Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Potwór cz. 2

- Nie ma. Jednak ostatnio, analizując przypadki zaburzeń i chorób psychicznych, doszedłem do wniosku, że są pewne substancje, które powodują zmniejszenie lub wręcz całkowite pozbycie się wyrzutów sumienia.
- Jak alkohol? – uśmiechnąłem się i nalałem sobie kolejny kieliszek – ten, z którego pił Jeżewski, już dawno leżał rozbity na ziemi.
- Na przykład – odpowiedział z ogromną powagą w głosie – Tyle, że trzeba pić naprawdę długo i regularnie, żeby przyniosło to efekt. A nie o to mi chodzi. Alkoholik jest szkodliwy społecznie, a poza tym rujnuje sobie organizm. Nie chodzi mi też o niektóre narkotyki czy inne substancje odurzające – tu albo efekt jest tymczasowy, albo też wiąże się z uszkodzeniami narządów ciała, przede wszystkim mózgu, w najlepszym wypadku z uzależnieniem. Nie chodzi mi nawet o jakieś szkodliwe wyziewy. Myślę o kilku truciznach.
- Truciznach? Przecież one szkodzą chyba bardziej niż alkohol i narkotyki.
- Nie do końca. W innych przypadkach nieodczuwanie wyrzutów sumienia wynika z trwałej degradacji niektórych części mózgu. Jeśli chodzi zaś o badane przeze mnie trucizny, to oczekiwany przeze efekt to bardziej skutek uboczny ich działania – myślę, że na podstawie dokładnej analizy ich działania na organizm ludzki udałoby się wyekstrahować substancję, która nie czyniłaby w organizmie żadnych szkód, a powodowała jedynie zahamowanie poczucia winy.
- Interesujące – pomyślałem o zapachu potwora, o tym, jak pełzał po moim ciele, by wreszcie dotrzeć do ucha i poczułem, jak wstrząsają mną dreszcze – I jak ci idzie?
- Idzie? – patrzył gdzieś poza mnie, zupełnie nie zauważając jak zbladłem – W ogóle mi nie idzie. Mogę sobie tylko gdybać. Żeby to zbadać musiałbym mieć na kim robić eksperymenty. Co z tego, że wiem, że mam te sześć trucizn. Teraz musiałbym badać, badać i badać. A nie mam na kim. Oczywiście mogę na sobie, ale jeśli się pomylę… Nie, to by było zachowanie egoistyczne – zbyt wielka strata dla społeczeństwa. Może, kiedy nie będę miał innego wyjścia… Zastanawiam się też – zniżył głos do szeptu – nad włóczęgami, alkoholikami, starcami, śmiertelnie chorymi. Nie mają nic do stracenia, a mogą dać coś społeczeństwu.
- A jeśli uda ci się pozbyć wyrzutów sumienia u, dajmy na to, jakiegoś bezdomnego. Myślisz, że zawaha się, jeśli będzie miał możliwość cię zabić? Myślisz, że będzie wiedział, że racjonalnie to nieopłacalne dla społeczeństwa? Może jego logika wskazywałaby na to, że to on, a nie ty powinien żyć?
Patrzył na mnie, ale chyba nie słyszał tego, co mówię. Był już bardzo pijany; głowa co chwila opadała mu na piersi, a z ust kapała gęsta ślina. Jego zmysły nie rejestrowały już zbyt dużo. Zamknął się teraz w swoim świecie, jedynie wydając komunikaty na zewnątrz, a żadnych nie przyjmując. Zresztą, nawet gdyby przyjmował, nie sądzę, żeby chciał słyszeć to, co do niego powiedziałem. Miałem wrażenie, że nie jest osobą, która potrafi akceptować krytyczne uwagi pod adresem swojego toku myślenia.
- Wszystko to takie trudne i skomplikowane… Wszystko byłoby prościej, gdybym mógł zbadać kogoś, kto nie ma wyrzutów sumienia. Gdybym tylko mógł zbadać takiego kogoś…
- A gdybym powiedział, że znam kogoś takiego – gdy tylko to powiedziałem, spojrzał na mnie dużo bardziej trzeźwo – wyglądało na to, że jednak jakieś komunikaty do niego docierały.
- Naprawdę?
- Może nawet wiedziałbym, jakie jest źródło tej jego cechy, która tak cię interesuje. Może nawet wiedziałbym, skąd wziąć tą substancję…
- Znasz wzór? – patrzył na mnie jak zahipnotyzowany.
- Powiedziałem wziąć, a nie wyekstrahować. Może ta substancja ma całkiem… naturalne źródło.
- Kłamiesz – kąciki ust lekko mu drgnęły, ale widać było, że w środku cały się gotuje.
- Zapewne tak. Ale jeślibym mówił prawdę, tak czysto hipotetycznie… Gdyby to była prawda, a ja wskazałbym ci tego kogoś… I może nawet źródło tej substancji. Co byś zrobił? – nie patrzyłem na niego, niemal bojąc się spojrzeć w skrywające teraz niewyobrażalne szaleństwo piwne oczy.
- Poszedłbym tam nawet teraz – wyrzucił z siebie – Oczywiście gdyby to była prawda – dodał po chwili spokojniejszym tonem, choć ja wiedziałem, że nie uda mu się tak naprawdę uspokoić ani dziś ani jutro.
- A jeśli – spojrzałem na niego – Ten ktoś nie chciałby brać udziału w twoich badaniach i… - zawiesiłem głos, jednocześnie pochylając się w jego stronę – Nie dałby się w żaden sposób przekonać.
- Jeśli… - jego głos drżał – Jeśli tak by było… Chociaż bardzo chciałbym zbadać jak pracuje mózg takiego kogoś, to – uśmiechnął się szeroko i również pochylił w moją stronę – musiałbym się zadowolić martwym organem.
- Dla dobra społeczeństwa – choć szaleństwo w jego oczach niemal mnie parzyło, nie spuściłem wzroku.
- Dla dobra – powtórzył i schylił się po kieliszek.
Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu, każdy zastanawiając się, co myśli drugi, a potem zaczęliśmy jakąś banalną rozmowę. Nie wiem, ile trwała, w każdym razie, kiedy znowu zabrakło nam tematu, pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Wiedziałem, że gdyby Jeżewski miał pewność, że to ja jestem tym człowiekiem, który potrafi pozbyć się wyrzutów sumienia, kiedy tylko chce, zabiłby mnie bez wahania. Nie miał jednak tej pewności, ba! Mógł się obawiać, że naprawdę chodzi mi o kogoś znajomego, a wtedy, pozbywając się mnie, pozbyłby się również swojej jedynej szansy na dotarcie do tego kogoś. Zresztą, mimo, że z pewnością szalony, potrafił myśleć racjonalnie. A racjonalne myślenie pozwalało mu sądzić, że szansa na to, że faktycznie spotkał kogoś, kto jest kimś, kogo szuka, lub przynajmniej zna takiego kogoś, jest bardzo niewielka. A po co narażać społeczeństwo na utratę na parę (lub paręnaście – zależy od wyroku) lat kogoś tak uzdolnionego jak on? Mimo wszystko wiedziałem jednak, że należy na niego uważać. Był to w mojej ocenie bowiem człowiek pozbawiony skrupułów i jakiejkolwiek moralności. W momencie, w którym wspomniał o eksperymentowaniu na bezdomnych i starcach, wzbudził we mnie autentyczne obrzydzenie. Według mnie to on sam należał do tej grupy społecznej, której dla wspólnego dobra, powinno się pozbyć. I to jak najszybciej; zanim on pozbędzie się innych.
Od tamtej pory oboje zwracaliśmy na siebie baczną uwagę, choć już nigdy nie rozmawialiśmy dłużej niż parę minut. Zresztą nie było na to zbyt dużo czasu – kilka tygodni później doktor nieszczęśliwie wstrzyknął sobie zbyt dużą dawkę jednej ze swoich trucizn. Cóż, wypadki chodzą po ludziach. Nawet tak uzdolnionych i potrzebnych społeczeństwu. Tyle dobrego, że sekcja zwłok wykazała, że trucizna, jaką zastosował w takiej dawce, kompletnie zniszczyła mu ośrodek mowy. Było to nowe odkrycie. Można powiedzieć, że doktor przyczynił się pośmiertnie do rozwoju medycyny. Ja sam nazwałbym go nawet bohaterem.
Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy wspomniałem komukolwiek, choćby w bardzo zawoalowany sposób, o istnieniu potwora i tym, co dla mnie robił. Wolałem zachować absolutną dyskrecję. Uznałem, że tak będzie lepiej dla mnie. I, oczywiście, dla społeczeństwa.
A, żeby to było jasne – jeśli myślicie, że ta rozmowa skłoniła mnie do zastanowienia się nad swoim postępowaniem to się mylicie. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że nie jestem Matką Teresą, ale nie uważałem się (ani nie uważam) za złego człowieka. Tak, czasami robię rzeczy, które z pewnością nie są dobrymi uczynkami, tylko, że każdemu z was zdarza się czynić podobnie. Co by jednak o mnie nie powiedzieć – nigdy nie czerpałem przyjemność ze szkodzenia innym ludziom – jeśli ktoś nie wejdzie mi w jakiś sposób w drogę, z pewnością nic mu nie zrobię. Nie jestem psychopatą. Czasami zachowuję się po prostu trochę egoistycznie (co jest zresztą jak dla mnie naturalną właściwością osoby ludzkiej). Czasami. A poza tym jestem też ofiarą. Ofiara nienasyconego głodu potwora. Gdyby nie on, może byłbym jeszcze lepszym człowiekiem. Bardzo możliwe. Musicie też pamiętać, że nigdy nie prosiłem się o kontakt z nim. On sam mnie znalazł. Można to nazwać przeznaczeniem, przekleństwem albo ślepym losem, ale jedno jest pewne – On przyszedł do mnie bez udziału mojej woli. To on wybrał mnie, a nie ja Jego. A w momencie, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy, tak naprawdę wszystko było już przesądzone. Nie miałem wyjścia – mimowolnie stałem się niewolnikiem potwora, jego bezkrwawą ofiarą i jedynym żywicielem. Co mogłem zrobić? Tak naprawdę moim jedynym wyjściem było zaakceptowanie tego stanu rzeczy i poradzenie sobie z tym tak dobrze, jak to tylko możliwe. Po prostu w miarę moich możliwości starałem się z tej trudnej sytuacji wyciągnąć coś dla siebie. Ugrać cokolwiek. Zresztą, jak zachowalibyście się na moim miejscu?

Przez kolejne lata skwapliwie korzystałem z pomocy potwora w trudnych sytuacjach, ten zaś pomagał mi pozbyć się niechcianych emocji, jednocześnie rozrastając się do niewyobrażalnych rozmiarów; proces jego wychodzenia z pudełka przypominał przeciskanie wielkiej gąbki przez wyjątkowo wąską rurę. Z tą oczywiście różnicą, że gąbka nie miała ponad metra długości i grubości anakondy. Wielkie rozmiary nie przeszkadzały jednak potworowi ani w żywieniu się moimi wyrzutami sumienia, ani w powrocie – słowem wszystko było tak jak zawsze. Aż do pewnego niefortunnego wydarzenia. Ostatniego, jakie chcę wam opisać. Wydarzenia, które rozegrało się zaledwie miesiąc temu.
Popijając schłodzone piwo, oglądałem wtedy jakiś program w telewizji. Niezbyt ciekawy, ale zajmujący na tyle, że nie musiałem się nudzić. A to, zważywszy na to, że za oknem niemiłosiernie siekł ciężki jesienny deszcz, a zegar wskazywał dopiero dwudziestą, mogło okazać się całkiem realnym zagrożeniem.
W pewnym momencie jednak ze słodkiego czaru popkultury wyrwał mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Nie powiem, żeby mnie to nie zdziwiło – moja pielęgniareczka miała tego dnia dyżur, a jedyny sąsiad, z jakim utrzymywałem kontakt, wyjechał z żoną na jakieś egzotyczne wakacje. Może więc kolejny natrętny akwizytor? Skrzywiłem się na samą myśl o spotkaniu z kimś takim i niechętnie podniosłem się z miejsca. Kiedy jednak stanąłem pod drzwiami i zapytałem, kto sprawia mi tę przyjemność, mile się zaskoczyłem.
- Przepraszam, ale mogłabym z Panem chwilę porozmawiać – usłyszałem miły, dziewczęcy głos.
- Dobrze – gdy otworzyłem drzwi, moim oczom ukazała się kompletnie przemoczona dziewczyna.
- Wiem, że mnie pan nie zna, ale chciałabym prosić o pomoc… - widać było, że mówienie o powodach niespodziewanej wizyty sprawia jej dużą trudność – Przyjechałam do miasta po południu, miałam przesiąść się do innego pociągu, ale się spóźnił… Ten, którym jechałam. I musiałam czekać na następny. A wtedy… - spuściła oczy i westchnęła – ja wiem, że to brzmi dziwnie i pan pewnie myśli, że ja chcę pana okraść czy coś takiego, ale… - była bliska płaczu.
- Uspokój się – powiedziałem – Wejdź i wysusz się, a potem powiedz o co ci chodzi.
- Ja… Dz… Dziękuję – w jej oczach widać było prawdziwą wdzięczność.
- Podziękujesz później – uśmiechnąłem się i powiesiłem jej kompletnie przemokniętą kurtkę na kaloryferze.
Kiedy siedziała już w kuchni, popijając gorącą herbatę i wpatrując się we mnie z miną wdzięcznego psiaka, zapytałem ją, co się dokładnie stało.
- Już wsiadałam do pociągu, tego następnego, kiedy poczułam, że ktoś wyjmuje mi portfel z kieszeni. Szybko się odwróciłam i zobaczyłam jak ktoś biegnie w stronę wyjścia do miasta. Nie myśląc nawet, czy mam szansę go dogonić, zaczęłam go ścigać. Tyle tylko, że, jak pan się domyśla, wcale mi się to nie udało. A pociąg w międzyczasie odjechał. Zostałam więc na dworcu sama, bez pieniędzy, dokumentów, nawet biletu, jaki, mądra, włożyłam do portfela. Na domiar złego padła mi komórka. Głupio mi było żebrać, więc pomyślałam, że pożyczę od kogoś telefon i zadzwonię do znajomych. Tyle, że oczywiście nie znam numeru na pamięć. Mogłam zadzwonić do rodziców i poprosić ich o numer do mojej siostry (nawet tego nie pamiętam!), a ona ma kontakt do moich znajomych, ale nie chciała denerwować matki i ojca – wie pan, myślą, że już dawno wróciłam na swoją stancję. No to pomyślałam, że pójdę do kogoś i spokojnie sobie ją naładuję. No i trochę się wysuszę. A potem ktoś po mnie przyjedzie.
- Kto?
- Kilku znajomych mieszka niedaleko miasta, może przenocuję u nich, a jutro pojadę do siebie. W każdym razie chciałabym tylko naładować telefon i się trochę wysuszyć. Przepraszam za kłopot.
- Nic nie szkodzi. I tak nie robiłem nic ważnego – mówiąc to, przyjrzałem się jej uważnie.
Wyglądało na to, że faktycznie nie miała żadnych złych zamiarów. W jej opowieści było co prawda kilka nieścisłości – telefon mogła spróbować naładować w jakimś centrum handlowym (a w ogóle na dworcach nie ma kontaktów?), poza tym mogła przełożyć kartę do innego aparatu, a wysuszyć mogła się w jakimś barze, ale jeśli człowiek jest tak zdenerwowany jak ona, można zapomnieć o szczegółowej analizie sytuacji. Zresztą – pomyślałem, częstując ją resztkami wiśniowego placka, tym lepiej dla mnie; dziewczyna była naprawdę ładna. Teraz, kiedy zdjęła bluzę, pod jej mokrą bluzeczką wyraźnie rysowały się kształtne sutki. Obawiając się, że za chwilę pod moimi spodniami może zacząć się rysować coś innego, odwróciłem wzrok.
- Już się włączyła – powiedziała radośnie chwilę po tym, jak podłączyła ładowarkę do prądu – Zadzwonię do kumpla.
Po kilku minutach była już cała w skowronkach.
- Jadę za trzy godziny. Powiedziałam koledze, żeby przyjechał pod dworzec – nawet nie wiem, gdzie pan dokładnie mieszka.
- To przecież blisko. Zostań u mnie jeszcze te trzy godziny, a potem cię odprowadzę.
- Ale nie trze…
- To żaden kłopot – przerwałem jej – I tak nie mam nic do roboty.
- Jeśli tak, to dobrze. Nie chciałabym sprawiać kłopotu, to trochę krępujące – zarumieniła się – Nie powiedziałam nawet koledze, że u kogoś jestem. Myśli, że cały czas czekam na dworcu. I niech tak myśli. To w sumie niezły wstyd, że poszłam do nieznajomego, a nie umiałam poradzić sobie sama.
- Jaki tam wstyd… - mimowolnie zaczęło ogarniać mnie podniecenie.
Dziewczyna była taka młoda, taka piękna. Boże, jak ja dawno nie dotykałem takiego młodego ciała!
Wiedziałem jednak, że muszę się opanować. Miałem w końcu stałą partnerkę.
- Mamy teraz trochę czasu. Opowiedz mi o sobie – zaproponowałem, żeby nie skupiać się na jej jędrnych piersiach.
Okazało się, że była studentką pierwszego roku filologii polskiej. Dwa dni wcześniej pojechała na ostatni w tym roku, październikowy biwak ze znajomymi z liceum. Bardzo zmarzli, ale byli zadowoleni. Tak się jednak złożyło, że wszyscy studiowali w innych miastach i mój gość, piękna Natala, bo tak się nazywała, musiała podróżować sama. Na swoje nieszczęście, jak się okazało.
Gdy wypiła już herbatę, zaprosiłem ją do pokoju. Włączyłem telewizor i przez chwilę bez słowa wpatrywaliśmy się w jakiś stary western. Nie było to jednak zbyt ciekawe ani dla niej, ani dla mnie, więc przełączyłem na kanał informacyjny.
- Powariowali do reszty – skomentowałem doniesienie o adopcji afrykańskiego dziecka przez kolejną parę celebrytów – tym razem polskich.
- Czemu pan tak myśli? – zapytała dziewczyna.
- Czemu? – spojrzałem na nią zdziwiony – Polskie sierocińce pozapychane dzieciakami, a oni muszą brać jakieś bachory z Afryki.
- A to naprawdę jest różnica, czy dziecko pochodzi z Europy czy nie?
- I jest i nie jest. Poza tym nie mówię o Europie tylko o Polsce.
- Czyli jest pan za takim hmm patriotyzmem adopcyjnym?
- Ależ skąd. Do patriotyzmu, jakiegokolwiek, bardzo mi daleko. Po prostu niech każdy zajmie się swoimi dzieciakami. Zresztą, gdybym mieszkał w Chinach, narzekałbym, gdyby Chińczycy adoptowali polskie dzieci. To jest takie pokazanie na siłę, że potrafimy martwić się o innych, że dostrzegamy również problemy innych nacji. Ale to wszystko jedno wielkie plecenie bzdur! Niech oni zajmą się swoimi sierotami, my swoimi. I tu nawet nie chodzi o podział na państwo – najlepiej gdyby adoptowali dzieci ze swojego miasta, ba! nawet ze swojej dzielnicy! Nie próbujmy być na siłę globalni – świat i tak nie dostrzeże naszych starań – egoistycznie martwmy się o siebie, to przez swój osobisty egoizm właśnie pomożemy innym bardziej niż robiąc coś, co i tak nie mamy sensu – mimo, że naprawdę się do dyskusji, nie mogłem nie zauważyć, jak dziewczyna, przechylając się w moją stronę, zwraca w tę samą stronę również stwardniałe sutki, kusząco sterczące pod wciąż wilgotną bluzką.
- A czy nie zastanawiał się pan kiedyś nad tym, że może te podziały nie mają sensu? Może liczy się tylko jedna cecha – wszyscy jesteśmy ludźmi i dlatego nie ma znaczenia czy pomożemy własnemu sąsiadowi czy komuś na drugiej stronie kuli ziemskiej? Nie myślał pan nad tym, że każda taka pomoc dotyczy jednego człowieka, a więc jeden więcej jest szczęśliwy? Tak po prostu? Jeden człowiek, a nie Murzyn, Chińczyk czy Rusek?
- Jesteś młoda i nie znasz życia – moje irytacja jej umysłem rosła proporcjonalnie do pożądania, jakie budziło we mnie jej ciało – Ludzie, którzy pragną pomóc całemu światu, z reguły bardziej mu szkodzą, a jeden sukinsyn może czasami zrobić więcej dobrego, oczywiście najczęściej nieumyślnie, niż cały tuzin świętych. Chyba kojarzysz takiego gościa jak Woland?
- Wolę Behemota – uśmiechnęła się, choć widać było, że najchętniej obdarłaby mnie ze skóry – Tylko, że nadal nie rozumiem, czemu wścieka się pan tak na tych ludzi, skoro komuś jednak pomogli.
- Od razu pomogli – prychnąłem pogardliwie, niby przypadkiem wlepiając wzrok w jej jędrne piersi – Myślisz, że taki Afrykaniec będzie szczęśliwy tutaj, w Europie, gdzie banda głupich dzieciaków będzie go wyzywała od brudasów? Wydarty ze swojej kultury, pozbawiony przyjaciół i rodziny, a na dodatek niekoniecznie chcący bawić się ipodami, zajadać kebabami i zasłuchiwać hip-hopem. Czy nie lepiej byłoby, gdyby sprawić lepsze życie komuś, kto od urodzenia żyje właśnie tutaj i nie przeżyje żadnego rozczarowania czymś, co okazało się być w rzeczywistości inne niż myślał? Czy nie lepiej byłoby wysyłać do Afryki od czasu do czasu paczki z przyborami szkolnymi, a poza tym zostawić ich w spokoju? Wiem, że to brutalne, ale może te dzieciaki byłyby szczęśliwsze, nawet gdyby nie dożyłyby osiemnastych urodzin, ale żyłyby wśród swoich, w swojej kulturze. Wydaje mi się, że za często narzucamy naszą kulturę innym na siłę, myśląc, że postępując w zgodzie ze swoimi zasadami etycznymi, postępujemy dobrze. A narzucanie dobroci to nic innego jak czynienie kogoś niewolnikiem. A czy zrobienie z kogoś niewolnika jest dobre czy złe to już chyba każdy sam sobie potrafi powiedzieć i...– musiałem przerwać, czując, że z podniecenia aż zaschło mi w gardle.
- Ma pan wiele racji – odezwała się dziewczyna, korzystając z okazji, że sięgnąłem po szklankę z sokiem – tylko, że mam dziwne wrażenie, że pan po prostu nie lubi dzieci, jakichkolwiek i próbuje pan to sobie wszystko zracjonalizować.
- Bzdury – widząc, że również bierze w dłoń szklankę, już bez żadnych ceregieli wlepiłem wzrok w jej biust – Chociaż nie wiem po co ludzie adoptują dzieci. Tylko kłopot i to jeszcze cudzy.
- A więc… - uśmiechnęła się na poły triumfalnie, na poły z odrazą, co dało tylko taki efekt, że byłem już pewny, jak zaspokoję tej nocy swoje pożądanie.
- A więc może masz rację – uśmiechnąłem się do niej szeroko – Ale dość już gadania o głupotach. Widzę, że chcę ci się pić. Może spróbujesz mojej pysznej nalewki?
- Dziękuję, ale…
- Nie krępuj się. Kilku łyków nic ci nie zrobi. Rozgrzejesz się przynajmniej.
- No, ale tylko na spróbowanie – tym razem uśmiechnęła się naprawdę życzliwie, sprawiając, że stała się w moich oczach nieomal żywym symbolem seksu – Za jakieś dziesięć minut kolega wyjedzie z domu.
- Dziesięć minut… - powiedziałem pod nosem i zaprowadziłem dziewczynę do swojej mini-spiżarni, gdzie przechowywałem konfitury, nalewki i tym podobne wytwory własne.
- Ale pan ma zapasy!
- No nagromadziło się tego trochę. Widzisz tę nalewkę? – wskazałem jej buteleczkę znajdującą się na samym końcu szeregu szklanych pojemników różnego rodzaju i wielkości – Postaraj się ją wyjąć, a ja w tym czasie poszukam jakichś ładnych lampek.
Nie czekając na to, aż dziewczyna zacznie wyjmować stojące najbardziej na zewnątrz słoiki, szybko pobiegłem do kuchni i przeszukałem dolne szafki. Na szczęście to czego szukałem, odnalazłem niemal od razu – gruby, chyba pięciometrowy sznur leżał dokładnie tam, gdzie powinien.
- Masz już? – zapytałem.
- Tak! – odpowiedziała z dziecinną radością w głosie.
- To chodź do kuchni.
Nawet nie zauważyła, że na stole nie ma żadnych lampek. Usiadła za to posłusznie na miejscu, które jej wskazałem (tyłem do mnie), a ja zabrałem jej z rąk butelkę (nalewka była na tyle dobra, że wolałem nie ryzykować jej rozlaniem), po czym zacisnąłem na słodkich ustach lewą rękę. Z początku trochę wierzgała i drapała, ale, kiedy już trochę się tym zmęczyła, dość łatwo dała się przewrócić na ziemię i związać sobie nogi.
- Puść mnie! Puść mnie! Zaraz tu będzie mój kolega! – krzyczała, kiedy musiałem na chwilę zdjąć jej rękę z ust, ja jednak spokojnie zabrałem się za związywanie rąk.
Wprawdzie zanim to uczyniłem, otrzymałem jeszcze solidny cios w oko, ale w gruncie rzeczy poszło mi to naprawdę łatwo.
- A tak a propos twojego kolegi – powiedziałem, kiedy wreszcie zakończyłem robotę, wkładając jej w usta zwiniętą gazetę i przewiązując mocno chustą – Jak on się nazywa?
Mówiąc to, wyjąłem jej ze spodni komórkę, przy okazji manualnie sprawdzając jędrność pośladków, po czym wszedłem w historię połączeń.
- Jacek, prawda? Z nim gadałaś na samym końcu, czyż nie? – zapytałem wesołym tonem i, nie czekając na odpowiedź, wysłałem do niego SMS-a o treści: Złapałam pociąg. Nie przyjeżdżaj. Dzięki za fatygę. Zaraz padnie mi tel. Cześć .
- A teraz sprawimy, że naprawdę się rozgrzejesz, mała. I to dużo lepiej niż nalewką – uśmiechnąłem się do niej i sprawnymi ruchami zsunąłem jej spodnie.
Nie będę tutaj przytaczał opisu tego, co wydarzyło się później – mimo, że czuję się bardzo młodo to mam już prawie osiemdziesiątkę na karku i do pewnych spraw podchodzę dość konserwatywnie – należy do nich opowiadanie o moim życiu erotycznym. Mogę jedynie napisać, że kręci mnie stosunek ze związaną partnerką – lubię dominację, nawet kiedy moja partnerka na pierwszy rzut oka jej nie akceptuje. W każdym razie było to dla mnie (a, sądząc po tym, jak krzyczała, pewnie również dla dziewczyny) przeżycie naprawdę przyjemne. Po jakiejś półgodzinie przyszedł jednak w końcu niezbyt miły moment zastanowienia się nad tym, co dalej.
- I co ja z tobą zrobię? – powiedziałem do niej z troską w głosie, kiedy jednak w odpowiedzi usłyszałem jedynie stłumiony prowizorycznym kneblem płacz, postanowiłem nie pytać jej już o zdanie (zresztą zawsze sądziłem, że kobiety reagują zbyt emocjonalnie, żeby podejmować poważne decyzje).
Prawda była jednak taka, że wyjście było, niestety, tylko jedno. Oczywiście mógłbym zagrozić jej, żeby nikomu nie pisnęła o tym, co się stało, ani słowa, bo wtedy zabiłbym ją bez litości, ale prawda jest taka, że wcześniej czy później (a raczej wcześniej) skończyłbym za kratkami. Mógłbym też, co wydawało się już trochę lepszym rozwiązaniem, uwięzić ją w piwnicy i od czasu do czasu wykorzystywać, ale nie chciałem być takim draniem. Oczywiście z tych samych przyczyn nie wchodziło w grę również pozbawienie jej wszystkich zmysłów. Dlatego nie pozostało mi nic innego jak tylko ją zabić.
- Przykro mi, mała – powiedziałem, biorąc do ręki największy tasak, jaki miałem w domu – Gdybyśmy wzięli się za nasze linie kolejowe, zamiast pakować kasę w ratowanie Grecji albo pomoc Afrykańczykom, pewnie byłabyś już w domu. A tak musisz umrzeć. Altruizm rodzi egoizm. Zapamiętaj sobie. Tak na przy… Sorry, osobiście nic do ciebie nie mam, po prostu tak wyszło – spojrzałem ze współczuciem w jej piękne załzawione oczy – Nie martw się, nie będę cię torturował.
Postarałem się, żeby nie cierpiała zbyt długo. Nigdy nie lubiłem niepotrzebnego okrucieństwa. Jedno cięcie nożem i z jej poderżniętego gardła wylało się morze krwi. Wprawdzie przez chwilkę jeszcze gulgotała, ale zaraz znieruchomiała, a jej piękne oczy zapatrzyły się w jeden punkt, ociekając ostatnimi łzami. Dla pewności wbiłem jej jeszcze zakrwawione ostrze pod pachę, a potem zostawiłem ją tak, jak leżało. Wprawdzie krew wypływająca z jej stygnącego ciała niebezpiecznie zbliżała się do dywanu, jaki wyściełał korytarz, jednak postanowiłem się na razie tym nie martwić.
- I widzisz, zostawiłaś mnie teraz z problemem sama – powiedziałem do trupa i nalałem sobie własnoręcznie zrobionego trunku – Z wami zawsze to samo – jak chcecie seksu to jesteście nie wiadomo jak do nas przywiązane, a potem, jak pojawia się problem, to gdzieś się ulatniacie. Och, z wami zawsze to samo – pokiwałem głową i wychyliłem pół szklanki nalewki.
Co ja teraz zrobię z ciałem? – myślałem, jednocześnie czując, że zaczynam się czuć coraz bardziej podle. Chociaż nie chciałem patrzeć na nieruchome ciało, mimowolnie skierowałem w tamtą stronę wzrok. Na wpół naga dziewczyna leżała na szkarłatnej od krwi ziemi jak zupełnie bezradne zwierzątko. I chociaż, jak się przekonałem, od jakiegoś czasu nie była już dziewicą, wydała mi się nagle najniewinniejszą osobą na świecie. Jej lewa pierś, teraz już nie wywołująca we mnie żadnego podniecenia, wysunęła się spod bluzki i lekko opadła w bok, jakby celując do swojego ciemiężyciela oskarżycielsko. Drobne palce zacisnęły się kurczowo na sznurze, kontrastując z jego brudnymi, matowymi włóknami. Boże, ona ma dłonie jak dziecko – pomyślałem i poczułem, jak nagle opada ze mnie cały cynizm, sarkazm i bezwzględność. Zdjęty nagłą trwogą, czując, jak drżą mi ręce, pochyliłem się ciężko nad dziewczyną i zakryłem jej pierś bluzką, a potem podciągnąłem spodnie. Niemiłosiernie umoczyłem się przy tym w jej krwi, jednak nie miało to dla mnie wtedy najmniejszego znaczenia.
- Co ja zrobiłem? Co… - pytałem sam siebie, nie potrafiąc nawet określić rozmiaru zbrodni, jakiej się dopuściłem.
Wcześniej nie raz zdarzyło mi się robić naprawdę okropne rzeczy, raz czy dwa przyczyniłem się w jakichś sposób do kogoś śmierci, jednak nigdy nie dotyczyło to kogoś, kto w niczym mi nie zawinił. Moje postępki zawsze dotyczyły ludzi, którzy wchodzili mi w drogę. Taka zresztą była moja filozofia – nie tykaj nikogo, dopóki ci nie przeszkadza, a jeśli przeszkadza, zniszcz go i niczym się nie przejmuj. Ona jednak chciała ode mnie jedynie trochę życzliwości. Młoda, naiwna, niewinna dziewczyna, która myślała, że może zbawić cały świat, a wszelki przejawy dobra, jakie widzi na szklanym ekranie, są zupełnie szczere. A wszystko dlatego, że poczułem chuć; pozostałość zwierzęcego instynktu, którego nie da się niczym zagłuszyć, lecz który zaspokojony zupełnie milknie.
Pogrążając się w pogardzie dla samego siebie, próbowałem nieporadnie przechylić jej głowę tak, żeby z wnętrza szyi nie wylewała się już krew, jednak jedyne co uzyskałem, to niemal zupełne zabarwienie mojej koszuli na kolor ciemnego szkarłatu.
- To jest… potworne – wyszeptałem do siebie i wtedy przypomniałem sobie o potworze.
Niespodziewanie, zamiast ulgi, jak to się działo do tej pory, ogarnęła mnie niepohamowana wściekłość. To przez ciebie! – zwróciłem się w myślach do demona udającego robaka – Gdyby nie ty, nie byłbym tak pewny, że wszystko ujdzie mi na sucho, gdyby nie ty, nigdy bym jej nie zabił! Gdyby nie ty… Czując, jak nogi się pode mną uginają, wstałem z zakrwawionej ziemi i skierowałem wzrok w stronę pokoju, w którym trzymałem staroświeckie zdobione pudełko.
- Powinienem zabić ciebie, a nie ją! – wykrzyknąłem i w tym samym momencie poczułem znajomy odór.
A więc czujesz, draniu – pomyślałem, czując jednocześnie złość, ale też straszliwe wyrzuty sumienia, jakie ciążyły mi bardziej niż najcięższy głaz. Nieruchome, nieme ciało było w moim umyśle najgłośniejszym krzykiem, jaki kiedykolwiek słyszałem, rozchodząc się niczym tsunami i docierając do wszystkich zakamarków mojej świadomości. Wiedziałem, że gdyby nie potwór, dziewczynie nic by się nie stało. Wiedziałem też jednak, że to nie potwór poderżnął jej gardło, tylko ja. Ja. Józef Hajliś. I to było najgorsze. Teraz już nie mogłem znaleźć żadnego racjonalnego usprawiedliwienia dla swojego czynu. Bo w tym, co zrobiłem nie było żadnej logiki, jedynie czyste okrucieństwo, bezwzględność i, musiałem to w końcu przyznać przed samym sobą, po prostu zło. Zdawałem sobie sprawę, że wyrzuty sumienia będą mnie dręczyły już do końca życia, że już nigdy nie zaznam ani chwili spokoju. Wiedziałem, że tak naprawdę moja egzystencja już się zakończyła. Moje świadome życie umarło wraz z zarżniętą dziewczyną. Po takim moralnym nokaucie nie mogłem się już podnieść. Chyba… Chyba, że…
Poczułem, że odór stał się nagle niezwykle intensywny, do tego stopnia, że ciężko to było znieść. Jednocześnie usłyszałem dobiegający z pokoju stukot. Stukot, jaki mogło wydawać tylko stare, zdobione pudełko…
Siła, z jaką mnie przyciągał, była wręcz nieprawdopodobna – mimo, że czułem do niego (i do siebie samego) niesamowitą odrazę, nie potrafiłem się jej oprzeć. W gruncie rzeczy byłem przecież egoistą i chociaż leżące bezwładnie ciało wzbudzało we mnie wielki żal to było już tylko leżącym bezwładnie ciałem, trupem, którego nie można już było przywrócić do życia. A ja wciąż żyłem. Mało tego, mogłem nawet w dość łatwy sposób pozbyć się wyrzutów sumienia i zacząć normalnie funkcjonować, chociażby po to, żeby w jakiś sposób naprawić zło, które wyrządziłem. A poza tym… Poza tym był jeszcze głód, przerażający głód potwora, jaki mogłem wyczuć wręcz namacalnie, głód, którym przesączone było zgęstniałe od obrzydliwego zapachu powietrze, głód, który emanował ze starego zdobionego pudełka, przyzywając mnie, abym mógł go zaspokoić. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby jego pragnienie było aż tak wielkie. Potwór był głodny. Był bardzo, bardzo głodny i nie istniała żadna siła, która mogłaby przeszkodzić mu w zaspokojeniu swoich potrzeb. Mogłem się opierać, zapomnieć o swoim niezbyt szczęśliwym położeniu i starać się poświęcić przez wzgląd na swoje winy, ale tak naprawdę nie byłem w stanie zrobić nic poza podążaniem za jego wezwaniem.
Starając się nie patrzyć na nieruchome ciało, postąpiłem krok w stronę pokoju. Potem drugi i trzeci. Moje umaczane we krwi stopy splamiły pokojową wykładzinę. Ja jednak nawet tego nie zarejestrowałem – koncentrowałem się tylko na tym, żeby nie zwymiotować. Smród, który dochodził do moich nozdrzy był bowiem tak intensywny, jak jeszcze nigdy wcześniej. Za każdym razem, kiedy musiałem wciągnąć do płuc zanieczyszczone powietrze, cała zawartość żołądka podchodziła mi do gardła. Wiedziałem jednak, że muszę wytrzymać. Muszę wytrzymać do czasu, kiedy potwór wypełznie z pudełka i sprawi, że stracę przytomność. A wtedy będę wolny, wolny i spokojny, a potwór da mi spokój.
Gdy wziąłem w dłonie trzęsące się pudełko, wcale nie myślałem już wcale o martwej dziewczynie. A jednak, kiedy zwilgotniałymi od potu dłońmi miałem już otworzyć zdobione wieko, na moment zawahałem się. Spojrzałem za siebie i, widząc powoli wpływającą do pokoju kałużę krwi, pomyślałem co by się stało, gdybym zniszczył pudełko. Gdybym je roztrzaskał, zmiażdżył, podpalił i na koniec rozrzucił prochy na cztery wiatry. Przez jeden, krótki moment, zaciskając mocniej palce na tak dobrze znanej mi powierzchni, chciałem to zrobić. Tylko, że wtedy, zanim odważyłem się na podjęcie jakiejkolwiek decyzji, pudełko zatrzęsło się w moich rękach tak bardzo, że mimowolnie upuściłem je na ziemię. Po chwili leżało już u moich stóp. Z uchylonym wiekiem.
Tym razem potwór nie wypełznął z pudełka – on nieomal z niego wystrzelił, od razu prezentując mi się w całej okazałości. Czując, jak obłe cielsko dotyka moich nóg, cofnąłem się o kilka kroków, aż pod drzwi, tak, że znowu stałem w kałuży krwi zabitej dziewczyny.
Potwór tymczasem wykonał serię dziwnych ruchów, odniosłem wrażenie, że próbuje otrząsnąć się z długotrwałego odrętwienia. Kiedy jego obrzydliwym, oślizgłym ciałem wstrząsnął dreszcz, na moich dłoniach wylądowały wielkie krople klejącej, żółtawej substancji. Nie mogąc ukryć odrazy, wytarłem je w spodnie, jednocześnie bojąc się, żeby potwór nie wziął tego za obrazę. On jednak zupełnie nie zwrócił na to uwagi – jego ponadmetrowej długości cielsko zaczęło się za to powoli przesuwać do przodu, rozbryzgując na podłodze śmierdzącą substancję.
Ku mojemu zdumieniu, tym razem nie zostałem sparaliżowany. Owszem, każdy mój ruch był ociężały i powolny, a ręce trzęsły mi się jak w febrze, ale mimo to czułem władzę w każdym fragmencie mojego ciała. Nie byłem pewien co to oznacza, obawiałem się jednak, że mogę odruchowo próbować zrzucić z siebie potwora, kiedy ten będzie się po mnie wspinał. A to mogło się skończyć dla mnie źle.
Kiedy zbliżył się do mnie na tyle, że mógłbym dotknąć go wyciągniętą przed siebie ręką, smród stał się tak obrzydliwie nieznośny, że przestałem oddychać. Miałem tylko nadzieję, że zanim skończy mi się powietrze, będzie już po wszystkim.
Czując, że oblepiająca mi nogi krew dziewczyny zaczyna krzepnąć, wzdrygnąłem się, jednocześnie opanowując chęć ucieczki. Potwór tymczasem już niemal dotykał moich stóp. Wiedziałem, że każdy mój ruch może wywołać agresję demona. Mimo to, kiedy jego obłe, ociekające nibyśluzem cielsko zwarło się z moją zakrwawioną skórą, nie potrafiłem się opanować. W zasadzie odruchowo strzepnąłem z siebie obrzydliwego robaka. Ku mojemu zdziwieniu jego ciało okazało się zaskakująco miękkie, niezbyt silnym ruchem nogi udało mi się je uszkodzić na tyle, że biaława skóra pękła, wylewając z siebie brązowawy płyn o konsystencji benzyny. Później, kiedy nad tym myślałem, zdałem sobie sprawę, że potwora można jednak zranić w zupełnie fizyczny sposób. Zranić i zapewne nawet zabić, a przynajmniej wygonić jego przeklętą duszę z tak wrażliwego ciała. Wtedy jednak nawet nie przyszło mi to go głowy – to, co zobaczyłem, sprawiło, że ogarnęło mnie przerażenie tak wielkie, jak jeszcze nigdy w życiu. Kiedy potwór wyprostował się nagle, dotkliwie zraniony, zobaczyłem bowiem jego prawdziwą postać, zobaczyłem to, czym był naprawdę. Trwało to tylko chwilę, może ułamek sekundy, a jednak wystarczyło, żebym już nigdy nie potrafił zapomnieć tego widoku. Gdybym spoglądał na niego choć chwilę dłużej, pewnie postradałbym zmysły i już na zawsze pogrążył się w mroku obłędu. Na swoje szczęście jednak, zdołałem odwrócić wzrok, a kiedy moje oczy znów spoczęły na potworze, ten wrócił już do swojej obłej postaci. Uratowało mnie chyba tylko to, że nie zostałem, tak jak wcześniej, sparaliżowany. Dzięki temu mogłem jakoś zareagować. I dziękuję Bogu, że zrobiłem to, zanim do reszty zatopiłem się w odmętach świadomości potwora.
A jego świadomość była tak naprawdę świadomością złowieszczego ducha, narodzonego z win swoich żywicieli, karmionego krzywdami, jakich doznawały całe tysiące niewinnych ludzi. Ponadto nie był niczym więcej – nie trzymało go przy życiu nic więcej, całe jego istnienie, cała egzystencja była jedynie, a może aż, nieprawdopodobną kondensacją zła w czystej postaci. Kiedy widziało się go takim, jakim był naprawdę, wyczuwało się setki tysięcy myśli – myśli z gruntu złych, egoistycznych i okrutnych. Myśli, które, połączone w jeden byt, stały się nieprawdopodobnie inteligentnym i przebiegłym duchem, mogącym zrobić wszystko dla zaspokojenia ciągłego głodu nowych win. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że jest możliwe istnienie czegoś złożonego jedynie ze strzępków pojedynczych wrażeń i odczuć, a tym bardziej nie przypuszczałem, że to coś może egzystować z pełną świadomością siebie. Jednak myliłem się, a przesuwające mi się przed oczami obrazy, jakimi karmił mnie nieświadomie na chwilę wytrącony z równowagi potwór, były tego najlepszym dowodem. Najgorszy jednak był widok nieprawdopodobnie okaleczonych ciał, wysuszonych ciał zamorzonych głodem dzieci, okrutnie zhańbionych młodych dziewczyn i poniżonych starców. Towarzyszyły im jakieś dziwne, fantasmagoryczne obrazy, jakich nie rozumiałem i nie chcę zrozumieć. A wszystko oplecione pełnymi niewysłowionej grozy myślami oprawców, nie zdających sobie często sprawy z ogromu zła, jakie wyrządzili. Gdy wszystko to dotarło do mojego przerażonego umysłu, w jednej chwili poczułem, że spadają na mnie wszystkie wyrzuty sumienia gromadzone przez potwora przez tak długi czas. To, co często było nie do zniesienia dla jednego człowieka, nagle w niewyobrażalnej liczbie runęło na moją niczego niespodziewającą się świadomość, pozbawiając mnie nie tylko zdolności myślenia, ale też poczucia własnego istnienia. Jedyne, czego doświadczałem, to poczucie niewyobrażalnej, niczym nieusprawiedliwionej winy, przy której uczucia, jakie ogarnęły mój umysł po zabiciu dziewczyny, wydawały się nieomal przyjemne. Przez ten jeden moment czułem w sobie winy tysięcy ludzi. Przez jeden moment poczułem żal tak wielki, że można by nim obdzielić całe miasta, a i tak ciężko byłoby komukolwiek się od niego uwolnić. Przez jeden moment ogarnęło mnie tak wielkie poczucie beznadziei, że całe dotychczasowe życie, nie tylko moje, ale i wszystkich tych ludzi, jakimi pożywił się potwór, wszystkie radości, szczęścia i wzloty wydały mi śmiesznie małe i nic nie warte. W ogóle sama egzystencja ze świadomością tych win, wiedzą o wszystkich krzywdach, jakich nie da się w żaden sposób naprawić i poczuciem tak przytłaczającego, nieskończonego żalu nie miała już najmniejszego sensu. Jedynym, co mogło przynieść ukojenie, było zupełne nieistnienie. I właśnie to było moim jedynym pragnieniem. A potem się odwróciłem.
Uwolniony od ciężaru win, jakie tak naprawdę BYŁY potworem, spróbowałem na chwilę zapomnieć o tym co się stało. Szybko więc postąpiłem krok naprzód, uważając, żeby nie nadepnąć na potwora i wskoczyłem do kuchni. Oczywiście cały czas koncentrowałem się na tym, żeby nie spojrzeć za siebie. Na nic się to jednak zdało, bo gdy tylko znalazłem się w pomieszczeniu, nieszczęśliwie potknąłem się o wciąż leżące na ziemi zwłoki (może się to wydawać nieprawdopodobne, ale przez natłok tych wszystkich obrazów, zupełnie o nich zapomniałem) i upadłem tak nieszczęśliwie, że chcąc, nie chcąc, musiałem spojrzeć wprost na potwora, wślizgującego się do kuchni z niespotykaną u niego prędkością. Chociaż tym razem nie zobaczyłem już jego prawdziwej postaci, to jednak przeraziła mnie przerażająca determinacja, z jaką ku mnie zmierzał. Tym razem nie zdążyłem nawet ruszyć ręką, kiedy potwór wpełzł na mnie, oblepiając całe moje ubranie śmierdzącą substancją. Próbowałem go z siebie z siebie strząsnąć, ale okazał się na tyle szybki, że zanim zrobiłem to w sposób na tyle skoordynowany, żeby mogło mi się to udać, obłe cielsko już dotykało mojej głowy.
A więc teraz stracę przytomność – pomyślałem i w tym samym momencie poczułem niewyobrażalny ból. Tym razem jednak wcale nie skończył się on zapadnięciem w głęboką ciemność. Tym razem narastał z każdą chwilą, tak, że czułem, jak ucho, a potem cała głowa w zasadzie rozrywa się od środka. Coś wwiercało mi się z mózg, zupełnie nie zważając na to, że zanim znajdzie to, czego chce, może po drodze zniszczyć wszystko inne. Czasami mówi się, że ktoś przeszedł pranie mózgu – oczywiście traktuje się to jako przenośnię. Ja właśnie wtedy poczułem, że mój mózg przechodzi pranie. Tyle, że zupełnie dosłownie.
Tymczasem potwór przechodził metamorfozę; jego oślizgłe ciało nabrzmiało, a biaława skóra wydzielała jeszcze więcej nibyśluzu. Cała jego postać rosła w oczach, tak, że po krótkiej chwili był już dwa razy grubszy niż na początku. Wyglądało to trochę tak jakby wielki, prawie pusty balon przyssał się do beczki pełnej wody i zaczął ją pić wielkimi, niecierpliwymi haustami. Nie jestem pewien, czy dobrze oceniłem jego rozmiary, ale wydawało mi się, że po kilkudziesięciu sekundach miał już ponad dwa metry długości. I z każdym haustem czegoś, co wydobywał z mojego umysłu, stawał się jeszcze większy i cięższy. A ja za każdym razem, gdy nabrzmiewał, miałem wrażenie, że ktoś przystawił mi do głowy wiertarkę i próbuje przebić się przeze mnie na wylot.
A gdy myślałem już, że zaraz umrę, poczułem, że obłe cielsko potwora wysuwa się z mojego ucha. I chociaż towarzyszył temu ból chyba jeszcze większy niż poprzednio, poczułem niewysłowioną ulgę. Na tyle wielką, że kiedy wreszcie wypełzł do reszty z mojej głowy, a ja byłem w stanie normalnie poruszać rękami i nogami, nie zrobiłem nic, żeby go z siebie strącić. Za bardzo bałem się, że może wrócić i powtórzyć swój przerażający zabieg od nowa. Drgnąłem dopiero wtedy, kiedy pełzł już po ciele martwej dziewczyny. Gdy przyglądałem się w milczeniu jego niespiesznej już wędrówce, zauważyłem, że jej powieka zadrżała. Z początku myślałem, że to przez wyciekający z potwora śluz, jednak kiedy poruszyły się również jej usta, nie mogłem już mieć wątpliwości, że dziewczyna jednak żyje. Nie chcąc zwrócić uwagi potwora, jedynie przyglądałem się z ciekawością nagle ożywionemu trupowi. Po kilku chwilach jego martwa, zdawałoby się gałka oczna, poruszyła się nieznacznie i obróciła w moją stronę. Mimo, że potwór pełzł teraz po jej klatce piersiowej, dziewczyna zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Jedynie wpatrywała się we mnie gasnącym wzrokiem. Po dłuższej chwili, kiedy obłe cielsko dotykało już tylko jej zanurzonych we własnej krwi włosów, poruszyło się również jej poderżnięte gardło. Sądząc, że dziewczyna chce coś powiedzieć, pochyliłem się nieznacznie w jej stronę. Ona podążyła za mną wzrokiem i zabulgotała raz jeszcze.
- Co mówisz? – szepnąłem.
Umierająca jednak zamknęła oczy. Już myślałem, że skonała na dobre, kiedy znów uchyliła powiekę. Z otworu z jej szyi wydobyło się coś, co brzmiało jak „otur”. Jednocześnie wylała się z niego kolejna porcja krwi. Oko dziewczyny jeszcze przez chwilę wpatrywało się we mnie z dziwnym spokojem, a potem znieruchomiało na dobre. Tym razem moja nieszczęsna ofiara naprawdę umarła.
Kiedy znowu spojrzałem na potwora, był już na końcu korytarza. Nie zamierzał więc wracać do pudełka. Chciałem wstać i zrobić coś, co skłoniłoby go do zawrócenia, lecz kompletnie nie wiedziałem co. Poza tym czułem w ustach dziwną kleistą substancję. Gdy tylko zdałem sobie z tego sprawę, splunąłem i moją oczom ukazał się nibyśluz potwora. Wymieszany z krwią dziewczyny. Tego było już dla mnie za dużo. Zanim jeszcze potwór zniknął mi z oczu, straciłem przytomność.
Obudziłem się dopiero następnego dnia rano. Przez pierwszych kilka sekund myślałem, że wydarzenia minionej nocy były tylko fatalnym koszmarem. Gdy jednak ujrzałem unurzane we krwi ciało dziewczyny, nie mogłem mieć już żadnych wątpliwości, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Byłem śmiertelnie przerażony, ręce trzęsły mi się tak, że nie mógłbym utrzymać w nich do połowy pełnej szklanki, a umysł znajdował się w kompletnej rozsypce. Poza tym cały czas wydawało mi się, że zza szafy czy krzesła wyłoni się żądny krwi potwór, w swojej prawdziwej postaci. Wiedziałem jednak, że poddając się strachowi, w żaden sposób sobie nie pomogę, a mogę tylko pogorszyć swoje położenie. Poza tym potwór, gdyby tylko chciał, zabiłby mnie już dawno temu. Jeśli nie zrobił tego do tej pory, mogłem żywić poważną nadzieję na to, że nie zrobi tego teraz. Chcąc nie chcąc, musiałem więc zaakceptować rzeczywistość i zacząć działać. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było zrzucenie z siebie obrzydliwie śmierdzącego ubrania i odsunięcie się od trupa. Potem sprawdziłem, czy potwór nie wrócił jednak do pudełka. Przekroczywszy próg pokoju, poczułem niewyobrażalny smród (jaki utrzymywał się zresztą w domu jeszcze przez kilka tygodni) i zobaczyłem odłamane wieko niegdysiejszego schronienia potwora. Wewnątrz zdobionego przedmiotu nie było zaś nic. Kompletnie nic. Potwór uciekł. I to najwyraźniej na dobre.
Mimo, że tym razem nie byłem przepełniony tym dziwnym, niemal irracjonalnym spokojem co po poprzednich spotkaniach z potworem, to jednak było coś, co sprawiło mi tego ranka prawdziwą radość; kiedy spojrzałem na bezwładne ciało zabitej dziewczyny nie poczułem nic poza zakłopotaniem – jeszcze nie wiedziałem, co mogę zrobić ze zwłokami. Po chwili jednak wpadłem na dość sprytne rozwiązanie problemu – można było przecież podrzucić trupa na trasie pociągu, jakim jechała, co też niebawem zrobiłem. Przez cały ten czas nie miałem chociażby krztyny wyrzutów sumienia z powodu tego, co zrobiłem – stało się i trudno, w gruncie rzeczy sama prosiła się o nieszczęście, pukając do drzwi nieznajomego. Cóż, aż chciałoby się powiedzieć, będzie miała nauczkę na przyszłość.
Od tamtego czasu nie miałem już wyrzutów sumienia także z innych powodów. Jedyne, co mnie martwiło to dojmujący niepokój, jaki nie dawał mi spokoju za dnia i w nocy. Niepokój o to, czy którejś nocy potwór jednak nie wróci. Czasami śnią mi się dziwne, zupełnie nielogiczne sny, w których zapadam się w jakąś gmatwaninę ludzi, wydarzeń i myśli oraz czegoś zupełnie nieuchwytnego, za to samą swoją obecnością sprawiającego, że po kilku chwilach takich onirycznych wizji budzę się z krzykiem, cały zlany potem i kompletnie przerażony. Zdarza się też, że widzę różne postacie i cienie. Staram się jednak zupełnie tym nie przejmować. Staram się żyć w miarę normalnie. Tym bardziej dlatego, że wiem już o tym, że potwór, mimo całej swojej eterycznej istoty, jest również fizyczny. Na tyle, że można go zranić. I to całkiem łatwo.

Kiedy się tu pojawi, zabiję go. Pewnie nie będzie to łatwe, ale teraz myślę, że mimo wszystko możliwe. Tym bardziej w momencie, kiedy nie jest mi już potrzebny. Może i czasami będę miał jakieś wyrzuty sumienia, ale nie sądzę, żeby zdarzało się to zbyt często. Jeśli w ogóle. Na pewno zaś nie będę ich miał, kiedy rozerwę wreszcie jego obrzydliwe obłe cielsko. Nie poczuję wtedy nic poza ulgą. Bo czy można mieć wyrzuty sumienia, kiedy zabija się potwora?

Komentarze
Kratos dnia październik 25 2014 15:14:37
Bardzo dobre opowiadanie o poczuciu winy. Z gatunku tych "ambitnych". Mi zabrakło elementów gore, ale nie jest to wada. Zaliczanie "Potwora" do grona horrorów trochę spłaszcza opowiadanie. Może autor powinienem się zastanowić nad przeniesiem do innego działu. Jak dla mnie świetne opowiadanie psychologiczne z elementami horroru.
Andrzej dnia listopad 07 2014 02:04:48
Mocne! I oddziaływujące na wyobraźnię. Najlepsze momenty, gdzie potwór wychodził z pudła i był coraz większy. Oby więcej takich opowiadań smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie