Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Wezwanie

- Najlepsze jest to, że świat się nie zmienia.
- Nie? Jak to?
Znane twarze w zasięgu wzroku.
- Bo wszystko co jest to tylko odbicie czegoś, co było już kiedyś.
Dziwna pewność swoich racji.
- Odbicie?
Chwila chwiejnej zadumy.
- No, takie jakby, jakby…
Różnobarwna mgła przed oczami.
- Musimy go odprowadzić.
I głosy nad głową.
- Stary, dasz radę sam iść?
Nieudolna próba artykulacji.
- Dobra, Adam, to gdzie on mieszka?

* * *

Powitał go okropny, tępy ból głowy i uczucie suchości w ustach.
- Gdzie jest woda? – wychrypiał sam do siebie, próbując dźwignąć się z łóżka – bezskutecznie.
Choć obracanie głowy przyprawiało go o męki, rozejrzał się po pokoju. Upewniwszy się, że znajduje się we własnym domu, uśmiechnął się lekko do siebie. Pierwsza dobra wiadomość – pomyślał. Zastanawiało go tylko, czemu leży pod dywanikiem z przedpokoju, na dodatek całym uwalanym błotem. Nie chcąc jednak pozbawiać się jedynego okrycia w zasięgu ręki, postanowił odłożyć rozwikłanie tej tajemnicy na później. Przynajmniej do momentu, kiedy zwilży suche wargi choć kropelką wody. Choć kropelką... Znów narażając się na pulsujący ból karku, zwrócił głowę w kierunku lodówki. Kraina chłodu i czystej wody – oaza przyjemności na tym przypominającym dla niepoznaki dom ponurym padole cierpienia. W myślach obliczał, ile kroków dzieli go od upragnionego napoju. Jeden, dwa, trzy, cztery… Skończył na siedmiu, może ośmiu, jeśli będzie jedynie powłóczył nogami. Zebrawszy w sobie wszystkie siły, dźwignął się z trudem na łokciach i pełnym determinacji wzrokiem spojrzał na lodówkę. Trwał tak przez chwilę w pełnym napięcia bezruchu, oczekując być może jakiejś pomocy od nieznanych sił, jednak kiedy ta nie nadeszła, opadł ciężko na łóżko. Za daleko – pomyślał i na powrót pogrążył się w wyzwalających od wszelkiego bólu objęciach Morfeusza.

* * *

- Na pewno możesz iść sam?
Zaniepokojony brunet z pewnym trudem wyrzucający z siebie kolejne słowa.
- Sebek, mówię do ciebie!
Obok wyższy blondyn regularnie wychylający swoje szczupłe ciało z położenia równowagi.
- Mogęęę. Ale chcę…
Bardzo dobrze znany głos wydobywający się z nieustalonego miejsca.
- Czego chcesz?
Niewrogo zabarwione pytanie.
- Pić. Jeszcze trochę…
Niepewne spojrzenia spotykające się w jednym punkcie.
- Nie jestem pewien, czy to…
Gwałtowny ruch i przyjemny dotyk zimnego szkła.
- A ja jestem.
Próbujące wydostać się z oczodołów ślepia bruneta.
- Jezus Maria, on tego nie przeżyje.
Odgłos dawno wymarłego gada mający w założeniu imitować śmiech.
- Bo wszystko co jest, już kiedyś było…

* * *

Obudził się po bliżej nieokreślonym czasie, który jednak okazał się wystarczający do zregenerowania sił. Przynajmniej na tyle, żeby podjąć wyczerpującą wędrówkę w stronę lodówki. Wędrówkę, która zakończyła się pełnym sukcesem, choć została okupiona jeszcze bardziej nieznośnym bólem głowy. Sebastian wiedział już, że to, co się w niej znajduje, po prostu musi za chwilę eksplodować. Modlił się tylko, żeby stało się to jak najszybciej. Oczekując pogrążenia się w niebycie, podniósł do ust delikatnie oszronioną butelkę mineralnej. Choć pierwsza fala podchodzącej mu do gardła treści żołądka o mało nie zwaliła go na kolana, twardo wlewał w siebie kolejne mililitry ożywczej wody. Kiedy wreszcie skończył, uśmiechnął się do siebie i powiedział do pustego pokoju nieswoim głosem.
- Czuję się już lepiej!
Chwilę później pochylał się już nad sedesem, dzieląc się z nim swoim wczorajszym posiłkiem.

Kiedy wyszedł z łazienki, zdawało mu się, że nawet dźwięk jego własnych kroków rozrywa mu bębenki w uszach. Nie mogąc dłużej narażać się na oddziaływanie takiego hałasu, ponownie rozłożył się na łóżku, tym razem jednak zdobywając się na wysiłek zrzucenia dywanika na ziemię i zastąpienia go wyjętym ze skrzyni na pościel kocem. Gdy wreszcie, z trudem powstrzymując kolejną falę wymiotów, zamknął oczy, z zadowoleniem stwierdził, że ruch uliczny musi być dzisiaj wyjątkowo słaby, gdyż nawet w tym stanie w ogóle go nie słyszał. Zanim zdążył zastanowić się, która właściwie jest godzina, ponownie zasnął.

* * *

- To ten dom?
Niezidentyfikowana postać spoglądająca w kierunku wysokiego szarego budynku.
- Nie pytaj go. Przecież wiesz, że to tu.
Dziwna treść miotającą się na prawo i lewo wewnątrz ciała.
- Masz klucze?
Nieudana próba uzyskania zrozumiałej odpowiedzi.
- Pewnie ma w prawej kieszeni.

* * *

Tym razem postanowił przebudzić się na dobre. Zupełnie nie zważając na wciąż niepotrafiące sobie znaleźć w jego trzewiach miejsca pozostałości poprzedniego dnia, zerwał się z łóżka i, opierając się próbującej sprowadzić go do pozycji poziomej grawitacji, ruszył w kierunku szafy. Kiedy zaś zmienił już ubrudzone ciemne jeansy na czyściutkie dresy i cienką koszulkę polo na wygodną bluzę, postanowił bliżej zapoznać się z zawartością niegdysiejszej oazy przyjemności. Tym razem jednak lodówka nie sprawiała już tak miłego wrażenia; oprócz trochę już nadpsutego sera i niewielkiej ilości zbawiennej wody znajdowała się w niej bowiem tylko do połowy opróżniona butelka samorobnej wódki. Nie mogąc dłużej wpatrywać się w przyczynę swojej niedyspozycji, szybko wyjął niemal pustą już mineralną i z impetem zatrząsnął oszronione drzwiczki. Wychyliwszy zaś już cały pozostały mu zapas wody i stwierdziwszy, że jego pragnienie ani trochę nie zmalało, postanowił wybrać się do sklepu.
Gdy jednak już miał wychodzić z domu, ze zdziwieniem spostrzegł, że frontowe drzwi są otwarte na oścież. Byłem tak pijany, że nie mogłem ich zamknąć? A może to Adam z Jarkiem zapomnieli to zrobić, kiedy ja już w najlepsze spałem? – rozmyślał, wychodząc na ulicę.
Niebo było całe zasłonięte brudnobiałymi chmurami, jednak nie było zimno – bluza, w jakiej wyszedł, wydawała mu się trochę zbyt ciepłym okryciem. Wiedząc jednak, że do osiedlowego sklepu nie jest zbyt daleko, postanowił nie wracać się do domu po lżejsze ubranie. Ruszył za to przed siebie tak energicznym krokiem, na jaki tylko mógł sobie pozwolić, nie wyrzucając z siebie kolejnej porcji rzygowin. Kiedy tak przemierzał znajome ulice, miał dziwne wrażenie, że coś mu tu nie pasuje, jednak tępy ból głowy i podejmowane wciąż próby zrekonstruowania przebiegu wydarzeń ubiegłej nocy nie dawały mu możliwości na głębsze zastanowienie się nad tym wrażeniem. Musiał się z nim skonfrontować dopiero wtedy, kiedy u celu podróży miast pulchnej ekspedientki przywitały go zardzewiałe kraty przez które mógł jedynie z daleka obserwować rzędy pedantycznie poustawianych produktów spożywczych. Co do licha? – pomyślał, tępo wpatrując się w wywieszone na drzwiach godziny otwarcia - 8-22. Odkąd pamiętał, sklepik zawsze był otwarty; nigdy nie zdarzyło się, żeby, nawet w niedzielę i święta, nie zjawiła się żadna z zatrudnionych tam pracownic. Chyba, że… - pomyślał i odruchowo sięgnął do kieszeni po dziwne wielofunkcyjne urządzenie służące też czasem za telefon. Nie znalazłszy go jednak, zaklął siarczyście – nie mógł sobie darować, że, kiedy zdejmował jeansy, nie przełożył ich zawartości do dresów. A więc wybrałem się do sklepu bez portfela i to zapewne przed ósmą raną – pomyślał z kwaśną miną i zawrócił w kierunku domu. Złość na samego siebie pozwoliła mu na chwilę zapomnieć nie tylko o bólu głowy, ale też o dziwnym wrażeniu, jakie towarzyszyło mu w drodze do celu. Kiedy jednak zbliżał się już do domu, zdał sobie sprawę, jak mało prawdopodobne jest, żeby nie było jeszcze ósmej rano. Może po prostu nie zauważyłem kartki „Zaraz wracam”? – zastanawiał się, jednocześnie z trudem pokonując schody prowadzące do jego ulokowanego dopiero na czwartym piętrze mieszkania. Pogrążony we własnych myślach, nawet nie zauważył, że drzwi jego sąsiada spod ósemki również były otwarte na oścież.
Powrót do domu nie zaowocował żadnymi nowymi odkryciami, przynajmniej nie od razu – komórka była rozładowana, a ładowarka, jak zawsze kiedy była potrzebna, przepadła jak kamień w wodę. Na domiar złego nie działał Internet. Kiedy zrezygnowany siedział na obrotowym krześle, mimowolnie błądząc myszką po zielonym wzgórzu na pulpicie, kątem oka dostrzegł coś, co kazało mu głębiej się zastanowić nad ostatnimi wydarzeniami – windowsowy zegar wskazywał 16:27. Sebastian przez dobrych kilka minut wpatrywał się w kompletnym bezruchu w liczby, jak gdyby spodziewał się, że za chwilę zmienią się one w jakieś bardziej odpowiadające jego wizji rzeczywistości – np. 8:27 albo 7:46. Jedyne co się jednak zmieniło to ostatnia cyfra; najpierw z siódemki na ósemkę, a potem z ósemki na dziewiątkę. Kiedy zmieniła się również dwójka na trójkę, zrozumiał, że to nie z jego komputerem jest coś nie tak. Coś nie tak było ze sklepem.
Nie tracąc czasu, schował do kieszeni portfel oraz zupełnie mu w tym stanie nieprzydatną komórkę i po raz kolejny tego dnia opuścił swoje bezpieczne lokum. Chociaż kiedy pokonywał kolejne stopnie, kręciło mu się w głowie, to zachował na tyle trzeźwości, żeby tym razem dostrzec szeroko rozwarte drzwi mieszkania numer osiem. Nie chcąc być wścibskim, nie zamierzał penetrować domu sąsiada, jednak kiedy mijał skrzynkę pocztową, nieomal odruchowo przekrzywił głowę (co wciąż sprawiało mu niemały ból), by dostrzec śnieżący ekran dużego plazmowego telewizora i ani jednej osoby na znajdującej się obok sofie.
- Przepraszam, jest tam kto? – zapytał tak głośno, żeby usłyszeć go można było w każdym z trzech pokoi – Drzwi są otwarte i… Halo, jest tu kto?! – zakrzyknął raz jeszcze i tym razem nie uzyskując żadnej odpowiedzi.
Co tu się stało? – pomyślał zdziwiony, w pierwszej chwili chcąc zadzwonić na policję, jednak kiedy przypomniał sobie o swoim rozładowanym telefonie, postanowił odłożyć to na później. Bojąc się, co by było, gdyby właściciele nagle wrócili, nie chciał wchodzić do środka, toteż ograniczył się do zamknięcia drzwi. Pewnie ktoś musiał szybko zejść na dół, a tam okazało się, że trochę mu zejdzie i stąd cała afera – uspokoił się w myślach i wyszedł z budynku.
Powitał go chłodny wiatr – teraz ciepła bluza była idealnym ubraniem. Nie musiał się już obawiać niewygód dłuższego marszu. Pójdę do supermarketu – zdecydował i ruszył przed siebie. Choć znów miał dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, głowę bardziej zaprzątały mu pytania o ubiegłą noc – jak wróciłem do domu? Na jak długo urwał mi się film? I, przede wszystkim, czemu nikt nie zamknął drzwi? – jednak jak na razie nie znajdował na nie żadnej odpowiedzi. Miał tylko nadzieję, że nie wiąże się z nimi niezamknięte mieszkanie pod ósemką. Nie – powiedział do siebie w myślach – Wpadam już w paranoję. Na pewno nie.
Po kilkunastu minut niezbyt szybkiego marszu (skutki kaca wciąż dawały mu się we znaki) długimi poznańskimi ulicami dotarł w końcu do supermarketu. Choć nie zamierzał robić nie wiadomo jak wielkich zakupów, włożył do wózka dwa złote i pchając go przed siebie, ruszył w kierunku sterowanych fotokomórką drzwi. W myślach układając już listę rzeczy, jakie zamierzał kupić, nie zauważył nawet, że te wcale się przed nim nie otworzyły i z impetem uderzył w szkło, omal go nie tłukąc.
- Co jest do ciężkiej choroby! – ze złością spojrzał na uparcie nie chcące się przed nim otworzyć drzwi i dopiero wtedy zauważył, że wewnątrz wielkiego budynku nie ma żywej duszy. Ani klientów, ani ekspedientów, ani magazynierów ani wiecznie niezadowolonych cherlawych ochroniarzy. Nikogo.
- Co tu jest grane! – zakrzyknął na całe gardło, jednak odpowiedziało mu tylko odległe echo jego własnego głosu.
Nie wiedząc, jak tłumaczyć sobie zamknięcie już drugiego sklepu, poczuł, jak głowa zaczyna go boleć jeszcze bardziej. Tego wszystkiego było za dużo – szczególnie dla kogoś, kto przeżył tak ciężką noc (oraz poranek i większą część popołudnia). Nie trudząc się nawet odstawieniem wózka na miejsce, powlókł się powoli przed siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na to, gdzie idzie.
Kiedy wreszcie trzeźwiejsza część jego umysłu przywołała ciało do porządku, przed jego oczami rozciągało się bardzo dobrze znane mu miejsce – Kaponiera. Nie, to nie może być Kaponiera – pomyślał jednak po chwili. Przecież tutaj zawsze… - i w tym momencie go olśniło. Nagle zrozumiał, co tak bardzo dziwiło go, kiedy przechodził przez ulice swojego osiedla – kompletny brak ludzi. A co za tym idzie, także pojazdów. Nawet autobusów i tramwajów.
- Eureka! – wykrzyknął ucieszony, jednak zaraz potem umilkł, zawstydzony echem swojego własnego głosu. Pozbawione jakichkolwiek śladów życia rondo przypominało bardziej postapokaliptyczny krajobraz niż jeszcze wczoraj tętniące życiem komunikacyjne centrum miasta.
Ominął mnie koniec świata? – pytał się sam siebie, kompletnie nie mogąc zrozumieć tego, co widział dookoła siebie. Do tej pory traktował wszystkie wydarzenia dnia z przymrużeniem oka, w myślach sarkastycznie komentując swoją własną niedyspozycję i wynikające z niej nieprzyjemności. Teraz jednak zdał sobie sprawę, że jeśli nie jest bardzo pijany, a to, zważywszy na wciąż nie dający mu spokoju ból głowy i żołądka, było mało prawdopodobne, w czasie jego ciężkiego snu musiało się wydarzyć coś bardzo ważnego. Coś, co sprawiło, że w mieście nie było żywej duszy. A przynajmniej wszystko na to wskazywało.
Muszę się z kimś skontaktować albo chociaż pooglądać jakieś wiadomości czy posłuchać radia… Tak, radio, to jest pomysł! – ucieszył się na własny pomysł. Radio było oprócz Internetu jego jedynym oknem na świat – telewizora nie miał a gazet nigdy nie kupował. Skoro net nie działał, a komórka wysiadła, było to jedynym rozwiązaniem. Zanim jednak wrócił do domu, postanowił poprzechadzać się jeszcze trochę po mieście; a nuż powód pustki panującej w mieście był dużo bardziej prozaiczny (choć na razie żadnego takiego nawet nie potrafił wymyślić).
Przeszedłszy na przełaj przez rondo Kaponiera (dziwiąc się w duchu, że nie wyrósł mu spod ziemi policyjny radiowóz), skierował się w stronę lotniska. Bukowska, podobnie jak wszystkie dotychczas przez niego spenetrowane ulice, była zupełnie wymarła. Wszystkie sklepy pozamykane, a przystanki puste. Tylko krzykliwe bilbordy błyskały mu w twarz feerią barw.
- Poznań nie do poznania – przeczytał na głos jeden ze znajdujących się na nich napisów – A żebyście wiedzieli – mruknął pod nosem i ruszył przed siebie.
Zatrzymał się na przystanku Polna/Szpital – stwierdziwszy, że nie chce mu się jednak pokonywać całej odległości dzielącej go od lotniska, rozejrzał się wokół siebie nie dostrzegając nic, co mogłoby mu pomóc rozwiązać zagadkę pustego miasta i już miał ruszyć w drogę powrotną, kiedy kątem oka dostrzegł jakiś ruch gdzieś w okolicach szyldu sklepu całodobowego. Nie przejmując się zupełnie ewentualnym niebezpieczeństwem, zerwał się jak szalony i biegiem pokonał całą szerokość ulicy, jaka dzieliła go od celu. Kiedy jednak dotarł na miejsce, nie spostrzegł nic, co mogłoby się poruszyć; drzwi były zamknięte, za oknami migotało jedynie jakieś fluorescencyjne światełko. Pewny, że coś musiało mu się jednak przewidzieć – w końcu nadal nie czuł się zbyt rześko, oparł się o drzwi i z rezygnacją spojrzał przed siebie. Gdy jednak spoczął na swoim oparciu całym swoim ciężarem, poczuł jak to odchyla się do tyłu. Kompletnie się tego nie spodziewając, runął jak długi na wyłożoną betonem podłogę sklepu.
- Co do licha? – zmarszczył brwi, czując jak wdzierający się do środka wiatr przyjemnie owiewa mu włosy – Chyba, że… - wstał, rozmasował sobie kolano, w jakie się uderzył, spadając i przyjrzał się zamkowi drzwi.
No tak – pomyślał – Wcale nie był zamknięty. A więc to po prostu wiatr zatrzasnął je, kiedy patrzyłem w inną stronę. A ja… - westchnął ciężko. Racjonalne myślenie nie było dzisiaj jego mocną stroną. Mimo wszystko cieszył się, że jednak udało mu się odnaleźć niezamknięty sklep – właściciel na pewno nie obrazi się, jeśli w zamian na odpowiednią kwotę zniknie z półek trochę towaru. Nie powinien się obrazić… O ile w ogóle kiedykolwiek tu powróci.
Po upewnieniu się, że w całym pomieszczeniu nie ma żadnego innego przedstawiciela gatunku homo sapiens, Sebastian wpakował do znalezionej pod ladą papierowej torby trochę owoców, płatki owsiane, mleko (miał nadzieję, że wciąż świeże) i kilka innych produktów spożywczych. Na koniec podliczył wszystko i, nie trudząc się wydaniem sobie z kasy reszty, położył na ladzie pięćdziesięciozłotowy banknot.
- Bo mnie, kurwa, stać – zawołał głosem szaleńca i roześmiał się.

Kiedy wrócił na Kaponierę, zastał wszystko w dokładnie takim samym stanie jak poprzednio. Nie paląc się za bardzo do powrotu do domu (im dłużej wędrował po opuszczonym mieście, tym mniejszą miał nadzieję na złapanie czegoś w eterze) postanowił jeszcze zajrzeć na dworzec. Jak przewidział, nie zauważył tam żywej duszy, jednak kiedy wpatrywał się w prowadzące gdzieś w nieodgadnioną dal kolejowe tory, zdawało mu się, że słyszy jakiś dziwny, niesamowicie odległy metaliczny dźwięk, który przypominał mu jakieś wezwanie. Wezwanie, które kiedyś, gdzieś już słyszał. Wezwanie, które… Złapał się za głowę – powrotowi wspomnień z ubiegłej nocy towarzyszył fizyczny wręcz ból.

* * *

- Zabrudziłeś mu chodnik.
Obojętność wobec dewastacji znajomego przedmiotu.
- Dobra, trudno, rzućmy go na łóżko.
Niezbyt przyjemne kołysanie treści żołądka.
- Dobra, niech śpi. A co z tym?
Dźwięk przelewającego się w szklanej butelce płynu.
- Wsadź mu do lodówki, może…
Odległe wycie zgrzytającej maszynerii.
- Co to jest?
Zdziwienie w znajomym głosie.
- Nie wiem, pewnie…
Nie tak odległe wycie zgrzytającej maszynerii.
- Stary, to mnie naprawdę przeraża. To…

* * *

Kiedy doszedł do siebie, był już pewny, że cokolwiek sprawiło, że z miasta zniknęli wszyscy ludzie, przyszło lub przyjechało torami. Tak dobrze znane zardzewiałe żelastwa zdawały mu się teraz uosobieniem jakiejś dziwnej, nieludzkiej siły. Wzdrygnął się. Jakkolwiek chciał się dowiedzieć, co się naprawdę stało, to jednak nie zamierzał przebywać w okolicy torów ani chwili dłużej. Nie oglądnąwszy się nawet za siebie, ruszył w kierunku domu.

Tak, jak się spodziewał, nie udało mu się złapać żadnej stacji, a telewizor sąsiada na każdym kanale pokazywał tylko irytujący biało-czarny śnieg. A więc był całkowicie odcięty od świata. Nie istniało już żadne medium, z jakiego mógłby się dowiedzieć czegokolwiek na temat wczorajszej katastrofy (bo chyba tylko tak można nazwać nagłe zniknięcie mieszkańców całego miasta, a kto wie czy i nie całego kraju). Nie wiedział co miał zrobić. Aby nie popaść w uczucie kompletnej beznadziei, pogrzebał w stosie płyt z filmami i wyciągnął stamtąd „Gran Torino” z Clintem Eastwoodem (oglądanie jego ulubionego aktora w akcji zawsze poprawiało mu humor), „Kac Vegas” (akurat ta komedia wydawała mu się dziwnie adekwatna do niewesołej sytuacji, w jakiej się znalazł) i „Matrixa” (stwierdził, że przyda mu się trochę wiary w siłę wiary). Po seansie zamierzał jeszcze przeczytać choć rozdział z książki o pewnym nigdy nie poddającym się nieśmiertelnym, jednak kiedy na ekranie jego laptopa pojawiły się końcowe napisy filmu braci Wachowskich, znajdował się już w innym świecie.

* * *

- Co robisz z tym dywanem? Zwariowałeś?
Śmiech wymieszany ze zdziwieniem.
- Chociaż nie będzie mu zimno.
Nieprzyjemny dotyk czegoś ubłoconego.
- Daj spokój. Zresztą chodźmy już stąd.
Coraz bliższy dźwięk metalicznego zgrzytu.
- Też ci się to nie podoba, nie?
Przerażenie wymieszane z dezorientacją.
- Nie, to… Musimy już iść.
Zagubienie przechodzące płynnie w beznamiętność.
- Masz rację. Ale on…
Próba nawiązania kontaktu…

* * *

Obudził się po dziesiątej. Choć jego żołądek wciąż nie działał jak należy, zgodził się chyba na tymczasowe zawieszenie broni, bo przyjął niedużą porcję delikatnego śniadania. Pozwoliło ono jego właścicielowi na trzeźwiejszą ocenę sytuacji. W pierwszej kolejności Sebastian włączył więc radio, żeby upewnić się, że wczorajszy dzień nie był jedynie kompletnie nielogicznym snem. Ku swojego rozczarowaniu ponownie nie odnalazł żadnej nadającej stacji, więc postanowił wykorzystać swoją ostatnią szansę na kontakt z inną istotą ludzką – telefon komórkowy. Żeby odnaleźć ładowarkę, przeszukał cały dom i pół klatki schodowej. Zauważył ją w końcu w koszu na brudne ubrania. Nie mając czasu na zastanawianie się, jakim cudem mogła się ona tam znaleźć, szybko podłączył ją do telefonu, poczekał kilka parę chwil i wykonał pierwszy telefon. Najpierw do Jarka. Nic. Potem do matki, ojca, siostry, a nawet byłej dziewczyny. W końcu do Adama.
- Cześć, stary, co tam słychać – usłyszał w słuchawce znajomy głos.
- Cześć, ja… - zaczął, kompletnie zaskoczony faktem, że w końcu ktoś się zgłosił.
- Żartowałem, to poczta głosowa. Nagraj wiadomość po sygnale – dokończył Adam.
Sebastian z wściekłości rzucił telefon na ziemię. Już trzeci raz dał się na to nabrać. I to akurat w takim momencie.
- Adam, ty debilu! – krzyknął rozwścieczony.
Po chwili jednak zrobiło mu się bardzo smutno – siedział sam w pustym domu, a pewnie i mieście, nie miał się do kogo odezwać i nawet nie wiedział, gdzie się wszyscy podziali. Nagle bardzo zatęsknił za nieraz głupkowatymi żartami Adama. Obawiał się, że może już nigdy ich nie usłyszeć.
- Czemu to jestem akurat ja? – szepnął sam do siebie i, nie chcąc kompletnie się rozkleić, postanowił kolejny raz przejść się po mieście.
Najpierw skierował się w stronę Starego Miasta. Chciał zobaczyć, czy o dwunastej na ratuszowej wieży zobaczy koziołki. Mijając nierozłożone straganiki i puste krzesła w licznych ogródkach piwnych, słysząc tylko dziwnie głośny dźwięk własnych kroków i czując w powietrzu zapach nieprawdopodobnej wręcz samotności, zasępił się jednak jeszcze bardziej. Oczekując godziny dwunastej, usiadł w klęczki na wybrukowanym deptaku i zwiesił głowę. Nagle usłyszał za sobą coś jakby szept. Błyskawicznie odwrócił się, by przekonać się, jakiego tym razem figla spłatał mu umysł, jednak ku swojemu zdziwieniu zobaczył żywą istotą. Nie był to co prawda człowiek, ale z pewnością coś, co porusza się, je i wydaje różne dźwięki.
- Gołąb! Prawdziwy gołąb! – zawołał, uśmiechając się do ptaka – Chodź tu mały, zaraz znajdziemy dla ciebie coś na dziób.
Stworzenie przyglądało mu się ciekawie, jednak nie dało się dotknąć. Za każdym razem, kiedy Sebastian sięgał ku niemu dłonią, gołąb odskakiwał w bok, dziwacznie machając skrzydłami.
- Nie możesz latać? – zapytał go, jednak ten tylko przekrzywił śmiesznie łebek, jakby dziwiąc się człowiekowi próbującemu rozmawiać z ptakiem.
Wszystko wskazywało na to, że stworzenie odniosło niedawno dość ciężkie rany – jedno z jego skrzydeł było dość mocno poszarpane i gołąb nie potrafił już wzbić się w powietrze. Bojąc się, aby go nie spłoszyć, Sebastian ostrożnie wstał i rozejrzał się wokoło. Jak się spodziewał, nie dostrzegł żadnej leżącej na ulicy pajdy chleba, jednak w okolicy było tyle sklepów, że…
Po pół godzinie miał już w ręku bochenek chleba. Gołąb z entuzjazmem skubał rzucane mu okruchy. Dawał się już nawet dotknąć. Sebastian z początku bał się, że ptak ucieknie, jednak ten cały czas za nim podążał, a kiedy wreszcie otrzymał za swoją wytrwałość nagrodę, było już pewne, że na razie nie zamierza nigdzie się oddalać. Zresztą i towarzyszący mu człowiek nie zamierzał w najbliższym czasie opuszczać Starego Miasta. Żwawo podreptujące stworzenie było chyba najciekawszym, co mogło go spotkać w skąpanym w ciszy mieście. Strasznie bowiem zaczynało go już nudzić wędrowanie pustymi ulicami, a nawet wystawanie pod ratuszem w oczekiwaniu na koziołki, które i tak się nie pojawiły. Wyglądało na to, że w całej okolicy znajdowały się tylko dwie żywe istoty – samotny człowiek i ranny ptak.

O siedemnastej zaczęło padać. Gołąb, zapewne chcąc schronić się przed deszczem, gdzieś znikł, a Sebastian zdecydował, że nie pójdzie go szukać. W tak pustym mieście nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Chyba, że oprócz nich jest tu ktoś jeszcze… Ta myśl nie dawała mu spokoju. Jeśli pozostał on i ptak, być może udało się to jeszcze komuś. Kto wie, czy wskazówką nie było kalectwo stworzenia. Nie potrafiło ono latać, a więc… To bez sensu – skarcił się w myślach. Przecież ludzie nie latają, a zniknęli. Wszyscy. Tu musi chodzić o coś innego. Jeśli w ogóle o coś chodzi. Pogrążając się w takich niewesołych rozmyślaniach nawet nie zauważył, że właśnie minął kolejne otwarte na oścież drzwi. Po chwili przystanął i przyglądając im się, wpadł na pewien pomysł. Skoro tyle drzwi jest otwartych, może spróbować poszukać w nich czegoś, co pomogłoby mu wyjaśnić zagadkę zniknięcia wszystkich ludzi (a także innych żywych stworzeń)? Oczywiście musiałby na to poświęcić bardzo dużo czasu, ale przecież czego jak czego, ale tego mu akurat nie brakowało…

Szukał do wieczora, jednak nie znalazł niczego konkretnego – wszystko wskazywało na to, że nagle, w środku nocy, wszyscy po prostu wyszli i zniknęli. Kompletnie nie trzymało się to kupy, ale tak właśnie musiało się stać. Wiedząc, że nie ma sensu szukać po ciemku, zaraz przed zapadnięciem zmroku, Sebastian wrócił do domu. Skąpane w strugach wody ulice wyglądały jeszcze smutniej niż wcześniej, a kiedy dodatkowo spowiła je rozjaśniona nielicznymi światłami noc, nawet dorosłemu mężczyźnie zdawały się po prostu przerażające.

* * *

- Trzeba go trochę popilnować.
Troska walcząca o lepsze z niepewnością.
- Trzeba iść. Da radę.
Zgrzytliwe dźwięki przejmujące do szpiku kości.
- Na pewno?
Metaliczny zew.

* * *

Następnego dnia kontynuował swoje poszukiwania. Sprawdził wiele prywatnych domów, instytucji i sklepów, jednak nigdzie nie znalazł nic, co wyjaśniłoby nagłe zniknięcia. Kiedy zrezygnowany siedział w wielkim fotelu wewnątrz kolejnego z przeszukiwanych mieszkań, gdzieś za sobą usłyszał stęknięcie. Z początku zignorował je, sądząc, że tylko mu się wydaje, jednak kiedy dźwięk się powtórzył, postanowił sprawdzić jego źródło. Wstał więc i rozejrzał się wokół siebie. To mieszkanie z pewnością było puste, a… Usłyszał stęknięcie kolejny raz. Teraz był już pewny, że dochodzi ono z mieszkania położonego obok. Czując podniecenie wymieszane ze strachem, ostrożnie wyszedł z przeszukiwanego lokum i nacisnął na klamkę drzwi z numerem 37, zza których, jak mniemał, rozległ się dziwnie ludzki odgłos. Ku jego rozczarowaniu musiały one jednak być zamknięte. Bojąc się, że mimo wszystko tylko mu się wydawało, przyłożył ucho do drzwi i nasłuchiwał. Na próżno. Kiedy już miał odejść, zza drzwi rozległ się głos innego rodzaju, a jednak z pewnością ludzki – głuche, ciężkie kasłanie.
- Jest tam kto? – zawołał, jednak nikt mu nie odpowiedział.
Może to ktoś chory tak bardzo, że nie jest w stanie mi otworzyć? – pomyślał.
- Halllo! Jeeeeeest tam kto?! – odpowiedziało mu jedynie stłumione stęknięcie.
Wiedząc, że nie ma innego wyjścia, naparł całym ciężarem ciała na drzwi, próbując je wyważyć. Chociaż z początku nawet nie drgnęły, w końcu, kiedy solidnym kopniakiem nadkruszył zamek, razem z nim wpadły do środka pomieszczenia.
- Jest tu kto? – zawołał raz jeszcze, wiedząc, że nie uzyska żadnej odpowiedzi.
Cały czas uważnie obserwując otoczenie, wstał z ziemi, a kiedy już otrzepał spodnie z pyłu, jaki wzniecił podczas wyważania drzwi, ukląkł w korytarzu i nasłuchiwał. Po niedługiej chwili usłyszał kolejny atak kaszlu. Wszystko wskazywało na to, że dochodził on z pokoju położonego po jego lewej stronie. Nie chcąc oddać się we władania strachowi, jaki nie wiadomo czemu zaczął go ogarniać, pewnym krokiem wszedł do pomieszczenia.
W łóżku pod ścianą leżał nieprawdopodobnie stary człowiek. Jego wysuszona skóra przypominała bardziej pergamin niż ludzką tkankę. Wątła pierś staruszka niemal niezauważalnie podnosiła się i opadała, czasem tylko wstrząsana nagłym atakiem kaszlu. Oczy mężczyzny były zamknięte.
- Ja tylko…
- Woody – wychrypiał starzec.
- Dobrze – skinął tylko głową Sebastian, zdziwiony, że człowiek był w stanie się odezwać i skierował się do kuchni po jakiś napój.
Kiedy jednak skropił mu usta zimną wodą, starzec tylko zarzęził kompletnie niezrozumiale i zapadł w niespokojny sen. Odezwał się ponownie dopiero pół godziny później.
- Oniii… - zaczął nagle, wyrywając Sebastiana z półsnu – Oni przyszli.
- Kto przyszedł?
- Oniii – starzec zakaszlał ciężko – Oni przychodzą.
- Przychodzą? – zapytał zaintrygowany Sebastian.
- Oni – mężczyzna nagle otworzył oczy, spoglądając na rozmówcę zabarwionymi na niewiarygodnie jasny błękit tęczówkami – Oni wrócili…

* * *

- Musimy iść.
Świdrujący, metaliczny zgrzyt.
- Tak. Idziemy.
Regularne kroki dwojga ludzi.
- Choodź do nas.
Wypływające z niezmierzonej głębi czasu wezwanie.
- Chooodź do nas.
Niedające się w żaden sposób opanować pragnienie wstania.
- Choooooodź…
Metaliczny zgrzyt przywołujący boleśnie każdy zmył, mięsień i nerw.
- Choooooodź…
Nieprawdopodobna wściekłość na własną bezsilność i żal za niemożnością odpowiedzenia na wezwanie.
- Wróć do nas…

* * *

Siedział na ogarniętym niemal całkowitą ciemnością moście. Pod jego nogami rozpościerały się metalicznie połyskujące tory. Gdzieś w oddali słychać było dziwny, zgrzytliwy odgłos, on jednak starał się go nie słuchać. W jednym ręku trzymał butelkę znakomitego starego wina, a w drugim duży szklany kielich.
- Może kiedy się znowu napiję, wrócicie – powiedział na głos – A może zwrócicie mi ludzkość. A może po prostu obudzę się we własnym łóżku, śmiejąc się z tak popapranego snu. Może – nalał sobie do kielicha ciemnoczerwonego napoju – Wasze zdrowie! – podniósł go do ust, uśmiechając się nieznacznie.
Gdzieś w oddali coś zazgrzytało, w taki sposób, jakby jedna niewiarygodnie wielka maszyneria ocierała się o inną, równie potężną. Jednocześnie miało się wrażenie, że niosące ten dźwięk tory przyzywają każdego, kto na nie spojrzy, zachęcając, aby podążył nimi aż do źródła metalicznego hałasu.
- A tymczasem – odezwał się znów siedzący na moście człowiek – Będę tu przychodził i wypatrywał waszego powrotu, popijając wino. Codziennie. Będę tu na was czekał aż do końca świata – uśmiechnął się do ginących w mroku nocy torów – I trzy dni dłużej.

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu