Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Skoczek (K)

Dzień był wprost przepiękny. Urwisko zieleniło się rosnącymi tu i ówdzie krzewami i małymi drzewkami, a jaśniejące na bezchmurnym niebie słońce dodawało miejscu łagodnego majestatu. Nic dziwnego, że mieszkające w pobliskim mieście przyjaciółki wybrały się w to ciepłe popołudnie na spacer. Zresztą zdarzało się przychodzić im tu nawet w dużo brzydsze dni; teren ten bowiem od niemal pięćdziesięciu lat był dla nich idealnym miejscu na wymianę nic nieznaczących informacji o codziennym życiu, powtarzanych przez sąsiadów plotek i tym podobnych, niemal zawsze wyłącznie błahych sprawach.
Kiedy tak przechadzały się wśród kamienistej scenerii rodem z westernu, ich uwagę przykuł unoszący się wysoko na niebie ptak.
- Popatrz tam! – wskazała w jego kierunku starsza z nich, dystyngowana dama w eleganckim kapelusiku – To chyba jastrząb!
- Jastrząb? – jej przyjaciółka jeszcze nie dostrzegała ptaka; miała już nie najlepszy wzrok i, mimo, że za nic by się do tego nie przyznała, potrzebne jej już były okulary – Ach! – wykrzyknęła po chwili z radością w głosie – dumna przede wszystkim z tego, że jakoś udało się jej dostrzec nieduży czarny punkt – To na pewno ptak. Ale czy jastrząb? – powątpiewała w słuszność zakwalifikowania przez towarzyszkę nieznanego zwierzęcia do akurat tego gatunku – Może myszołów?
- Nie, nie, nie. To na pewno jastrząb – upierała się pierwsza – Spójrz, jak kołuje!
Faktycznie, ptak z wolna zataczał coraz węższe kręgi. Nawet jeżeli ktoś w życiu nie widział jastrzębia (ani też myszołowa), ani też nie miał zielonego pojęcia o jego diecie, już po pierwszym rzucie oka na unoszące się w powietrzu stworzenie, nabrałby absolutnej pewności, że ma do czynienia z drapieżnikiem. Silnym, bezwzględnym i nieomal władczym. Zdawało się, że nie lata on, a płynie w powietrzu, niemal nie poruszając skrzydłami, jak gdyby ich używanie było jedynie godną pogardy manierą jego ofiar, niezdolnych do wzbicia się na tak wysoki pułap kontroli nad własnym ciałem i otaczającym go powietrzem. Gdyby obserwujące go kobiety zdołały dostrzec jego oczy, ze zdziwieniem przekonałyby się, że wcale nie spogląda on na ofiarę. Jego spojrzenie utkwione było gdzieś w niebieskości nieskończonej przestrzeni, tam, gdzie nigdy o własnych siłach nie wzbił się nikt z rodu człowieczego.
Kiedy tak zniżał lot coraz bardziej, bez pośpiechu i z gracją, a jednak przy tym z żelazną konsekwencją i uporem, wyznaczając spiralę nieuchronnie zbliżającego się końca żywota jeszcze niczego nieświadomej ofiary, przez chwilę dostrzegł na skraju wysokiego zbocza przedstawiciela znanego mu, lecz zupełnie obojętnego gatunku. Lecz tylko przez chwilę, potem znów skupił się na samym akcie lotu, zbliżającego się powoli do szczęśliwego finału.
- Jakby go nie nazwać, jastrząb, myszołów czy nawet po prostu ptak, jest pięknym stworzeniem – zawyrokowała młodsza z kobiet.
- Pamiętaj, że małe króliczki również są piękne. I wcale nie mają takich morderczych zapędów, a jednak muszą ginąć w jego szponach.
- Jastrzębie nie jedzą królików.
- Czasami tak.
- Och, chyba nie. Zresztą wolę o tym nie myśleć. Drapieżniki są piękne, do czasu, gdy coś upolują. Wtedy najlepiej odwrócić wzrok i zacząć je znów podziwiać, kiedy już będzie po wszystkim.
- A mi szkoda tych wszystkich upolowanych zwierzaków. Dziwne, że świat został skonstruowany w taki sposób, że te najmilsze ze zwierząt zawsze muszą ginąć.
- Ale chociaż giną, bo ktoś inny przeżyje. Najgorzej jest jednak z ludźmi. Ci cholerni myśliwi polują na jelenie, bażanty, a nawet jastrzębie. Gdybym takiego spotkała, chyba sama przestrzeliłabym mu rękę.
- Och, Renia, widzę, że starość nie zabrała ci werwy – z uśmiechem na ustach odpowiedziała młodsza z kobiet.
- Jaka starość, jaka starość, przecież my wciąż jesteśmy młode! – zachichotała starsza pani.
- Ależ oczywiście – zawtórowała jej przyjaciółka.
Kiedy tak śmiały się w najlepsze, na skraju zbocza pojawił się pewien punkt. Kobiety dostrzegły go kątem oka. Po chwili punkt zbliżył się do krawędzi i spadł. Gdzieś w oddali rozległ się jakiś stłumiony odgłos.
- Co to było?
- Chryste, Anka, to chyba człowiek!
- Człowiek?
- Tak, chyba spadł ze skały.
- O mój Boże, ale tak po prostu? Nawet nic nie było słychać.
- Ja chyba coś słyszałam. Jakby upadła na podłogę kostka masła. Ale to było daleko, więc pewnie dlatego tak cicho.
- Chyba coś ci się pomyliło, zobacz, jak tu cicho.
- Może tak – zaczynała wątpić w swoją teorię kobieta.
- Popatrz! – tym razem większą spostrzegawczością wykazała się jej przyjaciółka – ja… myszołów już coś łapie!
Faktycznie, w odległości jakichś siedemdziesięciu metrów pokaźnych rozmiarów jastrząb ścigał właśnie jakieś nieduże zwierzę. Po chwili porwał je w szpony, po czym wzniósł się do góry, wprost ku jaśniejącemu na czystym niebie słońcu.

* * *

Samochód zostawił niedaleko zjazdu z szosy. Na tylnym siedzeniu umiejscowił wszystko, co powinno być znalezione, kiedy już dokona tego, czego dokonać powinien. Powinien i musi. Lecz przede wszystkich, chce.
Jak gdyby życie nie doświadczyło go już wystarczająco mocno, zaraz po wyjściu z auta, przeskakując nad leśnym strumieniem, poślizgnął się i, lądując na tyłku, ubabrał całe spodnie i połowę garnituru w rzecznym błocie. A tak starannie wyczyścił wszystko przed wyjściem z domu. Trudno – pomyślał – kto inny będzie się teraz musiał tym zająć.
Zanim wszedł na zbocze, solidnie się zmęczył. Od lat nie uprawiał żadnego sportu, a każdy wysiłek był dla niego prawdziwą udręką. Wprawdzie w młodości był całkiem sprawnym kolarzem – amatorem, jednak te czasy dawno już odeszły do przeszłości. Niedługo zresztą wszystkie inne również do niej odejdą – pomyślał niemalże z wesołością i spojrzał w dół. Całkiem wysoko. Ale to dobrze, nie będzie trzeba martwić się ewentualnym niepowodzeniem – skonstatował i jeszcze raz zrobił w myślach przegląd wszystkich rzeczy, jakie skłoniły go do przyjścia tutaj.
Tak, to słuszna decyzja – po raz kolejny zawyrokował, po czym znów podszedł do krawędzi. Na ręce usiadł mu komar.
- A masz, mały chujku. Właśnie mnie wyprzedziłeś – powiedział na głos i skoczył.

* * *

Podobno w momencie, kiedy śmierć jest już nieunikniona, przelatuje człowiekowi przed oczami całe życie. Marcin tego nie doświadczył. Przypomniało mu się za to wiele rzeczy, przyszło do głowy wiele myśli i wniosków, ale przede wszystkim czas rozciągnął się w sposób, o jakim sam Einstein nie marzył.
A więc to już naprawdę koniec? – myśl ta była pierwszą, jaka pojawiła się w momencie lotu w głowie Marcina. Czy naprawdę nie ma już odwrotu? Czy zaraz tak po prostu zginę? Tak w ułamku sekundy, gwałtownie i nieodwołalnie? Jemu samemu wydawało się to śmieszne; aż do tej pory był bowiem podświadomie przekonany, że jeśli już umrze, to powoli i wręcz majestatycznie, mogąc w ostatniej chwili wypowiedzieć jakieś bardzo ważne zdanie, które na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich tych, którzy go żegnali. A powinno być ich dużo. W tym jego pierwsza miłość, największy wróg (nieżyjący już nauczyciel historii) i ktoś, kogo niesłusznie oceniał jako złą osobę (tutaj nie miał na myśli żadnej konkretnej osoby –generalnie rzecz biorąc nie darzył bowiem sympatią w zasadzie nikogo i, o czym był święcie przekonany, nie była to bynajmniej niechęć niesłuszna). No ale przede wszystkim tak naprawdę, w głębi serca, był przekonany, że w rzeczywistości nie umrze nigdy. Śmierć zawsze była przecież daleko, najdalej w telewizji, gdzie urastała do codziennie pochłanianego w niemal hurtowych ilościach pokarmu, niezbędnego do nasycenia odwiecznej żądzy sensacji, trochę bliżej wśród znajomych i sąsiadów, gdzie pojawiała się w najmniej spodziewanym momencie, budząc głośne wyrazy niedowierzania, że to ktoś, kogo jeszcze wczoraj widziałem i ciche westchnienie ulgi, że to nie ja, jeszcze bliżej w rodzinie, gdzie stawała się stale obecna w domach osób przez nią zabranych (w przypadku Marcina była to zmarła cztery lata temu matka), lecz nigdy na tyle blisko, by zagrozić poczuciu własnej nieśmiertelności. A najśmieszniejsze było to, że teraz, kilka chwil przed śmiercią, nadal nie mógł w nią uwierzyć. Bo on nie może umrzeć, bo przecież nie może, nie może tak po prostu… Tak po prostu… Tak po prostu co? Przestać żyć, myśleć, być? To przecież nie boli. A jednak utrata własnej świadomości zawsze wydaje się czymś strasznym i niesprawiedliwym. Nikt nie pytał nas bowiem, czy chcemy ją otrzymać, ze wszystkimi jej konsekwencjami i nikt nie pyta też, czy chcemy ją stracić. No chyba, że zrezygnuje się z niej dobrowolnie. Jak on. Straci się ją. Na zawsze. Bo, że po śmierci nie ma już nic, Marcin był święcie przekonany. Jakakolwiek idea duchowej egzystencji wydawała mu się bowiem absolutnie irracjonalna. Widział w swoim życiu chorych na Alzheimera, padaczkę, czy dotkniętych wylewem. Miał okazję spotkać się z człowiekiem (de facto własnym wujem), który doznał dużego uszkodzenia mózgu. Wreszcie czytał sporo naukowych rozpraw poruszających problem zmiany ludzkiego zachowania po fizycznym uszkodzeniu ciała (a przede wszystkim głowy) i jeśli był jakiś jeden wniosek, jaki z tych doświadczeń płynął to taki, że wszystko to, co uważamy za duszę, charakter, naturę, temperament, wreszcie nawet szeroko rozumianą moralność człowieka, może się o 180 stopni zmienić w wyniku przebytej choroby czy nabytego urazu. A więc dusza to mit. O tym był przekonany. Z drugiej strony zawsze czytał relacje o rzekomych relacjach z „życia po życiu”. Czytał i gimnastykował swój śmiertelny umysł, znajdując odpowiednie kontrargumenty, dyskredytujące poglądy niektórych psychologów, jakoby przeżycia takie miały charakter ponadkulturowy i uniwersalny psychologicznie. Jednak często łapał się na myśli, że za każdym razem, kiedy z drwiącym uśmieszkiem na ustach zapoznaje się z tymi badaniami, podświadomie szuka jakiegoś dowodu, którego nie będzie w stanie podważyć, jakiegoś udokumentowanego przypadku, z którym nie będzie mógł chociażby wejść w polemikę. Naprawdę miał na to nadzieję. A jednak nic takiego nie znalazł i teraz, w obliczu rychłej śmierci, nie chciał mamić się bezpodstawną wiarą w coś, co musiało być tylko wymysłem lękających się śmierci romantyków. Więc zaraz będzie po prostu koniec. Koniec wszystkiego. Takie jakby zgaszenie światła, tyle, że głębsze. W sumie mogło to nie być takie złe. Życie po śmierci byłoby chyba gorsze, w końcu z pewnością nie był dobrym człowiekiem, a czyn, postępek w zasadzie, jakiego dopuścił się teraz… Przecież nie dotknie on już jego samego, a jedynie jego bliskich. Jego bliskich. Jego rodziny. Syna, córki, żony. Starego ojca. Bliskich. Jego bliskich…
Boże, jakim ja jestem skurwysynem – pomyślał, a w jego oku zaczęła kwitnąć gorzka łza. Co ja robię? Co ja zrobiłem? – myślał gorączkowo i po raz kolejny przeglądnął we wnętrzu swojego umysłu, jak w miniaturowym komputerze (ach, jak wspaniale działa ludzki umysł! – refleksje nachodziły jedna na drugą, a mimo to wszystkie wydawały się jasne i klarowne) powody, dla których właśnie leciał na spotkanie z ziemią. O dziwo, wszystkie one wydały mu się teraz błahe i mało znaczące, na dodatek wynikające bardziej z jego egoistycznego, dumnie-samczego podejścia do innych ludzi niż z prawdziwych dramatów. Przecież to wszystko można było rozwiązać, wszystko to było tylko krótkotrwałym kryzysem, ba!, delikatną regresją. Przecież w gruncie rzeczy powodziło mu się naprawdę dobrze; miał wielu znajomych, którzy oddaliby wiele za znalezienie się w jego sytuacji. Przecież był jeszcze młody i miał przed sobą tyle życia. Boże, co ja zrobiłem?! – pytał sam siebie. Co ja, kurwa zrobiłem?!
Przepełniony milionem myśli, odczuć i emocji, zauważył mimochodem, że przecież już dawno powinien upaść, że to niemożliwe, że w tak krótkim czasie zdołał przemyśleć aż tyle spraw, jednak nie chciał marnować na zastanawianie się nad tym tak cennego teraz czasu. Im bliżej był ziemi, tym jego myśli biegły szybciej i bardziej się splatały.
Jak wiele dałbym, żeby cofnąć się o sekundę czy dwie w przeszłość. Tylko tyle. Chwila, mgnienie oka, tylko tyle, myślał, lecz wiedział, że czas, jakkolwiek może czasem zwolnić, to nigdy się nie zatrzyma, a tym bardziej nie odwróci swojego biegu. Klamka zapadła. Przepraszam – pomyślał. Przepraszam Was – pomyślał o wszystkich osobach, które zrani swoją śmiercią. Przepraszam. Gdyby jego ciało funkcjonowało teraz tak szybko jak jego umysł, z pewnością dawno już zalałby się łzami. A tak jedynie w kąciku jego prawego oka dostrzec można było ledwie widoczny malutki zaczątek słonej kropli.

Pierwsze wspomnienie spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Jeszcze przed chwilą spadał z urwiska, a zaraz potem pił malinowy sok, machając malutkimi nóżkami w przepełnionym dziwnie mistycznym zapachem powietrzu.
- Mogę jeszcze babciu? – zapytał, wymawiając „b” jak „p”, przez co jego wypowiedź nabrała niezwykle komicznego wydźwięku. On jednak tego nie zauważał, dla niego wszystko było najzupełniej w porządku.
- Oczywiście, Marcinku – promiennie uśmiechająca się staruszka sięgnęła po wielki, ozdobiony jakimiś tajemniczymi wzorami dzbanek – I dostaniesz taką wielką truskawkę – powiedziała ciepło, wlewając do jego szklanki chłodny napój o pięknym, intensywnym kolorze. Na sam koniec z głośnym pluskiem zanurzył się w nim duży owoc.
- Dzięki, babciu! – klasnął w dłonie i łapczywie sięgnął po szklankę.
- Smakuje? – zapytała z uśmiechem starsza kobieta.
- Pychota! – oblizał wargi i wypił resztę napoju. Czuł w ustach wspaniały, nie dający się opisać smak. Smak bez nazwy. Smak, który jednak zapamięta przez całe dorosłe życie.

Powoli jechał swoim starym, ale wypielęgnowanym do granic możliwości rowerem. Godzinę wcześniej złapał gumę w wyścigu, a teraz testował nową dętkę. Była w porządku. Szkoda tylko, że tak samo w porządku nie była poprzednia.
- Hej, mały, chcesz się ścigać? – odwrócił się i zobaczył za sobą ojca. Zdziwił się, bo nie widział go na rowerze od dobrych kilku lat. Wprawdzie kiedyś jeździł nawet w jakimś klubie, ale od czasu, gdy przeszedł operację kolana, ograniczał się w zasadzie jedynie do niespiesznych spacerów.
- Ja? – przez chwilę zastanawiał się, czy ojca nic nie boli, jednak ten wyglądał na zupełnie zdrowego – No pewnie, o ile tata nie będzie się za bardzo wlókł.
- To chyba ty, mały – ojciec uśmiechnął się szelmowsko – Do tamtego drzewa – pokazał rosnącą jakieś trzysta metrów dalej brzozę.
- Okej! – zawołał.
- Trzy… - zaczął ojciec.
- Cztery, start! – dokończył syn, po czym ruszyli przed siebie.
Z początku znacznie prowadził starszy z nich, dobrze zbudowany mężczyzna po czterdziestce, jednak chwilę potem zaczął się do niego zbliżać młodszy, drobny jasnowłosy dziesięciolatek.
- Mam cię! – zawołał, a potem nacisnął na pedały jeszcze mocniej. Czuł, jak chłodny, jesienny wiatr owiewa mu twarz. Wokół niego z zawrotną, jak mu się zdawało prędkością, przemykały drzewa, krzewy i drogowe znaki. A on jechał, płynął i leciał, przeżuwając w ustach słodki smak wolności. Był pewien, że jeszcze nigdy nie udało mu się osiągnąć takiej prędkości, jednak wciąż przyspieszał – ojciec jechał cały czas tuż obok niego.
- Dalej! – krzyknął bardziej do siebie niż do dwukołowego pojazdu i zaczął wysuwać się na prowadzenie. Uczucie, jakiego wtedy doświadczył, było nie do opisania. Wolność, radość i poczucie fizycznego wysiłku tworzyły niesamowitą mieszankę. Czuł się jak nigdy wcześniej.
Wyprzedził ojca o dobrych parę metrów. Minął brzozę z nieskończoną, jak mu się zdawało prędkością.
- Brawo, wygrałeś! – usłyszał za sobą zmęczony, ale wesoły głos ojca.
A potem… potem zaczął jechać jeszcze szybciej. Szybciej, szybciej i szybciej, aż do jego uszu przestały dolatywać jakiekolwiek dźwięki, a on sam utonął w morzu euforii. Wygrałem, wygrałem! – czuł jak endorfiny wypełniają każdy zakamarek jego umysłu. Wygrałem i jestem wolny, wolny, szybki i wolny – uśmiechnął się szeroko, szybki i wolny, szczęśliwy, szybki i wolny – myślał, a jego rower mknął po wąskiej szosie niczym górski wiatr.

Teraz siedział na ławce. Nie sam. Obok niego siedziała piękna, młoda dziewczyna. Rozmawiał z nią o czymś, ale słowa rejestrował jedynie podświadomie. Świadomie skupiony był jedynie na jej oczach. Wydawało się mu, że widzi w nich mądrość całego wszechświata, że jakaś tajemna siła uwięziła w nich całą wieczność, że poza nimi nie ma nic.
Wieczór był chłodny, jednak on zupełnie tego nie zauważał. Gdzieś w oddali rozgrywały swój koncert świerszcze, lecz on ich słyszał. Wysoko nad nim świeciły tysiące gwiazd, on jednak wcale ich nie dostrzegał. Dostrzegał jedynie oczy właśnie śmiejącej się z czegoś, co powiedział (sam nie wiedział nawet, czego) dziewczyny. Mimowolnie dostosowując się do towarzyszki, uśmiechnął się również i dotknął jej dłoni. Istniały tylko jej oczy. Czuł, że jeśli w ogóle jeszcze istnieje, z pewnością zatopił się bez reszty w ich zieloności. Czas się zatrzymał. Wydawało się mu, że wpatruje się tak w nią bez końca, całą wieczność. A potem jeszcze bardziej zachwycił się bliskością dziewczyny, w której się zakochał, spojrzał w bezdenną otchłań jej oczu i zastygł tak na kolejną wieczność.

Stał na balkonie mieszkania swojego znajomego ze studiów. Razem z dwoma kolegami i jedną koleżanką. Musieli się tu schować, ponieważ gospodarz zobaczył przez okno samochód właściciela mieszkania. Facet był dobrze po siedemdziesiątce i nie lubił, kiedy ktoś robił w wynajmowanym mieszkaniu jakiekolwiek imprezy. Teraz siedzieli w kucki, z jednym piwem w ręku i kilkoma w brzuchu i nasłuchiwali rozmowy znajomego z właścicielem.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Byłem w pobliżu i myślałem, że przyniosę te żarówki.
- Aaa, żarówki, no tak, dziękuję – głos ich kolegi był co najmniej podejrzany.
- Chyba jeszcze nie spałeś, nie? – głos ich przeciwnika był za to co najmniej podejrzliwy.
- Nie, nie. Oglądałem film i tak… ten. Dobrze, że pan przyniósł… je – słysząc go, z trudem powstrzymywali chichot.
- Aha – Pauza – Piłeś coś? Chyba czuć tu alkoholem – zawyrokował starszy pan. Zgromadzeni na balkonie studenci unikali swoich spojrzeń. Mogłoby się to skończyć katastrofą.
- Ja? Niee. Nie, nie, nie. Nie. Myłem okna. Tylko. Myłem i dlatego tak czuć. Dlatego – bardziej niezgrabnego tłumaczenia w życiu nie słyszeli.
- Aaa, okna – właściciel pokiwał w zrozumieniu głową, jak gdyby naprawdę uwierzył w takie tłumaczenie – To dobrej nocy życzę. Dobranoc.
- Dobranoc.
Gdy tylko usłyszeli odgłos kroków, spojrzeli po sobie i wybuchli szczerym śmiechem. To była ostatnia impreza przed sesją. Egzaminy były trudne, jeden z wyjątkową kosą i być może nie każdy z nich dotrwa do następnej. Z tego powodu do tej pory spotkanie było raczej drętwa, każdy czekał tylko podświadomie na jego koniec, planując już harmonogram nauki. Teraz jednak zeszło z nich całe napięcie, cały stres i niepokój. W tym jednym wybuchu wyrzucili z siebie wszystko to, co ich martwiło.
Gospodarz z początku spoglądał na nich groźnie, bojąc się powrotu właściciela, po chwili jednak również radośnie się roześmiał.
Marcin czuł się tak beztrosko pierwszy raz od początku studiów. Nieważne było to, co będzie. Ważne było tylko, że bawił się świetnie, w towarzystwie ludzi, których lubił i z którymi lubił czasem poimprezować.
- Myłeś okna? – zawołał do gospodarza, kiedy ten, zataczając się ze śmiechu, otworzył balkon – Myłeś okna? – wyszczerzył się – Myłeś okna?
Kumpel nie był w stanie mu odpowiedzieć. Złapał się za brzuch i uklęknął na ziemi. On sam zresztą też musiał przykucnąć, spazmy śmiechu, jakimi co chwila był wstrząsany, nie pozwoliły mu ustać. Wszystko było takie proste i klarowne. Dziwił się teraz, jak mógł o czymkolwiek myśleć pesymistycznie. Wszystko przecież musi się ułożyć dobrze, bo…
- Myłeś okna – powiedział raz jeszcze, po czym włączył się w kakofonię radosnych odgłosów, nie dających spać mieszkańcom bloku przez całą młodą, beztroską, studencką noc.
Mył zęby w łazience. Po chwili usłyszał stłumiony płacz. Szybko rzucił do zlewu szczoteczkę, nie wycierając nawet ust i pobiegł do pokoju, z jakiego wydobywał się odgłos. Jego niedawno narodzona córeczka płakała, bezradnie poruszając nóżkami i rączkami. Podszedł do łóżeczka i najdelikatniej jak tylko potrafił, wziął ją na ramiona. Zdumiało go ciepło, jakie emanowała z małego ciałka. Ostrożnie przytulił je do piersi.
- Cii, malutka, cii, nie zbudź mamy – jego żona już spała, a on nie chciał jej obudzić. Pragnął choć raz poradzić sobie w takiej sytuacji sam.
- Cii, nie płacz, tatuś jest z tobą – szeptał, nieporadnie kołysząc ją w ramionach.
Po niedługiej chwili, ku zdziwieniu Marcina, dziewczynka umilkła i poczęła z zaciekawieniem przyglądać się jego twarzy.
- Co się tak patrzysz, malutka? – zapytał, a niemowlę odpowiedziało czymś, co dzięki sporej dawce wyobraźni uznał za wygaworzonego „tatę”.
- Tak, tata. Tata jest przy tobie i nic złego ci się nie stanie – wyszeptał, a dziewczynka złapała w swoją miniaturową rączkę jego kciuk i uśmiechnęła się.
Przypuszczał, że to samo mogło w takiej chwili poczuć miliard ojców na całym świecie, jednak wcale go to nie obchodziło. Czuł się dumny jak nigdy wcześniej.

Znów spadał w dół. Do ziemi zostało mu kilka metrów. Nie był już jednak tym faktem tak przerażony jak jeszcze kilkaset centymetrów wcześniej. Kiedy umierała, jego matka, a on z trwogą powtarzał „Ona zaraz umrze, zaraz umrze, zaraz umrze!”, zdał sobie sprawę, że na takich rozważaniach traci ostatnie chwile jej obecności i traktuje ją tak, jak gdyby już umarła. A tymczasem ona wciąż żyła. Wciąż żyła i tym trzeba było się cieszyć. Podobnie postanowił cieszyć się chwilą teraźniejszą teraz. Nie dziwił się już nawet temu, że czas tak bardzo zwolnił. Kiedy był mały, nie mogąc sobie wytłumaczyć tego, że jedni żyją krócej, a inni dłużej, wymyślił teorię, według której każdy człowiek żyje w rzeczywistości tyle samo – jedynie tym, którzy według kalendarzowej rachuby umierają starsi, czas płynie szybciej, a tym, którzy odchodzą z tego świata w młodym wieku, dłuży się i zwalnia. Teraz zastanawiał się, czy przypadkiem życie nie trwa całą wieczność; po przeżyciu wszystkich pisanych nam lat, na chwilę przed samą śmiercią, zwalnia i pozwala wrócić we wspomnieniach do momentu najwcześniejszego dzieciństwa, co przeżywamy tak intensywnie, że zapominamy o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej, czasem pozostaje nam po tym tylko niejasne uczucie de ja vu. A potem znów dochodzimy do momentu śmierci, wspominamy i de facto rodzimy się na nowo. I tak w kółko, w kółko i w kółko. Być może tak właśnie jest – myślał. Lecz jeżeli nie, powinno istnieć jakieś życie po; świadomość nie może przecież tak po prostu zniknąć - teraz był tego niemal absolutnie pewien. Działający i przeżywający umysł nie może tak po prostu umrzeć wraz ze śmiercią ciała. A więc potem, potem musi być jakieś niebo albo… Nie wierzył wprawdzie w reinkarnację, lecz czasami zdawało mu się, że Bóg może dawać ludziom po śmierci wybór – powtórne życie albo niebo. Czasami zdawało mu się też, że wcześniej czy później trafią tam wszyscy. Lecz najczęściej zdawało mu się, że zarówno Boga jak i życia po śmierci nie ma. Teraz zaś, przekonany, że coś jednak musi tam być, zaczął się niepokoić, że nie zrobił w życiu niczego, co mogłoby go zbawić. Kiedy był na piątym roku studiów, miał zajęcia z młodą panią doktor, która już na samym początku zapewniała, że nikomu krzywdy nie zrobi. Jeden z jego znajomych wziął sobie te słowa za bardzo do serca i do egzaminu przystąpił, nie mając nawet pojęcia, jak dokładnie nazywa się przedmiot, na który przynajmniej teoretycznie powinien przez poprzednie pół roku uczęszczać. Marcin słyszał, jak wykładowczyni próbuje wydobyć od chłopaka choć jedną informację, mogącą dać mu zaliczenie, jednak student nie wiedział dosłownie nic i choć pani doktor starała się wydobyć z niego wiedzę bardziej niż on sam, nie usłyszała nic, co mogłoby jej pozwolić z czystym sumieniem wstawić mu tróję. Teraz Marcin obawiał się, że podobnie może być i z nim samym. Bóg, chociaż miłościwy, może po prostu nie mieć podstaw, żeby go zbawić.
Wiedząc jednak, że nie ma już wpływu na nic, co zrobił w swoim życiu, począł ostatni raz zadziwiać się światem, w jakim przyszło mu żyć. Czuł na swojej twarzy dziwnie znajomy pęd powietrza, widział jaśniejące na niebie słońce i słyszał szum listków kruszyny. Jego zmysły wyostrzyły się do granic możliwości. Mógł obserwować wszystko. Jego ciało było tak wspaniałym komputerem, że nie sposób nawet byłoby go porównać do najwymyślniejszej maszyny. Ile trudu wkładali przecież inżynierowie w zaprogramowanie robota tak, aby rozpoznawał kształt szybko poruszającego się obiektu, identyfikował odgłos ludzkiej mowy, nie mówiąc już o tym, żeby nauczyć go tak prostej czynności jak chwytanie znajdującego się w zasięgu metalicznej dłoni przedmiotu. A sam umysł! Jakąż pamięć musiałby mieć komputer, żeby pomieścić tyle, co ludzki umysł! Ile dźwięków, obrazów i filmów znajdowało się w naszej pamięci! I jak szybko można było w razie potrzeby je odszukać, nie musząc martwić się zawieszeniem systemu czy zbyt krótką nazwą pliku! A ile megabajtów miały zapachy? Albo smaki? Albo emocje? Ile gigabajtów RAM-u potrzebował łyżwiarz, żeby wykonać kilka skoków i piruetów? Ile gigaherców wystarczało chirurgowi do właściwego przeprowadzenia operacji wyrostka? Jestem cudem natury – pomyślał, czując wszystkie swoje zmysły, napięte mięśnie i zgięte stawy, nieomal widząc każdy por na swojej skórze, każdy włos i każdą żyłkę. Czuł siebie, czuł wspaniałość swojego ciała, czuł, że żyje.
Nie zastanawiając się nawet nad niezwykłością wrażeń odbieranych przez swoje zmysły, widział biedronkę wędrującą po krawędzi urwiska, widział uśmiechy starszych kobiet przechadzających się wśród mozaiki skał i traw, widział nawet siebie samego, jak spada w dół, rozwichrzoną głową naprzód. Widział wszystko. I wtedy spłynęły na niego kolejne wspomnienia.
To było już dzisiaj – zdał sobie niejasno sprawę i nagle stał przed samochodem, wpatrując się w piszącego SMSa syna.
- Do kogo ty tam tak cały skrobiesz? – zapytał z lekkim uśmiechem.
- Aaa, do znajomych – odpowiedział chłopak, nie odrywając wzroku od komórki.
Marcin nachmurzył się.
- Ja jadę- burknął.
- Dobrze – odrzucił chłopak i kiedy wydawało się, że już nic nie powie, podniósł głowę i zawołał – Do zobaczenia wieczorem, tato!
- Do zobaczenia – odpowiedział Marcin, wpatrując się przez szybę w młodą twarz chłopaka.

Stał w kolejce w banku. Zaraz za nim smutnym wzrokiem spoglądała w dal znajoma mu z widzenia kobieta. Denerwowała go. Wiedział, że sama wychowuje dziecko i nie ma żadnych dochodów, a mimo to do tej pory wciąż nie potrafiła sobie znaleźć pracy. Podobno jej sytuacja przedstawiała się na tyle źle, że zostawało jej chyba tylko żebrać. A jednak nigdy tego nie robiła. Zawsze ubierała się tak, aby nie było po niej widać, że kompletnie sobie nie radzi. Słyszał też, że podobnie było z jej dzieckiem, z pozoru bowiem, a przynajmniej tak twierdzili znajomi, z którymi na jej temat rozmawiał, niczego mu nie brakowało. I to też go denerwowało. W ogóle wszystko go denerwowało.
- Spieszy się pani? – nie wiedzieć czemu odwrócił się w jej kierunku.
- Ja? Nie – odpowiedziała pewnie łagodnym głosem, jednak jej oczy mówiły co innego.
- A ja jeszcze bardziej nie. Niech pani wejdzie przede mnie.
- Dziękuję – kobieta uśmiechnęła się i jednocześnie lekko zarumieniła.
- Nie ma za co. Zrobiłem to z partykularnych powodów. Ja po prostu zawsze chciałem zobaczyć jak się pani uśmiecha.
- Naprawdę? – uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- No dobra, tak naprawdę chodzi mi o to, żeby dojrzeć numer pani konta i potem wykraść z niego wszystkie oszczędności.
- Proszę bardzo. Zapraszam. O ile oczywiście interesuje pana debet.
- Ależ oczywiście. Nawet pani sobie nie wyobraża, jakie zdolności w pomnażaniu pieniędzy ma moja teściowa. Jeden dzień dostępu do konta i wszystkiego jest z dziesięć razy więcej. O ile oczywiście mówimy o debecie – uśmiechnął się do niej szeroko, a ona odpowiedziała mu uśmiechem. Chyba faktycznie nigdy wcześniej nie widział jej uśmiechniętej. A teraz wyglądała na całkiem rozbawioną. Chyba zapomniała o swoim debecie. Co za nieodpowiedzialna baba – pomyślał i również się uśmiechnął.

I znów leciał. Widział już źdźbła trawy wyrastające spod pokruszonych miejscami skałek. Jego czas się zbliżał, jednak on był spokojny. Nawet jeżeli po śmierci nie ma nic, to same nieistnienie też nie musi być niczym przykrym. To chyba uczciwe, że życie w tak wspaniałym ciele jak ciało człowieka w tak wspaniałym świecie jak ten nie może trwać wiecznie. Jego ostatnia myśl powędruje gdzieś w przestrzeń, a on sam będzie żył dopóty, dopóki przetrwa w umysłach jego bliskich i znajomych pamięć o człowieku, jakim był. I wciąż jest – dodał, pomny swoich wcześniejszych przemyśleń. Taka śmierć jest nawet chyba bardziej romantyczna – dywagował, niemal rozbawiony. Moje ciało wróci do ziemi a umysł połączy się z przestrzenią, Absolutem czy po prostu wszechświatem.
Gdzieś w oddali dojrzał jeszcze zataczającego ostatni krąg nad ofiarą jastrzębia. Wypatrzony przez niego gryzoń nie wiedział jeszcze, co go czeka, drapieżnik zaś znał odpowiedź już od dawna. Marcin również nie wiedział jeszcze, co tak naprawdę stanie się z nim za chwilę.
Dobrze, że nie przeleciało mi przed oczami całe życie, a tylko fragmenty – pomyślał wesoło, nie chciałbym drugi raz zobaczyć w lustrze swojej twarzy po ubiegłorocznym sylwestrze – jednocześnie zaczął się zastanawiać, czy śmierć ma poczucie humoru i szybko doszedł do wniosku, że chyba tak, skoro cały czas musi oglądać tyle oblicz zdziwionych takim czy innym końcem. Zaśmiał się w duchu.
Ostatni raz wypuścił z ust resztki powietrza z płuc. Rozluźnił mięśnie. Był tak spokojny, jak jeszcze nigdy w życiu. I wtedy zrozumiał. Zobaczył jasno i wyraziście to, co stanie się z nim za chwilę. A więc to było takie proste. Uśmiechnął się w myślach i zdołał skierować kąciki ust ku górze.
Urwisko zieleniło się soczyście, a słońce oświetlało je ciepłym wiosennym blaskiem. Dzień był wprost przepiękny.

Komentarze
Justie dnia październik 25 2014 21:34:25
Poruszające. Z początku ciężko uwierzyć, że można przemyśleć tyle spraw w kilka sekund, ale podobno to właśnie na chwilę przed śmiercią myślimy najszybciej i najjaśniej...
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu