyna i nie chcąc odpowiadać sobie na to pytanie, starała się od tej pory zupełnie ignorować migające co chwila na granicy widzenia białe plamy. Kimkolwiek (lub czymkolwiek) to było, mimo swojej niemożliwej do zaakceptowania przez ludzki umysł postaci, nie zrobiło im niczego złego. Na razie.
Droga tymczasem stawała się coraz trudniejsza, porozrzucanych było na niej wiele większych i mniejszych kamieni a i ukształtowanie terenu zmuszało do ciągłej niemal wędrówki pod górę. Nieliczne zejścia w dół były strome i bardzo krótkie, te w przeciwną zaś stronę zdawały się ciągnąć w nieskończoność.
Kiedy schodzili z kolejnego pagórka, zobaczyli w końcu źródło dziwacznych odgłosów, jakie od dłuższego czasu dochodziły z głębi lasu. Na gałęzi młodej sosny siedziało paskudne ptaszysko. Dziób miało krótki, masywny, barwy kości słoniowej. Skrzydła wydawały się bardziej należeć do nietoperza, choć pokrywała je cienka warstwa pierza. Nogi były grube, pokryte jakby łuskami; trzy palce kończyły się ostrymi, zakrzywionymi szponami. Ogona stworzenie nie posiadało w ogóle. Najgorsze były jednak jego oczy. A raczej ich brak. Z niekształtnego łba zwierzęcia ziały dwie czarne, bezdenne zdawałoby się dziury. A jednak Agata miała dziwne wrażenie, że stworzenie i tak ich obserwuje, jakimś sobie tylko znanym sposobem.
- Nie patrz się na to – odezwał się Maciek. Dziewczyna aż drgnęła, chłopak bowiem od kilkunastu minut zdawał się zupełnie nieobecny – Po prostu się na to nie patrz.
- Ale to jest ohydne – powiedziała, z trudem odrywając wzrok od stworzenia – Wygląda jak jakaś zmutowana wersja pterodaktyla. I mam wrażenie, że nas słyszy – dodała szeptem.
- Wiem. Oni wszyscy nas słyszą – dodał ze śmiertelną powagą w głosie.
- Kto?
- Ciii… – uciął chłopak.
Agata westchnęła i powstrzymała w sobie chęć obejrzenia się za siebie. Zresztą przez następne minuty zobaczyła dużo więcej tych dziwacznych stworzeń i za każdym razem budziły w niej jednakową odrazę. Przestała zwracać na nie uwagę dopiero wtedy, kiedy teren zaczął się zmieniać. Teraz droga opadała w dół, zmuszając ich do schodzenia z bardzo stromych półek skalnych. Wystające z ziemi korzenie wcale nie ułatwiały im tego zadania. Ich buty były teraz kompletnie brudne. Podłoże stawało się coraz bardziej podmokłe; co chwila czuli na nogach gęste grudki błota. Ponadto widoczność zmalała, pojawiła się rzadka o tej porze roku mgła, pochłaniając coraz rzadziej rosnące sosny.
- Zbliżamy się do bagien – odezwał się w pewnym momencie Maciek.
- Myślisz, że tam coś jeszcze… będzie? – zapytała łamiącym się głosem Agata.
- Nie wiem. Ale nawet jeśli tak, to z pewnością widziałem to już u dziadków – Maciek wyszczerzył zęby w uśmiechu. To dobrze – wraca do siebie – pomyślała Agata i również się uśmiechnęła. Trochę głupio się czuła, wiedząc, że to ona powinna wspierać kolegę, a nie odwrotnie.
Gdy sosny zaczęły ustępować bukom, a odgłosy wydawane przez niby-ptaki rechotowi jakichś żabopodobnych stworów, chłopak mocniej ścisnął dłoń koleżanki. Będzie dobrze – mówiło jego spojrzenie i dziewczyna w to uwierzyła. Nie przestraszyła się, gdy z gęstej jak budyń mgły raz po raz wyłaniały się zupełnie ogołocone z gałęzi pnie gnijących drzew. Nie przestraszyła się, kiedy z bagien zaczęły się wynurzać pozbawione przednich odnóży płazy. Nie przestraszyła się nawet, słysząc potworne odgłosy wydobywania się z głębin mokradła czegoś obrzydliwie wielkiego i obślizgłego. Przestraszyła się dopiero wtedy, gdy tuż obok jej głowy pojawiła się nagle jakaś czarna macka olbrzymiej ośmiornicy. Z tym, że macka wcale nie była macką, a konarem, a ośmiornica jakimś niesamowicie elastycznym drzewem.
- Maciek! Zabierz to! – krzyknęła, chowając głowę w ramiona.
- Spokojnie. Złap mnie. Biegnijmy! – rzucił, widząc jak kolejny wijący się konar próbuje dosięgnąć dziewczyny.
Złapał Agatę za rękę i puścił się pędem, czasami niemal wlokąc ją za sobą. Była już bardzo zmęczona i szybki bieg sprawiał jej ogromną trudność. Maciek zdawał sobie sprawę, że taki wysiłek musi powodować u niej zwykły fizyczny ból, lecz wiedział jednocześnie, że jeśli pozwoli jej choć na chwilę się zatrzymać, jej cierpienia mogą być o niebo większe….
Wokół nich co rusz pojawiały się szaleńczo skręcające się czarne konary. Jak zauważył, na chwilę przechylając głowę w bok, nie należały one do żadnego drzewa. Wśród od dawna martwych buków rosły bowiem rośliny o wiele straszniejsze, bo w jakiś sposób żywe. Na dodatek potrafiły w dziwny sposób ślizgać się po powierzchni bagna, przybliżając się w ten sposób do dwójki intruzów. Chłopak w duchu dziwił się, że żadna z macek nie zdołała ich do tej pory dosięgnąć; za każdym niemal razem była ona tuż-tuż od głowy jego lub dziewczyny. Kiedy jednak zauważył, jak czarna niby-gałąź przeniknęła przez potężny, niemal zupełnie spróchniały pień starego buka, zrozumiał, że rośliny te nie były materialne. W ogóle nie wiadomo, czy były one roślinami; jak wszystko na tej drodze wymykały się ludzkim klasyfikacjom i definicjom, pozostawiając rozpaczliwie szukający jakiegoś uporządkowania umysł w zupełnej dezorientacji i niemożliwym do wyobrażenia chaosie kształtów, kolorów i ruchów.
Chłopak nie był pewny, czy ten niematerialny byt jest w stanie zrobić im krzywdę. Wolał jednak nie ryzykować i nie zwolnił tempa nawet wtedy, gdy sam czuł nieznośnie pulsujący ból w udach i łydkach.

- Trzymaj się. Już niedługo. Wytrzymaj jeszcze trochę – dodawał otuchy koleżance.
Agata już nie biegła. Posuwała tylko nogami, nieznacznie jedynie umniejszając wrażenie, że jest zwyczajnie przez towarzysza ciągnięta. Długo nie wytrzyma – pomyślał chłopak, zaciskając zęby.
- On chce ukraść moje sny! – zawołała półprzytomnie.
Maciek był już bliski poddania się, teraz oprócz nóg bolały go również ręce, kiedy nagle bagno po prostu się skończyło. Jak spod ziemi wyłonił się z mgły tuż przed nimi niewiarygodnie stary i zupełnie uschnięty dąb. Mimo, że normalnie nawet ktoś tak racjonalny jak Maciek wolałby trzymać się od takiego drzewa z daleka, schronienie pod jego częściowo ogołoconym z kory pniem wydawało się dla nich niemal wesołym piknikiem. Oboje czuli, że niematerialne rośliny nie mogą zbliżyć się do tego dębu. Stanowił on bowiem jakąś granicę. Na jakiś czas byli tu bezpieczni.
- Udało się – wyszeptała nieprzytomna ze zmęczenia dziewczyna.
- Tak. Mówiłem, że nam się uda – powiedział z ogromnym przekonaniem chłopak.
- A ja już nie wierzyłam. One były tak blisko. Raz nawet wydawało mi się, że już mnie dotyka i wtedy, wtedy, poczułam, jakby moje sny… – dziewczyna załkała i położyła głowę na piersi chłopaka.
- Już dobrze.
- Wiem, że to takie nielogiczne, ale przecież wszystko tu jest nielogiczne.
- Chyba tak – przyznał Maciek.
- A te… żaby. Raz chyba jakąś rozdeptałam i … och, poczułam, jakbym przygniotła ogromnego, wypełnionego jakaś ropą ślimaka. Słyszysz to? Znowu rechoczą. I chociaż to akurat jest tu chyba najnormalniejsze, to i tak nie mogę tego słuchać. Już chyba nigdy nie będę mogła iść nad staw. To się nie powinno dziać! – uderzyła zaciśniętą w pięść dłonią w niesamowicie gruby pień. Rozległ się zupełnie pusty dźwięk, jak gdyby drzewo było jakąś nieprawdopodobnie olbrzymią beczką, przygotowaną na ucztę jakichś pradawnych, potężnych istot.
- Uspokój się. Jakoś z tego wyjdziemy. Musimy być już niedaleko – spokojny głos chłopaka sprawiał, że dziewczyna czuła się nieco bezpieczniej.
- Która jest godzina? – zapytała nagle.
Maciek spojrzał na uwalany błotem zegarek.
- Siedemnasta czterdzieści jeden. Albo siedem. Do środka wlało mi się trochę błota. Dziwne.
- Wiesz, to słowo zaczyna tu brzmieć nieco abstrakcyjnie. Dziwne to by było, jakby coś tu było po prostu zwyczajne.
- Wcale nie. Jak to ci się wydaje dziwne, to nie byłaś jeszcze u moich dziadków – Maciek pokazał jej język, a dziewczyna szturchnęła go w bok.
- Próbujesz mnie rozśmieszyć – uśmiechała się w sposób, który w normalnych okolicznościach można by określić jako zalotny.
- Wcale nie. Ja tylko…
- Ciii – przytknęła mu do ust palec – Coś się zbliża.
I faktycznie, gdzieś z daleka zaczęły do nich dochodzić odgłos ni to człapania ni pełznięcia. Słychać to było bardzo wyraźnie, bo nagle wszystkie niby-żaby, nie mówiąc już o niby-ptakach, które chyba w ogóle nie zapuszczały się na tereny bagna, zupełnie zamilkły. Maćkowi wydawało się nawet, że usunęły się w głąb mokradeł nawet do tej pory czerniejące na granicy widzenia widmowe macki, ale zapewne to tylko wyobraźnia chłopaka podsunęła mu taki widok. Nawet bowiem, jeżeli niematerialne drzewa ciągle wypuszczały swoje konary nad drogę, licząc, że uda im się dosięgnąć któregoś z ludzi, co zresztą wcale nie było takie nieprawdopodobne, to czegóż mogły się obawiać te stworzenia z innej rzeczywistości? Czy naprawdę istniało coś tak przerażającego? Maciek wolałby się nad tym nie zastanawiać, jednak dochodzące z coraz mniejszej odległości chlupoty nie pozwoliły mu o tym zapomnieć.
- To coś po nas idzie! – zapiszczała dziewczyna, wtulając się w koszulkę Maćka.
Chłopak milczał.
- Maciek! – zawołała, boleśnie wpijając paznokcie w jego szyję.
Tymczasem obrzydliwe odgłosy zbliżały się coraz bardziej.
- Musimy iść. Nie bój się. To nie posuwa się zbyt szybko – przynajmniej taką mam nadzieję – dodał w myślach, po czym pomógł Agacie wstać. Dziewczyna posłusznie dźwignęła się z kolan.
- A co będzie jak to… zacznie biec? – zapytała, z góry znając odpowiedź.
- Wtedy my też pobiegniemy – zapewnił Maciek, po czym ruszyli przed siebie.
Odpoczywając pod dębem, nawet nie zadali sobie trudu, by zorientować się, jaka okolica rozciąga się za bagnami. Teraz mogli ze zdumieniem zobaczyć, że nagie korpusy wiekowych buków zajęły świerki. Dziesiątki, setki i tysiące świerków, a każdy z nich zdeformowany o wiele bardziej niż te, które widzieli na drodze. Mimo to ich koślawe gałęzie zieleniły się soczyście, przesłaniając niebo niemal zupełnie.
- Jest tak ciemno, jakby zbliżał się wieczór – Agata próbowała zorientować się, jaka jest pogoda. Mgła była teraz na tyle rzadka, że mogli spokojnie rozejrzeć się wokół siebie.
- To chyba tylko przez te drzewa – powiedział Maciek, choć wcale nie był pewien czy to nie kolejne z tych dziwnych zjawisk, jakie spotykali na tej drodze na każdym kroku.
- Chyba tak – Agata uspokoiła się. Widocznie naprawdę uwierzyła, że to człapiące coś nigdy nas nie dogoni – pomyślał z mieszanką zadowolenia i niepokoju chłopak.
Droga wiła się teraz lekko pod górę, ale pokonywanie kolejnych metrów nie powinno być nawet w połowie tak uciążliwe, jak przed bagnem. Ból zmuszonych do nieludzkiego wysiłku nóg był jednak wciąż tak silny, że każdy krok kosztował ich wiele wysiłku. Ciała i umysłu. I o ile to pierwsze jakoś dawało sobie jeszcze radę, to drugie coraz częściej marzyło tylko o poddaniu się.
Po kilku minutach drogi mgła znikła zupełnie, las za to zagęścił się tak bardzo, że nie widzieli już nawet przemykającej z boku białej sylwetki, towarzyszącej im od początku drogi. Raz zdawało się Agacie, że widzi ją, ale hen daleko przed sobą, jednak zapewne były to złudzenie wywołane zmęczeniem.
- Zgubiłeś się kiedyś w lesie? – zapytała towarzysza ni stąd ni zowąd dziewczyna.
- Tak. Miałem siedem lat. Poszliśmy na grzyby. Byłem z mamą, tatą i bratem. W którymś momencie zobaczyłem w trawie coś żółtego. Byłem pewny, że to wielkie skupisko kurek. Kiedy dobiegłem na miejsce, okazało się, że to tylko liście. Za to kilkanaście metrów dalej dostrzegłem coś jak kapelusz wielkiego prawdziwka. I okazało się, że tym razem wcale mi się nie wydawało. Zacząłem szukać drugiego, bo tata zawsze mnie uczył, że każdy prawdziwek ma brata. No i znalazłem. I to aż dwa! Rozradowany wróciłem tam, gdzie ostatni raz widziałem rodzinę i… już ich tam nie było. Być może zresztą pomyliłem miejsca, ale nie wydaje mi się. Pewnie ruszyli w inną stronę. Niestety, ja, zamiast poczekać na miejscu i ich zawołać, ruszyłem biegiem w stronę, z której słyszałem jakieś rozmowy. Kiedy dobiegłem na szczyt pagórka, za którym spodziewałem się ich zobaczyć, ujrzałem tylko smutny, jesienny las. Rozmowy były tylko echem. Zgubiłem się.
- Płakałeś?
- Może mi nie uwierzysz, ale nie. Pobiegłem przed siebie, nawołując rodziców. Po godzinie czy dwóch – w takich chwilach czas płynie inaczej – stwierdził Maciek, ale widząc spojrzenie koleżanki mówiące „nie musisz mi o tym mówić”, szybko na nowo podjął opowieść – dotarłem do szosy. Szedłem nią dobrych parę kilometrów. Pamiętam, że wiał mocno wiatr, a wysokie, smukłe buki tak niepokojąco się wtedy kołysały. I bałem się. Tak, cholernie się bałem. I to o dziwo, dużo bardziej wtedy, kiedy wyszedłem na szosę. Dopiero w tym momencie poczułem pustkę, samotność. Droga kojarzy się z samochodami, ludźmi, jakąś cywilizacją. A tu nic. Czułem się strasznie. A jednak szedłem dalej. Szedłem, szedłem i szedłem, aż w końcu zobaczyłem na horyzoncie (droga na tym odcinku była nieprawdopodobnie wręcz prosta) samochód. Samochód mojego ojca. Zacząłem, mimo zmęczenie, zimna i głodu, jaki zaczynałem już odczuwać, biec jak szalony przed siebie, wykrzykując co chwila „Tu jestem! Tu jestem! Zabierzcie mnie stąd!”. Po chwili siedziałem już w aucie. Spodziewałem się niezłego lania, ale skończyło się na uściskach zmartwionych rodziców. Nawet starszy dwa lata brat wydawał się wzruszony. I wtedy…
- Się rozpłakałeś – dokończyła ze śmiechem Agata.
- No niech Ci będzie. I przez następny miesiąc za nic nie chciałem wchodzić do żadnego lasu. Ale potem mi przeszło – dodał na koniec.
- Widzę. W sumie to odważny z ciebie gość – zmierzwiła wyższemu od siebie od głowę chłopakowi czarną jak smoła czuprynę.
- Szybka jesteś – rzucił z przekąsem – A ty, cwaniaro, zgubiłaś się kiedyś? – zapytał, jednocześnie słysząc, jak chlupoczące odgłosy zbliżają się.
- Ano tak. Albo w sumie to nie. Hmm… Jak by to powiedzieć – dziewczyna zamyśliła się – Byłam kiedyś u prababci. Miałam może z pięć lat. Był tam taki bardzo stary ogród. I to nie taki ogród, o jakich mówimy dzisiaj, ale taki ogromny, w stylu szlacheckim. Zresztą prababcia chyba była szlachcianką, więc to wcale nie takie bez sensu. W każdym razie łatwo można się było tam zgubić. Szczególnie kiedy miało się pięć lat i ledwo odrastało się od ziemi. Kiedyś bawiłam się na skraju tego ogrodu, a prababcia musiała na chwilę wyjść. Chyba ktoś pukał do drzwi czy co. Nie pamiętam. W każdym razie na moment zostałam sama. A ten ogród wyglądał tak zachęcająco. Stare jesiony szumiały delikatnie, jakby mnie tam przyzywając. No więc poszłam. Miałam wtedy taką śmieszną czapeczkę z Kaczorem Donaldem. Zawsze wszędzie ją nosiłam i bałam się jej zgubić. No a kiedy znalazłam się w tym lasku sama i zdałam sobie sprawę, że chyba się zgubiłam, zaczęłam biec przed siebie – opowiadała nieco nieskładnie dziewczyna – No i jak tak biegłam, w pewnym momencie poczułam, że coś łapie za moją czapkę. Odwróciłam się, a to krzak mi ją ukradł! Rozpłakałam się i pobiegłem parę kroków, po czym wpadłam na kogoś. Była to oczywiście prababcia, której jakoś udało się od złego krzaka wydostać moją czapkę. Wiem, że to głupie, ale wtedy bałam się jak cholera. I od tamtego czasu niektóre drzewa trochę mnie przerażają.
- A co na to prababcia? – zapytał rozbawiony finałem historii Maciek, lecz nigdy nie dowiedział się, jakie zdanie na temat eskapady Agaty miała jej prababcia. W momencie, gdy skończył pytanie, rozległ się bowiem huk tak straszny, że wystrzał armatni zdawał się przy nim piskiem myszy.
- Co to? – zapytała blada ze strachu Agata.
Chłopak nie odpowiedział. Wsłuchiwał się za to w jeszcze kilka potężnych huków, które sfinalizował dźwięk tak głośny, że oboje musieli zatkać uszy, żeby nie ogłuchnąć. Potem do ich uszu docierało tylko chaotyczne szuranio-pełzanie, tym razem jednak mniej chlupiące niż na bagnie. Maciek doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się stało. To coś, co wylazło z bagien, właśnie dotarło do granicy boru i w przypływie szału rozprawiło się z potężnym dębem. Chłopak nie przypuszczał, że kiedykolwiek może poczuć coś takiego do okropnego, starego i to w dodatku martwego drzewa, ale było mu go trochę szkoda. Musiał rosnąć, a później stać w tym miejscu, przez setki, a może i ponad tysiąc lat, a teraz jakieś potworne coś po prostu je rozwaliło. Nie było jednak czasu na sentymenty, oboje czuli, że niewyobrażalnie obrzydliwe monstrum zbliża się teraz do nich dużo szybciej. I mieli wrażenie, że obecne tempo było dla niego jedynie powolnym skradaniem się.
- Ruszajmy, nie ma czasu – zakomenderował Maciek, po czym znów złapał dziewczynę za rękę.
Z początku tylko truchtali, jednak kiedy do ich nozdrzy dobiegł duszący zapach gnijącej, zatęchłej wilgoci, musieli biec. Granice wytrzymałości swoich organizmów przekroczyli po kilku minutach. A jednak biegli wciąż dalej, utrzymując się w ruchu tylko dzięki słabnącej woli życia. Doskonale zdawali sobie sprawę, że to coś jest zupełnie inne od w dziwny sposób świadomych drzew, odrażających ślepych ptaków i niemożliwej do zapomnienia białej sylwetki; to było inne nawet od niematerialnych drzewo-ośmiornic. To zabiłoby ich samą swoją obecnością. Zresztą już teraz czuli, jak ich zmysły zaczynają działać w zupełnie zwariowany sposób, trochę jak kompas po przyłożeniu doń silnego magnesu. Barwy zlewały się im w jedno, do uszu zaczynały dochodzić jakieś przedziwne słowa wypowiadane w obcych językach, a same ciało zdawało im się jakby napuchnięte, niezgrabne i obce. Wiedzieli, że to nie tylko wpływ nieludzkiego zmęczenia. To aura tego miejsca, tysięcy ciasno upchniętych po bokach drogi świerków, przebrzydłych istot między nimi się kryjących i przede wszystkich tego czegoś, co podążało za nimi, a czego obawiały się nawet te wszystkie odrażające stwory. Mroczki, jakie pojawiały się im przed oczami, układały się w kształt białej sylwetki, której dziesiątki klonów tańczyły w szyderczym pląsie na tle ginącej w oddali drogi.
- Nie mogę – wyszeptała po trwającym nieskończoność biegu Agata.
- Dasz radę – zdołał wydukać Maciek, po czym zaciskając zęby, zmusił swoje ciało do jeszcze większego wysiłku. Czuł, że to coś za nimi jest głodne i zirytowane. Koncentrując resztki swojego rozpierzchniętego umysłu na biegu, nie zdążył się zastanowić, czemu jest w stanie odgadnąć uczucia monstrum, jak gdyby były one wypisane na niewidzialnym ekranie tuż przed jego oczami. Gdyby zanalizował ten fakt choć pobieżnie, świadomość, że zaczyna odbierać część myśli odrażającego czegoś, że jego własna jaźń zdaje się być z wolna pochłaniana przez niewiarygodnie starą jaźń zbliżającego się obrzydlistwa, że w jakiś sposób sam nim się staje, z pewnością straciłby resztkę zdrowych zmysłów. Nic takiego się jednak nie zdarzyło, bo chłopak ciągle parł do przodu, walcząc nie tylko z własnym organizmem, ale i z bezwładnym już niemal ciałem zupełnie zrezygnowanej dziewczyny. Nie widział przed sobą nic oprócz krótkiego odcinka drogi, resztę ogarnęły egipskie ciemności. Świerki nie tylko tworzyły po obu stronach duktu barierę nie do przebycia, ale również łączyły się ze sobą na wysokości kilku metrów, zupełnie odgradzając wędrowca od widoku nieba. Niedługo przyjdzie taki czas, że będę musiał się poddać – myślał chłopak. Ile jeszcze? A może to już? – jego wola życia zaczynała słabnąć, pożerana przez chciwą jaźń monstrum, łapczywie łapiącą w obręb swojego jestestwa najmniejszy błysk świadomości.
Widząc przed sobą jedynie ciemność, Maciek w końcu poddał się. Zamknął oczy i wyklarował w umyśle ostatnią wyraźną myśl, aby z nią przekroczyć bramy innego świata, o ile oczywiście cokolwiek, łącznie z duszą, mogło się stamtąd wydostać. Jego nogi wykonywały jeszcze mechanicznie jakieś ruchy, ale chłopak nie był już ich świadomy. Uśmiechnął się i odszedł.
Z letargu wyrwał ją jakiś oślepiający blask. Z trudem otworzyła oczy, od niepamiętnych zdawałoby się czasów, przyzwyczajone do zupełnego mroku i aż krzyknęła ze zdumienia. Ujrzała nad sobą rozjaśnione przez tysiące gwiazd niebo. I księżyc. Mimo, że taka ilość światła normalnie wydawałaby się niemal ciemnością, po tak długim okresie niewidzenia niczego, dziewczyna musiała przez chwilę mrużyć oczy, aby przyzwyczaić się do blasku nocnego nieba. W końcu, gdy była w stanie rozróżnić poszczególne kontury, a nawet niektóre odcienie szarości, ze zdziwieniem spostrzegła, że zaraz przed nimi, po prawej stronie, gwiazdy odbijają się na jakiejś płaszczyźnie. Na wodzie. Na wodzie małego stawu.
- Zatrzymaj się! – krzyknęła podniecona, zauważając, że w promieniu kilku metrów od oczka wodnego nie rośnie żaden świerk – Zatrzymaj się! – wrzeszczała, ale Maciek nie reagował. Wciąż ciągnął ją jak szaleniec za rękę, zmuszając do morderczego biegu. Lecz wydawał się teraz bardziej wołem niż człowiekiem.
- Zatrzymaj się! – dziewczyna stwierdziła z przerażeniem, że nie przypomina nawet wołu. Woły bowiem żyją.
Z odległego, bardzo odległego miejsca dotarł do niego głos dziewczyny. Był niespokojny. A miejsce, w jakim teraz się znajdował było spokojem przepełnione. Nie chciało mu się wracać znów tam. Czuł, że za chwilę przestanie czuć cokolwiek. Po prostu rozpłynie się w nicości. A jednak głos był uparty. Chłopak z cichym westchnieniem wrócił.
- Czy ty nie możesz sobie po prostu pójść? – wejście w ciało było jak zimny prysznic. Nie, było o wiele gorsze. Było jak kąpiel w wodach, w których zatonął Titanic. Tuż obok wielkiej lodowej gry.
- Co? – dziewczyna nie miała czasu zastanawiać się, co chce jej powiedzieć.
- Idź sobie – powiedział zmienionym głosem, po czym powoli zaczął rejestrować rzeczywistość. Przez te kilka chwil zdążył się już odzwyczaić od zmysłów. Teraz wszystko wydawało się trudne i mozolne. I trwało wieczność. A nawet kilka wieczności.
- Zobacz, staw! – gdy spojrzał w kierunku, w jaki wskazywała głową, faktycznie ujrzał coś, co kiedyś nazywał stawem. S T A W E M. Słowa, nazwy i ich desygnaty wydawały mu się teraz dziwne. Ale zabawa nimi była całkiem interesująca.
- Zatrzymaj się! – dziewczyna szarpała go za rękę, choć on nawet tego nie czuł. Patrzył tylko na nią pytającym spojrzeniem.
- Zatrzymaj się do cholery! – znał te słowa. I dopiero teraz zrozumiał też, że cały czas się porusza. Ruch i bezruch też zdawał mu się zupełnie nowym doświadczeniem. Zatrzymał się posłusznie.
- I puść moją rękę! – dziewczyna, mimo niewyobrażalnego zmęczenia, była mocno poirytowana.
- Dobrze – odparł i nie bez trudu otworzył dłoń. Zdał sobie sprawę, że ściskał delikatną dłoń dziewczyny jak imadło. Ogarnął go wstyd i to ludzkie, przyziemne uczucie, pozwoliło mu na dobre wrócić do rzeczywistości.
- Podejdź do stawu – powiedziała do niego nieco łagodniej, masując ukradkiem zsiniałą dłoń.
- A to coś za nami?
- Nie wiem skąd, ale wiem na pewno, że to coś tu nie przyjdzie. Przynajmniej na razie. Spójrz na te drzewa. Nie rosną wkoło stawu. A te, które są dalej są jakieś mniejsze. – dziewczyna nerwowo pokazywała palcem okolicę stawu.
- I niezniekształcone – chłopak musiał przyznać jej rację. Ten staw, a może woda w nim, miała jakąś dziwną moc.
- Muszę się napić – dziewczyna przysiadła nad samym brzegiem stawu i zaczerpnęła w dłonie trochę wody. Okazała się być w zasadzie bez smaku, ale w jakiś dziwny sposób ją pokrzepiła.
- Też się napij, nie zaszkodzi ci – dziewczyna skierowała oczy ku niesamowicie zmęczonej twarzy chłopaka. Ten usiadł koło niej i również zaczerpnął w dłonie ożywczego płynu.
Nie słyszeli już za sobą odgłosów człapania. Co jakiś czas dolatywały jednak ich uszu jakieś obrzydliwie mlaskające odgłosy pełznięcia lub obracania się czegoś nieprawdopodobnie obślizgłego. Czuli jednak, że to coś, czymkolwiek było, na razie nie mogło lub nie chciało przyjść nad staw. Niecierpliwiło się jedynie, nie mogąc wytrzymać w jednym miejscu. Na jakiś czas byli bezpieczni. Odpoczywali więc, próbując poradzić sobie z potężnym zmęczeniem, jakie dopiero teraz z całą siłą na nich spadło. Nie poradzili sobie jednak. Usnęli.

Obudziły ją drobne kropelki deszczu, wpadające z cichym pluskiem do stawu. Dziewczyna z niechęcią wyrwała się ze snu. Nie był wprawdzie zbyt przyjemny, znów błądziła w nim po ogrodzie prababci, a dziadek na rowerze jeździł za nią i ostrzegał, że droga donikąd zabiera czapki, ale i tak wolała go od tego miejsca. No, ale przynajmniej była wyspana. Nie wiedziała, ile spała, jednak sądząc po stanie swoich mięśni i stawów, musiało to być wiele godzin. Może nawet ponad dziesięć. Niebo wciąż było pełne gwiazd, ułożonych zresztą w zupełnie nieznane jej gwiazdozbiory, ale przecież tutaj czas płynął zupełnie inaczej. A może w ogóle nie płynął? Nie miała czasu się nad tym zastanowić. Musiała myśleć nad tym, co może zrobić, aby wreszcie się stąd uwolnić. O ile oczywiście można było tego dokonać. Skupiła wzrok na tafli wody. Ten staw ma jakąś dziwną moc. Jeśli jest jakikolwiek ratunek, to chyba tylko w nim. Spojrzała w marszczącą się stale od deszczu powierzchnię bezbarwnej cieczy. Było dosyć ciepło, więc postanowiła wziąć kąpiel. Wydawało się to w tych okolicznościach niedorzeczne, jednak po prostu chciała tak zrobić. Spojrzała na Maćka. Spał jak zabity. Zresztą nawet, jeśliby się obudził, niech by zobaczył ją nagą. Jakie to miało teraz znaczenie?
Zrzuciła z siebie ubranie i ułożyła je w kupkę metr od stawu. Najpierw ostrożnie dotknęła stopą powierzchni wody, a potem weszła do niej aż po podbródek, rozkładając ramiona niczym leśna nimfa. Żeby tylko nie dostał ataku serca, jak się nagle zbudzi – pomyślała rozbawiona, chlupiąc się w przyjemnie letniej wodzie. Chwile, kiedy była tak bliska śmierci, zdawały się jej teraz bardzo odległe. Nawet ruchy jakiegoś oślizgłego potwora, które wciąż zakłócały nocną ciszę, zdawały się teraz mniej straszne. Woda tego stawu w jakiś dziwny sposób koiła umysł. Kiedy zanurzyła się pod powierzchnię przezroczystej cieczy, chcąc zbadać dno zbiornika, zauważyła, że między kamieniami czuć lekki ruch wody. Zaczerpnęła powietrza i podpłynęła tam. Spod skałek faktycznie wydobywał się jakiś strumień cieczy. To chyba dopływ – pomyślała. Wprawdzie nigdy nie spotkała się dotychczas ze stawem zasilanym podwodnym źródłem, ale w tych okolicznościach wcale nie było to takie dziwne. Zresztą miała wrażenie, że ziemia wokoło bajorka (a może te straszliwie powykręcane świerki?) w jakiś sposób wciąż wysączała wodę ze źródła. Dziewczyna wolała na razie nie myśleć, jaki wpływ na ten proces może mieć obślizgłe coś, czające się gdzieś niedaleko. Wypłynęła na powierzchnię. To mogło być rozwiązanie. Podziemne źródło musiało skądś wypływać. Może nawet na jakimś odcinku wcale nie było podziemne. Dziewczyna określiła, jak mniej więcej powinien płynąć strumień i naniosła jego prawdopodobny bieg na obraz, jaki miała przed oczami. Tak! – klasnęła w dłonie. Las nad tą linią wydawał się być dużo rzadszy. Być może, jeśli pójdą w tamtym kierunku…
- Andrzej? – odezwał się sennie Maciek. Dziewczyna odwróciła się przestraszona w jego kierunku i szybko zakryła nagie piersi. Na szczęście nadal spał, choć zaczynał się wiercić i wszystko wskazywało na to, że może się zaraz przebudzić. Agata szybko wyszła z wody, otrzepała się jak mokry pies i nałożyła na jeszcze mokre ciało brudne ubranie. Trudno – pomyślała – jeśli wyjdę z tego cało, przeziębienie będzie moim najmniejszym zmartwieniem. Gdy tylko założyła koszulkę, Maciek otworzył oczy, przetarł je niezdarnymi ruchami, po czym usiadł, sennie wpatrując się w koleżankę.
- Ja nie żyję? – zapytał w tak zabawny sposób, że dziewczyna wybuchła śmiechem.
- Póki co jeszcze nie. Ale musimy szybko znaleźć wyjście z tej sytuacji.
- Co proponujesz? – zapytał, ziewając przeciągle.
- Trzeba sprawdzić, czy droga nie kończy się przypadkiem całkiem niedaleko. Taki strumień… – widząc jego pytające spojrzenie, szybko zdała sobie sprawę z błędu – Taki staw może świadczyć o tym, że droga zwyczajnie się kończy – nadzieje związane z podwodnym strumieniem dziewczyna wolała na razie zachować dla siebie.
- Chyba masz rację. Więc idźmy – chłopak poderwał się na równe nogi, odzyskując dawny rezon i pewność siebie.
- Ja tu zostanę – dziewczyna powiedziała to zdecydowanie bardziej nieśmiało, niż chciała.
- Nie mogę cię tu zostawić. Kilkanaście metrów za tobą czai się jakieś cholerne przedwieczne monstrum, a ty chcesz, żebym po prostu cię tu zostawił? Nie ma mowy.
- Zrozum, on tu nie podejdzie. Sprawdź tylko, co jest za tym pagórkiem – wskazała na wzniesienie za nimi.
- Nie. Nie zostaniesz tu sama.
- Będę bezpieczniejsza niż ty. Zresztą to tylko kilka kroków – upierała się.
- Ale nigdzie się stąd nie ruszysz. Obiecujesz? – domagał się zapewnienia chłopak.
- Obiecuję – powiedziała i pocałowała do delikatnie w usta – A teraz idź i wracaj szybko.
Policzki chłopaka miały teraz identyczną barwę co włosy dziewczyny.
- Idę. Tylko uważaj – rzucił, po czym ruszył w kierunku pagórka.
Agata miała sobie za złe to, że wysłała go samego, ale chodziło jej tylko o nabranie pewności, że droga zaraz się nie kończy. Głupio byłoby wchodzić w las, jeśli kilkanaście metrów przed nimi była szosa. I dlatego trzeba było to stwierdzić, choćby nie wiadomo jak nieprawdopodobne by się to nie zdawało. A w czasie, kiedy chłopaka nie będzie, musiała sprawdzić, czy strumień nie wychodzi na powierzchnię gdzieś stosunkowo niedaleko. Zdawało się jej bowiem, że słyszy coś jakby szelest górskiej rzeczki. Może było to tylko złudzenie, z nieba wciąż kapał lekki deszczyk, ale trzeba to sprawdzić. Nie chciała robić Maćkowi złudnych nadziei i zmuszać go do badania strumienia. Na pewno chciałby to zrobić sam, a na to nie mogła pozwolić. Dość już się dla niej poświęcił. Gdyby nie on, już dawno zatrzymałaby się i czekała na pożarcie przez to coś. Teraz ona coś zrobi.
- Widzisz coś? – wykrzyczała do niego, gdy stanął na szczycie pagórka.
- Może – odkrzyknął – zaraz wracam – dorzucił i zszedł w dół, dziewczyna tymczasem szybko udała się w kierunku, skąd prawdopodobnie dochodził odgłos strumienia. Nawet nie zauważy, że mnie nie ma. Jeśli to gdzieś tu jest, na pewno jest blisko. Kiedy opuściła przyległy do stawu pas trawy, jej uwagę zwróciło położenie świerków wkoło niego. Wydawały się rosnąć bliżej, niż kiedy tu dotarli. Wody w stawie też było jakby mniej. To pewnie tylko złudzenie – pomyślała – nie dość, że już nieźle ześwirowałam, to jeszcze stoję parę metrów od wody. Perspektywa – zakończyła rozmyślania i zagłębiła się w las.
Kiedy stanął na szczycie, dostrzegł gdzieś w dole coś jakby punkt światła. Nieduży, ale jednak. Pewnie jakiś płaski kamień odbijający blask, prześwit przez gęste gałęzie czy jakieś niestworzone cudo, jakich tu nie brakowało. Ale musiał to sprawdzić. Bał się zostawiać Agatę samą, ale w sumie bardziej bałby się iść z nią tutaj. Ten staw był naprawdę bezpieczny. Przynajmniej na jakiś czas.
Droga wiła się stromo w dół, już po kilku metrach nie mógł dostrzec za sobą poświaty bajorka. Posępne świerki znów zamknęły się nad nim, a spoglądając w czerń, jaką zostawił w tyle, miał również wrażenie, że za nim. Schodził powoli i ostrożnie, wiedząc, że każdy niebaczny krok może się dla niego skończyć upadkiem. Otuchy dodawał mu jednak wciąż powiększający się punkt światła. Może droga naprawdę się tu kończy? – myślał z nadzieją. Może uda się nam wyjść z tego wszystkiego cało? I choć życzenie to wydawało się jeszcze niedawno zupełnie nie do zrealizowania, stawało się z każdym krokiem coraz bliższe rzeczywistości. Tam było światło! Las się kończył, teraz już był tego pewien. Ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonał biegiem, nie bacząc na wystające z ziemi korzeni i walające się po całej drodze kamienie. Przed samym końcem potknął się nawet, ale udało mu się jakimś cudem utrzymać równowagę. Blask słońca oślepił go.
Komentarze
louiss dnia październik 21 2014 00:29:03
Nienaturalna zdawała mu się nawet nikła poświata gwiazd nad stawem, a co dopiero taka jasność. Przez kilka chwil stał bez ruchu, zakrywając oczy dłońmi. Niespecjalnie zdziwiła go pora dnia, jaką zobaczył po wyjściu z lasu, zastanawiał się jedynie, czy jeszcze cokolwiek mogło go zdziwić.
Wciąż patrząc spod półprzymkniętych powiek, postąpił kilka kroków w przód, powoli robiąc rozeznanie w okolicy. Przed nim była droga. A po obu jej stronach z rzadka rosły świerki. A więc to nie koniec r11; pomyślał ze zrezygnowaniem. Ale chociaż las się kończy r11; spróbował otworzyć szeroko oczy i udało mu się. Słońce już go nie raniło.
- Agata! r11; zawołał i odwrócił się r11; Agar30; r11; zamarł w pół słowa. Nie było przed nim żadnego lasu. Tylko droga wśród pól.
Nie mogąc wyksztusić z siebie ani słowa, postąpił kilka kroków naprzód. Nagle, jak spod ziemi, wyrosła przed nim ściana młodych osik. Skądś to znał. I wiedział już, że nie ma sensu zawracać.
- Agata! Agata! Agaaaataaaaaa!!! r11; zakrzyknął jeszcze parę razy, z góry wiedząc, że nikt na jego wezwanie nie odpowie. Nie wiedząc co zrobić, powlókł się smętnie przed siebie, zupełnie ignorując kolejne zniekształcone świerki, jakie musiał po drodze mijać. Nie myślał o niczym. Po przejściu kilkuset metrów usiadł kompletnie zrezygnowany na środku drogi i spojrzał za siebie. Wydawało mu się, że skądś kojarzy okolicę. Po kilkunastu minutach, nie mogąc wytrzymać straszliwego szkwału, jaki wydobył z niego hektolitry potu, poczłapał pod najbliższe drzewo.
- Chociaż nie świerk r11; wymruczał pod nosem, wodząc dłońmi po biało-czarnej korze. Po chwili zamarł w bezruchu, machinalnie wstał i poruszając się sztywno jak robot, wrócił na środek drogi, by przyjrzeć się brzozie. Wstrząsnął nim dreszcz. Stał przed garbatą wiedźmą, a raczej pochyloną babunią, bo konar, jaki o mało nie zabił Agaty, najzwyczajniej w świecie zielenił się, solidnie przytwierdzony do drzewa.
Maciek rozejrzał się wokoło, choć wiedział, co zobaczy. Wąski, wysoki świerk również stał na swoim miejscu, mimo, że to najprawdopodobniej właśnie huk jego upadku usłyszeli zaraz po wejściu do lasu. Wszystkie drzewa były na swoim miejscu, dokładnie tak, jak wtedy, kiedy wchodzili na drogę. Drogę donikąd.
Zerwał się lekki wiatr. Poruszane jego ruchem gałązki szeleściły szyderczo. Chłopak mógłby przysiąc, że w szumie świerków słyszał śmiech. Ponad drzewami widniała szosa prowadząca do wioski i obozu. Tak blisko, a jednak niemożliwie daleko i dawno. Wyszli o szesnastej. Mieli zaraz wrócić. Odruchowo spojrzał na zegarek, lecz zanim zdołał skupić się na cyfrach, odwrócił wzrok. Wolał tego nie wiedzieć.
Wiatr wzmagał się coraz bardziej. Maciek pomyślał o Agacie. Ona wciąż tam czeka. Pewnie za mną nie pójdzie. Las pewnie by jej na to nie pozwolił. Może wywiódł ją w inne miejsce, a może wciąż każe jej tam czekać, zakrzywiając przestrzeń lub czas, by ciągle myślała, że za chwilę wrócę. Może jednak wciąż jestem w stanie do niej dotrzeć. Zanim to coś zdecyduje się ku niej ruszyć. Jeśli mamy zginąć, nie mogę zostawić jej samej. Zgińmy razem. Jestem mężczyzną i nie mogę pozwolić, żeby umarła tam sama. Nie mogę. Dopóki będzie szansa, zrobię wszystko, żeby ją uratować, a przynajmniej być przy niej w ostatniej minucie. Samotna śmierć musi być wyjątkowo straszna r11; postanowienie, jakie powziął chłopak, pozwoliło mu się wyrwać z wszechogarniającej apatii i zrezygnowania. Odwrócił się i spojrzał na drogę, jaką musiał pokonać. Nie myślał teraz o spotkaniu z tymi wszystkimi rzeczami, jakie, jak się zdawało, zostawili za sobą. Nie myślał nawet o tym, w jaki sposób mógłby niezauważenie przemknąć obok tego obrzydliwego czegoś, przed czym uciekali przez tyle czasu. Myślał tylko o tym, że musi iść. Nie ułatwiały mu tego jakieś gardłowe szepty starych drzew, jakie zdawał się wciąż słyszeć i ich zniekształcone przez nieznane siły sylwetki. Otuchy dodawała mu jednak definicja odwagi, jaką przeczytał kiedyś w książce mało znanego autora fantasy. Odważny to nie ktoś, kto się nie boi. Nie boją się tylko małe dzieci i głupcy. Odważny jest ten, kto boi się, a mimo to potrafi przeciwstawić się lękom i z podniesioną głową podążać naprzód. To jest właśnie prawdziwa odwaga. Definicja ta dodawała sił Maćkowi i to być może właśnie dzięki niej znajdował w sobie dość energii, by dodawać otuchy nie tylko sobie, ale i swojej młodszej koleżance. Choćby tylko w myślach.
Gdy usłyszał za sobą huk łamiącego się konaru, nawet się nie odwrócił. Wciąż nasilający się wiatr przywiódł na lipcowe niebo gęstą zasłonę z chmur, zwiastując nagłą zmianę pogody. Chłopak tymczasem zdążał przed siebie wśród nienaturalnie powyginanych świerków i brzóz, zdążał przed siebie drogą donikąd.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie