Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Lato o zapachu pomarańczy

Uwielbiałem dotykać jej skóry. Nie tylko w tamtym miejscu. Lubiłem dotykać całą ją, bo wydawała mi się cudownym rajskim owocem o skórce jednocześnie tak delikatnej i jędrnej, że zakrawało to na niemożliwość. Lubiłem pieścić jej włosy, dłonie i smukłą szyją. I lubiłem czuć jej zapach. Zapach świeżo zerwanej pomarańczy.
Poznaliśmy się pewnego pochmurnego czerwcowego wieczora. Byłem na swoich ostatnich w życiu prawdziwych wakacjach, świeżo upieczony magister z dokładnie zaplanowaną przyszłością. Ona rozdawała ulotki na molo. Właśnie skończyła szkołę średnią i postanowiła się usamodzielnić. To była jej pierwsza praca. Starała się jak mogła. Tyle, że ja nawet na nią nie spojrzałem – z zasady nigdy nie brałem żadnych ulotek. Minąłem więc ją jak gdyby nigdy nic, odwróciwszy głowę. Ona jednak, nie dając za wygraną, podbiegła do mnie, niemal wciskając mi w dłoń kawałek kolorowego papieru i mówiąc coś o jakich promocjach. Nie słuchałem jej. Coś jednak sprawiło, że podniosłem głowę i spojrzałem w jej oczy. A ona w moje. Choć zawsze śmiałem się z takich historii, czułem, że oboje poczuliśmy to samo w tej samej chwili. Nie wiem już nawet jak do tego doszło, ale niedługo potem kochaliśmy się namiętnie na plaży. W ogóle nie przeszkadzało nam, że było chłodno i pochmurno, że ostrzejsze ziarenka piasku wbijały nam się boleśnie w ciała i że morska bryza smagała nas po plecach. Liczyło się tylko, że jestem w niej. Szum morza zagłuszał jej przepełniony rozkoszą krzyk.
Nie rozmawialiśmy zbyt dużo. Chyba baliśmy się, że kiedy poznamy się lepiej, cały czar pryśnie. W tych nie trwających długo chwilach, kiedy nie dzieliliśmy się swoimi ciałami, wpatrywaliśmy się w pojawiające się i znikające w morskich odmętach fale. W sumie nawet nie wpatrywaliśmy się w nie. Byliśmy nimi.
Dni i tygodnie mijały tak niepostrzeżenie, jak gdybyśmy zapadali w długie, kilkudziesięciogodzinne sny, a potem budzili się zdezorientowani. Zresztą w sumie po części naprawdę tak było – czasem łapaliśmy się na tym, że nie jedliśmy przez cały dzień, w ogóle nie czując głodu. Innym razem ona zapominała przyjść do pracy, a ja nawet tego nie zauważałem. Świat był dla nas jedynie przydługim i nieciekawym filmem, którego akcja toczyła się gdzieś tam w tle, nierealnym widziadłem, jakie pojawiało się, gdy przymknęliśmy oczy. Rzeczywiści byliśmy tylko my. My i to, co między nami było.
Najbardziej lubiła, kiedy poruszałem się w rytm morskich fal. Rytmicznie i powoli, ale jednocześnie zdecydowanie i silnie. Jej paznokcie rozdzierały mi wtedy skórę na plecach, a ja przyciskałem jej ramiona do łóżka lub ziemi. Rozkosz trwała jeszcze długo po tym, kiedy wylałem w nią swoje pożądanie. A potem robiliśmy to jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze, aż zmęczeni miłością zasypialiśmy, przytuleni do siebie jak dzieci. W powietrzu unosił się zapach pomarańczy.
Najcieplejsze dni lata spędzaliśmy na jednej z dzikich plaż, niedaleko molo, na którym się poznaliśmy. Można było się tam dostać tylko przez przerwane ogrodzenie jakiejś fabryki. Teren był niewielki, pełen kamieni i na wpół przegniłych wodorostów. Nam to jednak wystarczało.
Lipiec i sierpień odeszły do przeszłości szybciej niż mogliśmy się spodziewać. Wrzesień przyniósł chłodne noce i nie pozwalające o sobie zapomnieć choć na chwilę uczucie bliskiego końca. Choć wciąż szeptaliśmy sobie do ucha w chwilach uniesień słodkie słowa o wieczności i zatrzymaniu czasu, tak naprawdę doskonale wiedzieliśmy, że to, co działo się między nami, mogło się zdarzyć jedynie tu i teraz. Jedyny taki moment w całej nieskończoności wszechświata. Jak to pięknie brzmi. Prawie tak bardzo jak trwanie na zawsze w sobie, bez względu na wszystko. Prawie.
Ostatnie dni były przepełniony miłością jakby uważniejszą, ostrożniejszą, ale przez to wcale nie mniej namiętną. Baliśmy się uronić choć chwili z czary rozkoszy, jaka jeszcze nam została. Niemal trwożliwie uświęcaliśmy każdy moment miłosnej egzaltacji, wydłużając w nieskończoność pierwsze niewinne pieszczoty i przeciągając, jak tylko się dało, najpełniejsze połączenie naszych ciał, jakie potrafiliśmy zsynchronizować już niemal za każdym razem. W jej oczach widziałem żar spływającej po zboczu wulkanu magmy, czułem jej, i swoje, wewnętrzne ciepło, jakim tak skwapliwie dzieliliśmy się w te chłodne wrześniowe noce. Zanurzałem się w karmazynową dolinę jej ciała; czując się jednocześnie jak świętokradca bezczeszczący oddane bogom oliwne gaje i jak nurek, penetrujący niezbadane rafy koralowe. Czerpałem życiodajną energię z samego aktu, z samego spojrzenia w jej oczy barwy ciemnego miodu i zapachu jej gładkiej skóry, zapachu dojrzałych pomarańczy.
Ostatni wieczór spędziliśmy owinięci w koc nad niedbale rozpalonym ogniskiem. Na tej samej plaży, na której wcześniej tyle razy się kochaliśmy i tyle razy wpatrywaliśmy się bez słowa w spienione fale. Nie była to romantyczna noc – nie padał ani deszcz, ani śnieg, nie było zbyt ciepło (choć też nie zimno) i przez większość czasu nie było nawet widać gwiazd. Był to jeden z tych wrześniowych (rzadziej październikowych) wieczorów, kiedy ma się wrażenie, że to już ostatni dzień lata. I to bynajmniej nie kalendarzowego. Chociaż doskonale wie się wtedy, że pewnie nastąpi jeszcze kilka, może nawet kilkanaście ciepłych dni, to nic nie może odpędzić od nas przeświadczenia, że potem już nic nie będzie takie samo. Tak jak wtedy. Nim dogasło ognisko, kochaliśmy się tak namiętnie jak wówczas, gdy robiliśmy to po raz pierwszy. Czułem, że nie jestem już sobą, a jedną z fal rozbijających się o brzeg, podobnie jak i ona. Niby osobni, a jednak połączeni tym samym ciałem. Od stóp do głów przepełniała mnie dzika rozkosz. Na chwilę przed tym, jak wygiąłem się w spazmatycznym pchnięciu, wypuszczając w nią korzenie pożądania, poczułem zapach pomarańczy. Zaraz potem usłyszałem jej dziki krzyk, podkreślony przez niekontrolowane ruchy paznokci wbijających się w moje plecy. Po wszystkim przez chwilę patrzyliśmy w gwiazdy, których nie było i w końcu, w cieple żarzących się już tylko szczap drewna zamknęliśmy oczy, przylegając do siebie tak ściśle, jak tylko było to możliwe. W oddali słychać było zagłuszane przez fale radio. Zanim zasnęliśmy, rozpoznałem słowa jednej z piosenek Budki Suflera.
Obudziłem się pierwszy. Ona jeszcze spała, odwrócona do mnie plecami. Z ogniska zostały tylko zwęglone resztki drewna, a ja trząsłem się z zimna. Choć słońce wisiało już wysoko na niebie, widoczna w oddali plaża była niemal całkiem opustoszała. Lato naprawdę się skończyło.
Ktoś mógłby powiedzieć, że łączył nas tylko seks. W końcu tak to wszystko wyglądało. Z tym, że więzi, jaka się między nami wytworzyła nie można by zamknąć tylko w samym pożądaniu. To było coś więcej. Być może coś słabszego niż miłość, a być może coś jeszcze silniejszego. Nie wiem jak to nazwać. Wiem tylko, że miało barwę jej oczu i zapach jej skóry.
Byliśmy ze sobą wystarczająco długo, żeby zapamiętać ten czas do końca życia i jednocześnie wystarczająco krótko, by nie znudzić się sobą i nie popaść w szarość codzienności. Tak naprawdę nic o niej nie wiedziałem, podobnie zresztą jak ona o mnie. Nie znaliśmy nawet naszych nazwisk. To jednak nie miało żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że w tym jednym momencie, w tym jednym czasie pragnęliśmy tego samego i czuliśmy dokładnie to samo. Przynajmniej przez ten niedługi czas, jaki został nam dany. Potem jednak, gdy bliskość rzeczywistego świata zaczęła przyćmiewać to, co się wydarzyło, nieuchronność końca była niemal namacalna. Mimo, że rozstanie przysporzyło nam dużo bólu, wiedzieliśmy, że coś takiego nie ma szans trwać dłużej.
Chociaż mogłem zostać na jeszcze tydzień, wyjechałem w dniu, kiedy zdałem sobie sprawę, że lato się skończyło. Pożegnaliśmy się szybko, udając przed samymi sobą, że to tylko chwilowa rozłąka. Oboje sililiśmy się na śmiech, czując, jak słowa więzną nam w gardle.
- Przyjedziemy tu na wakacje za rok. W to samo miejsce.
- Ale tym razem już nie będę roznosiła tych cholernych ulotek!
- Nie było tak źle. W końcu tak mnie poznałaś – doszedłszy do wniosku, że mój uśmiech musi wyglądać żałośnie, jedynie skrzywiłem się niewesoło.
W odpowiedzi tylko kiwnęła głową, spuszczając wzrok.
- Ciekawe tylko, czy do tego czasu nie ogrodzą solidniej naszej plaży.
Podniosła na mnie szklące się łzami oczy.
- Są w życiu chwile, które nie powtarzają się już nigdy.
- Wiem – odpowiedziałem tylko i uścisnąłem jej dłoń.
Chwilę później siedziałem już w pociągu. Przez zabrudzone okno wagonu drugiej klasy widziałem ją ostatni raz.
Nigdy już tam nie wróciłem. Ona najprawdopodobniej też niebawem zakończyła pracę i wyjechała do większego miasta, tak jak sobie zresztą już dużo wcześniej zaplanowała. Piszę najprawdopodobniej, bo po kilkunastu wymienianych coraz rzadziej SMS-ach kontakt nam się urwał. Nawet nie dlatego, że tego chcieliśmy, po prostu nie mieliśmy o czym pisać. To, co wydarzyło się między nami, mogło się wydarzyć tylko wtedy, kiedy byliśmy obok siebie zupełnie realnie. Twarzą w twarz. Słysząc swoje urywane oddechy, widząc splecione w miłosnym uścisku sylwetki i czując zapachy swoich ciał.
Miała rację – pewne chwile nie powtarzają się już nigdy. Mimo, że byłem potem z wieloma kobietami, wiele zawróciło mi w głowie i wielu zawróciłem w głowie ja, nic nie mogło się równać z magią tego lata. Lata, którego nie zapomnę do końca życia, choćby czas zabrał mi wszystkie inne wspomnienia. Krótkiego lata, z którego pamiętam w zasadzie tylko ją. Lata o zapachu pomarańczy.

Komentarze
Justie dnia październik 22 2014 14:16:08
Czuć zapach pomarańczy smiley Dokładne opisy seksu nie rażą, opowiadanie działa na wyobraźnię!
Kabaczkiwsosiewlasnym dnia październik 26 2014 20:56:55
Nie lubię tak dosłownych opisów. Ale samo wyrażenie - "lato o zapachu pomarańczy" - naprawdę piękne! Zmysłowe i poetyckie zarazem.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie