Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Wizje

Gdy wynurzył się z kolejnego nieprzepuszczającego światła skupiska zarośli, miał de ja vu. Wydawało mu się, że już kiedyś tutaj był. Zresztą może wcale nie było to żadne de ja vu - musiał się tułać po lesie już od dłuższego czasu, bo słońce stało już wysoko na niebie, a bateria w jego telefonie dawno się wyczerpała.
- Gdzie ja, kurwa, jestem? - powiedział do otaczających go krzewów jeżyn, jakby spodziewając się odpowiedzi.
Pokryte kolcami łodygi nie odpowiedziały. Zadrapały mu za to dotkliwie skórę, kiedy próbował się przez nie przedrzeć, sprawiając, że po starej zaschniętej krwi pociekła całkiem świeża.
Ile czasu już tu błądzę? - zapytał sam siebie. Nie znał się na określaniu dokładnej godziny z położenia słońca - jego uczestnictwo w lekcjach geografii ograniczało się głównie do konstrukcji papierowych samolocików uderzających raz po raz w wielki odrapany globus znajdujący się dokładnie na przecięciu drogi pomiędzy dwoma rzędami ławek. Nie był jednak na tyle głupi, żeby nie zauważyć, że jest już po południu. Cholera jasna - krzyknął wewnątrz własnej czaszki - po południu to było ze trzy godziny temu. Teraz może dochodzić siedemnasta. Co ja tutaj robię?
Nie przypominał sobie tej części lasu, chociaż jeszcze wczoraj był święcie przekonany, że nie jest mu obce żadne drzewo w tej okolicy. W tej okolicy - strofował się w myślach - A może pieprzony problem polega na tym, że wcale nie jestem w TEJ okolicy? Potrząsnął głową - był dziwnie otępiały i senny, na dodatek znowu dostał ataku migreny. Nie czuł się jednak na tyle źle, żeby mieć problemy z rozróżnianiem rzeczywistości od wytworów własnej fantazji, stąd nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że nie pamiętał nie tylko, kiedy się tu znalazł, ale po co i dlaczego. Jego ostatnie wspomnienia dotyczyły dnia poprzedniego - wieczorem oglądał wtedy jakiś film na HBO, a potem poszedł spać. A rano... Ranek, południe i wczesne popołudnie pozostawały dla niego czarną plamą.
Znowu potrząsnął głową, jakby spodziewając, się ten nagły akt przemocy wobec zawartości własnej czaszki pozwoli mu dojść do jako takiego porozumienia z opornymi szarymi komórkami. Na nic to się jednak nie zdało – wciąż nie wiedział wystarczająco wiele, by podjąć chociaż prowizoryczną próbę ułożenia sobie planu wyjścia z sytuacji. A wyjście z sytuacji w chwili obecnej ograniczało się w zasadzie jedynie do wyjścia z lasu. Jedynie. I aż do tego.
Popołudniowe słońce przedzierało się przez drobne bukowe liście, niemal boleśnie rażąc go w oczy. Nie do końca jeszcze wysuszona jego promieniami ściółka delikatnie chrzęściła pod sportowymi butami. To też go denerwowało. Nawet ulotny zapach świeżego chlorofilu. Nawet odległe ćwierkanie ptaków. Nawet jego własne, ociężałe ciało z trudem przedzierające się przez las. Okropny, pieprzony las.
W głowie kłębiły mu się strzępki jakichś dziwacznych obrazów, jakieś oczy, błękit rannego nieba, czerwień sportowej bluzy. Nie wiedział co to wszystko znaczy, nie wiedział nawet, czy nie interpretuje, nie nazywa tych rzeczy niewłaściwie. Wiedział tylko, że jego umysł miesza ze sobą jak w kalejdoskopie obrazy, jakie dostarcza mu jego narząd wzroku i te, które wyłaniają się gdzieś spod pierzyny niepamięci. Jakkolwiek by tego jednak nie nazwać, nie było dla niego w żaden sposób przyjemne, ani intrygujące; dość powiedzieć, że najchętniej przywołałby do porządku wszystko to, co Freud zwał id, ego i superego (a jeśli zajdzie taka potrzeba, nawet pieprzone superid czy hiperego), żeby wreszcie móc myśleć racjonalnie. Jego podświadomość miała jednak w głębokim poważaniu to, czego pragnął i dalej podsuwała mu dziwaczne wizje. Nie pomagało nawet solidne uderzenie się pięścią w okolicę potylicy, zbawienne w momencie potrzeby natychmiastowego (choć chwilowego) uwolnienia się od zgubnego wpływu alkoholu etylowego.
- Zamknij się, kurwa! – krzyknął do siebie samego, potykając się o kolejny wystający z ziemi korzeń. Chociaż było to absolutnie irracjonalnie, wydawało mu się, że las jest przesycony złem, czystym, absolutnie świadomym złem, które zaczęło mu się nagle objawiać w każdym wykrzywionym w dziwny sposób konarze, każdym zawodzeniu leśnych ptaków i każdym promieniu przebijającego się przez zasłonę z bukowych liści słońca. Nie wiedział, czemu przyszło mu to do głowy akurat teraz, czemu wcześniej wszystko sprawiało wrażenie zupełnie przyjaznego miejsca. Nie wiedział. Ale czuł się, jak naukowiec odkrywający nagle w przypływie mistycznego olśnienia, najważniejszą zasadę rządzącą wszechświatem. Ten las po prostu był zły. ZŁY. I nienawidził go tak bardzo, że wyprułby mu flaki i zabił, gdyby tylko potrafił. A jednak na razie nie potrafił. Ograniczył się więc do zamotania mu w głowie i przyprawienia o sensacje żołądkowe. Dzięki, łaskawco – pomyślał mężczyzna, spoglądając ponurym wzrokiem po otaczających go drzewach. Gdybym tylko miał siekierę… - przerwał na chwilę swoje rozmyślania, bo znowu się zatoczył – tym razem bez pomocy wszędobylskich korzeni i wpadł na jakiś wielki głaz, o mało nie roztrzaskując sobie przy tym czaszki. Już miał obrzucić go stekiem wyzwisk, kiedy jego wzrok przykuło coś dziwnego; po lewej stronie przerośniętego kamyka dostrzec można było coś, co dziwnie przypominało… Podszedł jeszcze krok. Tak, to chyba na pewno było… Jeszcze krok… Damskie ubranie, na dodatek… Gdy stanął twarzą w twarz ze zjawiskiem, w głowie zakręciło mu się tak bardzo, że musiał złapać się głazu obiema rękami. Poczuł wewnątrz czaszki dziwaczne wirowanie stokroć silniej niż podczas zjazdu na diabelskim młynie (a zdarzyło mu się, podczas podróży do Neapolu, zjeżdżać z naprawdę DUŻĄ prędkością). W jednej chwili przed oczami stanął mu szereg obrazów; z początku wyglądało to bardziej jak kartkowanie albumu z rodzinnymi fotografiami, potem przypominało jakiś chaotyczny niemy film z lat 30., a potem wszystko zaczynało wyglądać zupełnie realnie. No, może prawie zupełnie. Bo poza tym, że nagle jego mózg zamienił się w multimedialny projektor, jakaś część jego zmysłu wzroku wciąż przekazywała do jego udręczonej świadomości makabryczny obraz. Obraz, na jakim widniała zakrwawiona, martwa kobieta wpatrująca się tępym szklistym wzrokiem w napuchnięte i naruszone już przez robaki niegdyś zapewne zgrabne nogi. Z białoczerwonym trampkiem na sinej stopie.

* * *

Była wyjątkowo ładną kobietą przed trzydziestką – jasne, proste włosy upięte w szykowny kok sprawiały, że na pierwszy rzut oka wyglądała nieco za poważnie jak na swój wiek. Kiedy jednak ktoś spojrzałby w jej zielone, rzucające wesołe iskierki oczy, nie uwierzyłby, że maturę zdawała niemal dziesięć lat temu. Taka właśnie była (Adela) Adela.
Do lasu ubrała się jednocześnie gustownie i luźno – biała bluzka opinała jej zgrabne, jędrne ciało, a modne szorty sprawiały, że oko zawiesiłby na niej niejeden nastolatek. Jej celem nie było jednak tego dnia kokietowanie licealistów (prawdę mówiąc, w ogóle nie kokietowała zbyt często, no chyba, że był to ktoś wyjątkowo trafiający w jej gusta – to znaczy myślący o czymkolwiek poza seksem, grami komputerowymi i imprezami), wybrała się w ten ciepły słoneczny dzień, żeby podelektować się ciszą lasu. No i, jeżeli by się udało, nazbierać trochę kurek na sos. Albo chociaż na skromny dodatek do zupy. A jeśliby przy okazji znalazła trochę większe okazy. Cóż, wtedy pewnie spędziłaby w kuchni wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o kolejnych odcinkach „Gotowych na wszystko”. A to już byłoby coś.
Las znała naprawdę dobrze – w tych stronach się wychowała i właśnie w tym lesie spędziła jedne z lepszych chwil swojego dzieciństwa. Często przychodziła tu z ojcem. To on nauczył ją, jak odróżniać kanie od sromotników (potem nigdy nie mogła się nadziwić, jak ludzie mogą je mylić, przecież to tak, jakby pomylić polską reprezentację w nogę z Brazylią – tego porównania zresztą też nauczył ją ojciec). Las był zawsze gościnny i pełen wszelakich skarbów – od jeżyn i poziomek, poprzez kurki, prawdziwki i podgrzybki, aż po wyjątkowo smaczne jabłka i gruszki rosnące w starym, poniemieckim sadzie, dawno już zapomnianym przez wszystkich poza kilkoma weteranami leśnych wędrówek. Czyli między innymi właśnie nią. Bo mimo wyjątkowo młodego (jak na grzybiarza) wieku znała tę okolicę jak własną kieszeń. A może nawet lepiej, bo kieszenie jej szortów były na tyle mało pojemne, że jeszcze nigdy z nich nie skorzystała (ku rozczarowaniu obserwujących ją mężczyzn – większość z nich dałoby z siebie zrobić sos grzybowy, byleby tylko móc zobaczyć, jak wyciąga sobie z tylnej kieszeni słusznych rozmiarów ipoda czy inny elektroniczny gadżet, który sprawiłby, że jeszcze lepiej mogliby dostrzec tylne części jej ciała). Szybko więc trafiła w miejsce, gdzie spodziewała się znaleźć co nieco kurek. Co nieco, bo przecież nie padało już od dość dawna i jakiegoś wielkiego ich wysypu nie należało się spodziewać. Ale kilka deko? Czemu nie. I chociaż z początku przez długi czas wpatrywała się w pożółkłą miejscami ściółkę (lato było tego roku wyjątkowo suche) bez rezultatu, w końcu, kiedy jej wzrok przyzwyczaił się już do słomiano-zielonego otoczenia, udało się jej znaleźć grupę trzech czy czterech wyginających się ku słońcu grzybów. A potem jeszcze cztery. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze! Nie mogąc nacieszyć się widokiem tylu złotawych łepków, ogarnięta bez reszty euforią, jakiej doświadczyć mogą tylko cierpliwi grzybiarze, zupełnie nie zauważyła, że zbliżyło się do niej jakieś stworzenie. Duże i sprawiające wrażenie groźnego, choć…
Odwróciła się dopiero, kiedy do jej uszu dobiegł odgłos sapania. W pierwszej chwili serce podeszło jej do gardła, a ze zdrętwiałej z wrażenia (czy też może bardziej przerażenia) dłoni wypadł na wysuszoną ziemię koszyk z grzybami. Wilk się nie poruszał. Patrzył na nią za to całkiem niegroźnymi ślepiami i dyszał niczym pies po zaaportowaniu wyjątkowo daleko rzuconego patyka.
- Spokojnie, spokojnie – wyszeptała ni to do samej siebie ni to do stojącego kilka metrów od niej stworzenia – Dobry… piesek.
Gdzieś z zakamarków pamięci wygrzebała jakże przydatną teraz informację, że krwiożerczość wilków to wymysł popkultury. Nie pierwszy i nie ostatni zresztą, choć miała nadzieję, że przynajmniej w tym przypadku nie był oparty na żadnych racjonalnych przesłankach.
- Nie chcesz mi nic zrobić, prawda? – wilk lekko przekrzywił łeb, zupełnie nie zdradzając chęci ataku.
Prawdę mówiąc, przypominał jej bardziej jednego z tych dużych, łagodnych psiaków, jakie często widywała w wiosce swojej prababci. I chyba naprawdę nie ma zamiaru mnie zjeść – pomyślała i zdążyła się już lekko uśmiechnąć, kiedy nagle spostrzegła jakieś sto metrów za wilkiem przyczajonego człowieka. Ze strzelbą w ręku. Kiedy zauważył, że ona też go widzi, dał jej ręką znać, żeby się odsunęła. Ona jednak pokiwała przecząco głową, nie chcąc ruszyć się gwałtowniej, żeby nie sprowokować wilka do ataku. Trochę się go jeszcze bała, ale nie widziała powodu, dla którego ktoś miałby zabić tak wspaniałe stworzenie. Poza tym coś jej mówiło, że to wcale nie żaden myśliwy (chociaż i tych zawsze zaliczała do tej wcale nie wąskiej grupy ludzi, którym było zdecydowanie bliżej do pewnych zwinnych przedstawicieli naczelnych niż do homo sapiens), a zwykły kłusownik – pozwolenie na odstrzał wilków wydawano wyjątkowo rzadko. A co dopiero teraz, w taką su…
Mężczyzna gestykulował za plecami wilka jak szalony. Miał szczęście, bo zwierzak był bardziej zaintrygowany obserwowaniem czerwonych trampek kobiety niż tym, co dzieje się za nim. Adela tymczasem wstała z kolan i zdecydowanie pokręciła głową. Coraz mniej zaczynało ją martwić, czy nie przestraszy to wilka. Była prawie pewna, że jej nie zaatakuje, za to może uciec, gdzie pieprz rośnie. A to byłoby zdecydowanie najlepsze wyjście z sytuacji. Mężczyzna (kłusownik! – wrzeszczało coś w jej wnętrzu) nie miał jednak zamiaru rezygnować. Machnął tylko ostatni raz wielką dłonią i przystawił oko do lunety. Kobieta wiedziała, że nie żartuje. Nie chcąc, aby wilk zginął, szybko podniosła z ziemi jakiś kamień (zwierzę zamarło w bezruchu, przyglądając się jej w skupieniu) i rzuciła go najdalej, jak potrafiła. Stworzenie na chwilę wlepiło w nią sprawiające wrażenie przenikliwych, żółte ślepia. Gdy kamień spadał poprzez gąszcz liści i gałęzi, by w końcu zetknąć się z ziemią, zwróciło łeb w tym kierunku, ale w taki sposób, by ciągle móc ją obserwować. Jego pokryte gęstą sierścią łapy nie drgnęły jednak nawet o centymetr. A potem, kiedy już myślała, że zaraz padnie trupem, zerwało się z miejsca i pobiegło w kierunku, w jakim rzuciła kamień. W tym samym momencie padł strzał. Niecelny.
- Ty głupia suko! Przez ciebie spierdolił! – widziała, jak mężczyzna wymachuje groźnie rękoma.
Nie podobało się jej to. I chociaż wciąż jeszcze nie mogła otrząsnąć się po serii wypadków, które nastąpiły po sobie tak szybko, ukucnęła i podniosła koszyk, nie sprawdzając nawet, ile kurek znalazło się w nim, a ile leżało porozrzucanych po leśnym runie. Postanowiła dla własnego dobra jak najszybciej się stamtąd oddalić. Ten facet naprawdę musiał mieć nierówno pod sufitem (a nie mówiłam! – powiedziałaby jej koleżanka wegeterianka&aktywistkaekologiczna, z którą w gruncie rzeczy się zgadzała – ktoś, kto strzela do zwierzęcia, żeby mieć co powiesić na ścianie, nie może być normalny). Najlepiej, więc będzie, jeżeli…
Zrobiła może dwa kroki, zniknąwszy już niemal zupełnie za wielkim głazem, jakiego istnienie ledwo wcześniej zarejestrowała, kiedy padł drugi strzał. Z początku myślała, że tym razem wilkowi nie udało się uciec, jednak nie usłyszała jego wycia. Poczuła za to w ciele jakieś dziwne wibracje, jak gdyby kopnął ją prąd. Ze zdziwieniem spojrzała na wrzeszczącego coś myśli… kłusownika, a potem na swoje dłonie. Były całe we krwi. A ją nawet nic nie bolało, a przynajmniej nie tak, jak bolało ją kiedykolwiek wcześniej. Czuła się tak, jakby kopnął ją prąd. O cholernie dużym natężeniu (o tym też dowiedziała się od ojca, który wydał się jej nagle dziwnie obcy i daleki, mimo, że mieszkali w tym samym mieście). Wciąż z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia na twarzy wypuściła koszyk z zakrwawionych dłoni i osunęła się na kolana. Nie wiedziała nawet, gdzie ją trafił. Zresztą to nie miało znaczenia. Czuła, że cierpi całe jej ciało.
- …dolona, głupia suka… - głos wściekłego mężczyzny dochodził do niej z dużej odległości.
Kurki, jakim udało się utrzymać w koszyku po spotkaniu z wilkiem, rozsypały się po ściółce niczym ciałka małych, leśnych stworzeń i znieruchomiały. Kobieta też znieruchomiała, najpierw jednak opadła powoli, jakby w ujęciu slow motion na znajdujący się za jej plecami głaz. Chociaż nie obchodziło ją już dużo więcej poza raz po raz przeszywającymi jej ciało falami wściekłego wyładowania elektrycznego (które oczywiście musiało być objawem umierającego systemu nerwowego), usłyszała jeszcze, jak jakiś człowiek (kłusownik) biegnie szybko przez las.
Nie wiedziała, czy przestraszyło go to, co zrobił, czy też chciał jak najszybciej opuścić miejsce zbrodni. A może to i to. Nie miało to już jednak żadnego znaczenia. W głowie jej dźwięczało. Poczuła słodkawą woń mchu i całej rodziny opieńki miodowej, wyrosłej na z wolna gnijącym pniu, obok którego osunęła się na ziemię. Widziała las, niewzruszony i obojętny na jej los, ale przez to wcale nie wydający się mniej piękny. Widziała go, ale barwy blakły i nikły, by w końcu spowić się w czerwoną mgiełkę, nie pozwalającą jej rozróżnić nawet konturów najbliższych drzew. Słyszała bicie swojego serca. Nierytmiczne, jakby charczące i coraz rzadsze. Ostatnie uderzenie usłyszała tak wyraźnie, a jednocześnie tak nierealnie, jak gdyby siedziała na starej, niezaopatrzonej jeszcze w IMAX-y i inne cuda techniki sali kinowej. Nim głowa opadła jej bezwładnie, kierując spojrzenie niewidzących już oczu na zgrabne nogi, usłyszała jeszcze z ogromnej dali wycie wilka. Nie miała czasu zastanawiać się nad tym, czy było tak naprawdę, czy tylko się jej wydawało, bo chwilę potem nie słyszała już nic.

* * *

Kiedy obraz wewnątrz jego głowy zbladł i rozmazał się, poczuł, że chce mu się rzygać. Bardzo konkretnie i wyraziście – miał ochotę zwrócić wszystko, co tylko znalazło się w jego żołądku, od kiedy wczoraj wieczorem oglądał telewizję. Nie, żeby było tego dużo. Ale cokolwiek, co tam zostało, domagało się natychmiastowej ewakuacji na powierzchnię.
Zataczając się jak pijany, doszedł do najbliższego drzewa i, oparłszy się o nie obiema rękami, zwymiotował na gładki bukowy pień. Na swoje buty zresztą też. Raz, drugi, trzeci i czwarty. Miał wrażenie, jak gdyby wyrzucał z siebie wszystkie wnętrzności. A potem, kiedy chyba zostały mu już tylko płuca (chociaż, sądząc, po rzężeniu, jakie wydobywało się z jego ust i nosa, i z nimi nie było najlepiej), zaczął rzygać samym sokiem żołądkowym. Nie zrobiło mu się jednak po tym ani trochę lepiej – wręcz przeciwnie – świadomość, że jakieś dwa metry za nim zaczyna się rozkładać kobieta (Adela), jaką widział w jakimś cholernym śnie wciąż nie pozwalała mu choćby spojrzeć w tym kierunku. Mając nadzieję, że może mu pomóc oddalenie się od miejsca zbrodni, chwiejąc się, przeszedł kilka kroków w stronę wzgórza. Patrzył w niebo, to trochę go uspokajało (przy czym „trochę” to określenie absolutnie przesadzone), więc nawet nie widział, gdzie stąpa. Nie mógł więc zauważyć dość znaczącej przeszkody na swojej drodze, o którą rzecz jasna się potknął, po czym runął jak długi, wyrzucając z siebie kolejną zdrową porcję soków żołądkowych. A kiedy torsje na chwilę ustały, nawet nie próbował się podnieść, licząc na to, że może zaraz zemdleje i ocknie się w dużo korzystniejszej sytuacji (i miejscu). Albo, co było jeszcze lepszym rozwiązaniem, obudzi się w środku nocy, stwierdziwszy z satysfakcją, że powodem koszmarów był zjedzony cokolwiek za prędko wieczorny kebab. Tyle, że nic takiego się nie działo; mimo, że całe jego ciało wydawało się być jednym wielkim sińcem, wszystkie możliwe bóle, swędzenia i pieczenia czuł wyjątkowo realistycznie. A więc druga opcja odpada. Pierwsza raczej też – musiał przyznać, gdy jego udręczony umysł po kilku minutach leżenia wciąż nie miał najmniejszej ochoty wyświetlić niebieskiego ekranu. Westchnął więc ciężko, czując, jak znów zbiera mu się na wymioty i spróbował wstać. Usiłując znaleźć dłonią jakieś oparcie, wysunął ją w stronę przeszkody, o jaką się potknął i…
Z początku próbował sobie wmawiać, że tylko mu się wydaje. Potem pomyślał, że może na wskutek tego całego otępienia dotoczył się znowu pod głaz, nawet tego nie zauważając. Aby to sprawdzić, uniósł nawet głowę i kątem oka, żeby przypadkiem nie spojrzeć na to, na co właśnie natrafiła jego dłoń, przyjrzał się miejscu zbrodni. Głaz był na miejscu, trup zresztą też. A więc…
Chociaż nie chciał tego robić, wiedział, że nie ma innego wyjścia. Ostrożnie podniósł się na łokciach, czując, że kręci mu się w głowie tak, jak chyba jeszcze nigdy w życiu i ostatkiem sił powstrzymując falę wymiotów. Wyprostował się, gotowy na wszystko (albo wręcz przeciwnie – zupełnie nie gotowy, lecz pogodzony z nieuchronnością losu) i spojrzał na przeszkodę, o jaką się potknął.
Głowa była niemal oddzielona od ciała. Rozszarpane gardło wydawało się mu być osobnym organizmem, jakąś krwawą bestią z kosmosu, która zadomowiła się w trzewiach mężczyzny i wygryzła sobie drogę na wolność, zupełnie jak Obcy z filmu Ridleya Scotta. Poszatkowane żyły przywodziły na myśl jej kończyny, a wewnętrzna strona gardła – przystosowaną do życia w gorącym klimacie skórę. Tyle, że to nie był żaden obcy. To nie był nawet diabeł czy demon – to były straszliwie okaleczone zwłoki mężczyzny w średnim wieku. Prawdopodobnie myśliwego albo sprytnie maskującego się kłusownika. Obok leżała załadowana strzelba. Cała we krwi. Prawdę mówiąc wszystko było we krwi – ciemnej, gęstej i matowej.
- Kurwa!? – wrzasnął na cały głos, samemu nie wiedząc, czy jest to bardziej stwierdzenie czy pytanie.
A potem, zanim zdążył cokolwiek zrobić, przed jego oczami znów pojawił się obraz. Obrazy. Dźwięki, zapachy i… myśli. Myśli zamordowanego człowieka. Chociaż chciał krzyknąć z niemal fizycznego bólu i rozpaczy, nie mógł. Nie mógł, bo nie panował już nad sobą. Był kimś innym. Był nim.

* * *

Tego dnia nie miał wcale wyjść do lasu. Żona planowała wyjazd do hipermarketu na weekendowe zakupy, ale nagle rozbolało ją gardło (Tomasz nigdy nie mógł zrozumieć, jak można zachorować w środku lata; w ogóle ciężko mu było zrozumieć jakąkolwiek chorobę – sam ostatni raz rozłożył się chyba w 5. klasie podstawówki, kiedy w połowie stycznia latał przez pół dnia bez kurki, czapki i szalika) i postanowiła podleczyć się w domu. A, że pogoda była wyjątkowo korzystna na wypad na polowanie, nie zamierzał spędzić dnia przez telewizorem. Najlepiej czuł się na świeżym powietrzu, więc kiedy tylko była okazja, wyruszał na samotne wyprawy (no, czasami nie samotne – miał kilku kumpli, którzy też lubili pochodzić ze strzelbą, tyle, że kiedy wybierał się z nimi, najczęściej wszystko kończyło się kilkoma piwami w myśliwskim wigwamie, a wtedy wszelka zwierzyna, nawet gdyby mieli ochotę ją ustrzelić, uciekłaby im na jednej nodze). Tak jak dzisiaj. I chociaż chciał wrócić do domu na wieczorny mecz, miał jeszcze sporo czasu na spokojne rozejrzenie się po okolicy.
Powiedzieć, że znał las, to nie powiedzieć nic. Od dziecka buszował po zaroślach, wspinał się na sosny i nurkował w leśnym jeziorze. Nie było chyba tutaj drzewa, którego by nie pamiętał. Wiedział, gdzie najczęściej można spotkać lisy, gdzie sarny, a gdzie dziki. I chociaż wielką przyjemność sprawiał mu sam spacer po lesie, samo wciąganie w płuca intensywnego żywicznego zapachu, to jednak najbardziej kochał polowanie. Polowanie, w czasie którego tropił zwierzynę, przez jakiś czas deptał jej po piętach, by wreszcie położyć ją celnym strzałem. Albo dwoma. Nie mógł nad tym zapanować, ale sprawiało mu to radość. Nie, żeby się tym chwalił, ale to było po prostu nie do opanowania. Nikt, kto wcześniej nie polował, nie mógł tego zrozumieć. Czasem się tego wstydził, czasem tego żałował, ale nie potrafił tego z tego zrezygnować. Można by to porównać chyba tylko do satysfakcji wynikającej z osiągnięcia celu po nocy z atrakcyjną kobietą. Nawet kiedy bardzo mu na niej zależało, nawet kiedy ją kochał, a seks miał być tylko wisienką na torcie, nie mógł na to nic poradzić. Po prostu czuł tą satysfakcję. Tyle i nic więcej. Chyba był trochę zwierzakiem, jak mówiła mu czasem jego córka Swoją drogą mówiła mu sporo innych rzeczy – za nic nie potrafiła zrozumieć nie tylko jego satysfakcji płynącej z zabicia zwierzęcia (o tej płynącej z seksu nigdy jej nie wspominał), ale też potrzeby odstrzelenia kilku czy kilkunastu sztuk, po to, żeby nie pozdychały potem z głodu. Przyroda daje sobie radę sama. Z reguły. Wyjątkami od niej zajmował się właśnie on. Tyle, że jego córka miała to gdzieś. Zawsze pytała go, czy należy też odstrzelić biedne dzieci w Afryce. Idiotyczne pytanie – przecież nie był Hitlerem. Chociaż czasem zastanawiał się, czy dla dobra większości…
Jego rozmyślania przerwał jakiś hałas. Nauczony nie zdradzać nikomu swojej obecności, momentalnie znieruchomiał, jednocześnie uważnie nasłuchując. Hałas powtórzył się. Odgłos deptanej ściółki. A więc…
Wychylił się w stronę, z której dochodził odgłos i odetchnął. Człowiek. A raczej kobieta (nie to, żeby był szowinistą, po prostu lubił doprecyzowywanie klasyfikacji napotkanych gatunków). I to całkiem młoda. Pokiwał z uznaniem głową. Gdyby był z dziesięć lat młodszy…
Nagle jego uwagę przykuł jakiś ruch w gęstwinie młodej bukowiny za jej plecami. Mężczyzna wytężył wzrok i w skupieniu obserwował nieruchome rośliny. Tyle, że przed chwilą wcale nie wyglądały na nieruchome. Mógłby przysiąc, że…
- O kurwa – zaklął pod nosem, gdy udało mu się dostrzec charakterystyczną sylwetkę dojrzałego wilka.
Stworzenie zmierzało prosto na kobietę. I chociaż z tej odległości nie widział, czy ma obnażone kły, mógł się spodziewać, że jakiś nieopatrzny ruch sprawi, że z miejsca się na nią rzuci. Poza tym mógł być wściekły. W końcu w okolicy zdarzało mu się znaleźć zarażone wścieklizną nietoperze czy nawet lisa.
Szybko podniósł lufę strzelby do góry i wycelował. Wiedział, że nie ma czasu na żadne ostrzeżenia, czy przepłaszanie zwierzęcia. Obawiał się, że stworzenie może odebrać krzyk jako atak na siebie. Gdyby miał pewność, że wilk nie jest wściekły, być może spróbowałby wystrzelić obok. Tyle, że wcale tego nie wiedział. Poza tym z natury nie ufał wilkom. Może i nie rzucały się z reguły na ludzi, może i wcale nie były tak krwiożercze, jak opisywały to bajki, ale były drapieżnikami. Myśliwymi. A im nie miał w zwyczaju ufać. Może dlatego, że sam był jednym z nich. I czasami nie potrafił nie skorzystać z okazji, by nie odnieść kolejnego myśliwskiego zwycięstwa – nawet jeśli zwierzę było bezbronne. Wilk mógł rozumować tak samo. A wtedy zaraz zaatakuje kobietę. Miał więc tylko jedną szansę na celny strzał. Jeśli chybi…
Huk wystrzału rozdarł ciszę lasu tak niespodziewanie, że zdziwiło to nawet samego myśliwego. Tym bardziej wilka.
- Kto strzela? – zapytała nagle przestraszona kobieta, zrywając się na równe nogi.
Myśliwy szybko przeładował strzelbę i przesunął się o krok w dół zbocza. Wydawało mu się, że wilk padł martwy, ale z tego położenia nie mógł tego na pewno stwierdzić. Dla pewności raz jeszcze spojrzał w lunetę i… zamarł.
Ciszę lasu rozdarł przeraźliwy krzyk.
Gdyby kobieta zobczyła wilka, pewnie nie zachowałaby się w ten sposób. Pewnie zamarłaby w bezruchu, starając się zachowywać cicho i niezwykle spokojnie. Tyle, że wcale go nie dostrzegła, a kiedy ranione w tylną łapę zwierzę rzuciło się w bok, gwałtownie odwróciła się w stronę myśliwego, którego zresztą również nie zauważyła i uderzyła koszykiem z grzybami prosto w głowę rozjuszonego zwierzęcia. A potem wszystko działo się już niezwykle szybko.
Najpierw ugryzł ją w rękę, wbijając zęby w skórę i rozrywając ją aż do kości. Potem, kiedy uderzyła go drugą po pysku, rzucił się jej do gardła i rozdarł je zamaszystym kłapnięciem paszczy, sprawiając, że z jej szyi trysnęła fontanna krwi. Łapami rozerwał jej jeszcze skórę na piersi, a potem chwycił w zęby płat luźnej skóry i zaczął go szarpać. Był już jednak trochę spokojniejszy – kobieta nie krzyczała. Nie miała już jak.
Myśliwy nie mógł strzelać z tej odległości. Było tak samo prawdopodobne, że trafi ją jak i wilka, a poza tym ręka trzęsła się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Czemu na wszystkich myśliwskich kursach nie uczono, jak radzić sobie ze stresem, kiedy zwierzę dopadnie człowieka? I czemu nie denerwował się nigdy dotąd, chociaż zastrzelił już tyle całkiem groźnych drapieżników? Czemu akurat teraz? I chociaż te wszystkie pytania zaczęły go nagle niezwykle nurtować, nie miał czasu, by sobie na nie odpowiedzieć. Musiał coś zrobić. I to szybko. Zbiegał więc jak szalony w dół zbocza, raz po raz potykając się, a w końcu przekoziołkowując nad jakimś kryjącym się w trawie pniakiem i osuwając się o ładnych parę metrów niżej. Nie zatrzymał się jednak nawet na chwilę. Krzyk kobiety właśnie zamarł. I chociaż z tej odległości nie widział jej jeszcze dokładnie, obawiał się najgorszego.
Po kilkunastu sekundach dotarł na wysuniętą półkę i stwierdził, że musi spróbować. Odległość wciąż była duża, ale nie miał wyjścia. Szybko oparł strzelbę o prawy policzek i wycelował. I chociaż to, co zobaczył w lunecie, sprawiło, że zadrżał, udało mu się jednak jakoś opanować. Wstrzymał oddech i wystrzelił.
Tym razem wilk dostał w podbrzusze. Siła odrzutu powaliła go wprost na umierającą kobietę. Lecz wyzwoliła w nim również na nowo wściekłość. I to nie na ten kawał mięsa, który miał pod sobą, a na tego, który do niego mierzył. Dostrzegł go zaraz po wystrzale. Stał na wzgórzu. Niedaleko od niego. Mógł go dopaść. Mógł, więc rzucił się w jego stronę.
Po wystrzale znowu spojrzał w lunetę. Tym razem jednak nie udało mu się opanować. Kiedy bowiem wilk upadł, jego oczom ukazała się jego ofiara. A raczej to, co z niej zostało.
Chociaż wiedział, że musi uciekać, nagle poczuł, że grunt osuwa mu się spod nóg. Próbował wycelować, ale nie mógł nawet nic dostrzec w lunecie – ręka trzęsła mu się za mocno. Zresztą teraz nie potrzebował już do obserwacji żadnych narzędzi – widział wilka bardzo wyraźnie. Rozjuszone zwierzę biegło ku nim z prędkością błyskawicy. I chociaż zabarwiało ściółkę, po jakiej biegło, na wyraźny kolor szkarłatu, nie zdawało się zupełnie przejmować odniesionymi ranami.
Jeśli chciał przeżyć, musiał go zabić, zdawał sobie z tego sprawę aż nazbyt dobrze. Raz już dzisiaj nawalił. Ta kobieta prawdopodobnie umarła. Przez niego. Dał ciała. Tyle, że mógł jeszcze coś ocalić. Ocalić chociaż siebie.
Gdy powtarzał sobie w myślach: „Jestem myśliwym, jestem myśliwym”, wilk był już o kilkanaście metrów od niego. Gdy ostatni raz wycelował, mógł już policzyć wszystkie krople krwi na jego szaro-białym pysku. A gdy położył palec na spuście, zwierzę już do niego doskakiwało. Nic więcej jednak nie zdołał zrobić – wilk rzucił się na niego z taką siłą, że nawet nie zdążył wystrzelić. Chwilę później rzucał się już mu do gardła.
Był silnym mężczyzną. Wiedział o tym już od dziecka, kiedy to nawet starszaki usuwały mu się z drogi, kiedy się zdenerwował. Wiedział o tym jako dorosły facet, kiedy wygrywał niemal wszystkie pojedynki na rękę, nawet z dużo młodszymi przeciwnikami. Wiedział też o tym teraz. Był od wilka silniejszy. Tyle, że zwierzę miało wielkie kły. A on nie.
Chociaż bronił się dzielnie i długo, w końcu wilk dorwał mu się do gardła. Czując, jak życie uchodzi z niego całymi strumieniami, próbował przewrócić się jeszcze na plecy, ale było już na to za późno – zwierzę siedziało na nim niczym jakaś mityczna zmora. Może zresztą naprawdę nią było. Przecież takie wypadki jak ten już się zdarzały.
Gdy nie był już w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, poddał się. Opuścił ręce i przestał się bronić. Wilk, jakby tym zaskoczony zamarł na chwilę w bezruchu.
„Jesteś drapieżnikiem” – powiedział do niego w myślach. „Drapieżnikiem… tak jak ja…” – I ta jedna myśl sprawiła, że spróbował jeszcze raz. Wiedział, że umrze, ale chciał do końca pozostać myśliwym. Drapieżnikiem. Ostatkiem sił uniósł więc strzelbę, która leżała obok niego i wystrzelił. Na oślep.
Wilk zawył straszliwie, a potem raz jeszcze zatopił kły w jego szyi. Tyle, że też był już tylko żywym trupem. Dostał prosto w porośnięty bujną sierścią tors.
Myśliwy ostatni raz poczuł w swoim życiu satysfakcję. Ostatnią jego myślą był lekki żal, że nie obejrzy meczu. Zdziwiłby się jeszcze, że w ostatniej sekundzie przychodzą mu do głowy tak trywialne rzeczy, ale już nie mógł. Umarł.
Wilk powyżywał się jeszcze trochę nad martwym ciałem, jednocześnie samemu przeżywając potworne męki. A potem, kiedy jego krew wymieszała się już na dobre z krwią myśliwego, zawył żałośnie i, czując jak jego narządy przestają funkcjonować, odczołgał się parę metrów w bok. Nie spojrzał ostatni raz na swojego ostatniego pokonanego przeciwnika, nie wydał już z siebie żadnego dźwięku. Po prostu przestał oddychać. I już go nie było.

* * *

Gdy wrócił do siebie, poczuł się jak wyżerana od środka przez larwy osy rozbójnicy gąsienica. Bolało go wszystko, co mogło boleć, czuł narastające poczucie bezsilności i frustracji i przede wszystkim, niemożliwą do wyobrażenia mieszankę psychicznego cierpienia własnego i dwojga z wolna rozkładających się ludzi, jakich śmierć był w stanie w jakiś sposób zobaczyć.
Nie wiedział, która z nich była prawdziwa, czy może też która była prawdzie bliższa. I w sumie nie za bardzo się nad tym zastanawiał. Bardziej interesowało go to, czemu akurat on musiał tego wszystko doświadczyć. I kiedy ten koszmar się wreszcie skończy.
Nie mając pojęcia, w którą stronę idzie, zatoczył się i o mało nie rozbił sobie głowy o najbliższe drzewo. Słońce świeciło mu w twarz, sprawiając, że jeszcze bardziej chciało mu się wymiotować, a bezlitosne korzenie nie zamierzały usunąć się spod nóg. Nie miał już na nic siły. Chciał tylko wreszcie stąd uciec, wreszcie znaleźć się we własnym domu, albo przynajmniej jak najdalej od tego przeklętego lasu i koszmaru, jaki się tu rozegrał. Prawdę mówiąc, dałby teraz wiele nawet za to, żeby po prostu umrzeć. Paranoja, jaka stała się jego udziałem była nie do zniesienia. W głowie kłębiło mu się tysiąc myśli. Nie wiedział już nawet, czyje są jego. Nie był pewny, kim jest. Wiedział tylko, że jest tu, w samym środku dzikiej głuszy. I że umiera. Umiera, chociaż wciąż żyje. I to było najgorsze. Nie potrafił nawet na dobre umrzeć. Trwał za to pośrodku tej krainy szaleństwa w ni to życiu ni śmierci, nie mogąc nawet logicznie zastanowić się nad swoją sytuacją.
W końcu, po trwającej co najmniej milion wieczności chwili zawieszenia oderwał się z trudem od drzewa i powlókł przed siebie. Nie wiedział, gdzie, ale to nie było ważne. Istotne było to, że chociaż coś się zmieniło, choćby miało to być tylko jego położenie w przestrzeni.
A potem na niego wpadł. Z początku myślał, że to myśliwy. Z tym, że to wcale nie był myśliwy. To w ogóle nie był żaden człowiek. Tylko wilk. Na dodatek martwy.
Chociaż wiedział, co się zaraz stanie, próbował uciekać. Odwrócił się i zaczął biec przed siebie, nawet całkiem szybko jak na kogoś, kto już niemal do reszty postradał zmysły. Tylko, że widok zbielałych ślepiów, wywalonego na wierzch suchego jęzora i zmierzwionej sierści przebijał się do jego mózgu przez cienką zasłonę rzeczywistości. I robił to na tyle skutecznie, że po chwili nie widział już prawie, gdzie biegnie. Upadł więc na kolana, poddając się kolejnej wizji. Czuł, że tym razem będzie inaczej. Zupełnie inaczej. Bo nie był już człowiekiem. Był wilkiem.

* * *

Biegł przez las, łowiąc czułym nosem przeróżne zapachy. Zdawało mu się nawet, że wyczuwa woń borsuka. Dość słabo, ale jednak. Jeśli miałby ochotę, mógłby spróbować go wytropić. Tyle, że nie miał. Nie pogardził za to powylegiwaniem się w blasku słońca na polanie, którą właśnie udało mu się dostrzec; rzucił się na ładnie wyrośniętą trawę i wystawił pysk ku niebu.
Nie dane mu było tam jednak leżeć specjalnie długo. Po kilku minutach bowiem ciszę rozdarł huk wystrzału. Kula musiała przelecieć bardzo blisko wilka, bo aż zmierzwiła mu sierść na grzebiecie. Zwierzę nie wiedziało, rzecz jasna, czym była, lecz nieomylnie kojarzyło ją z niebezpieczeństwem. I to całkiem bliskim. Zerwało się więc na równe nogi i popędziło przed siebie… Chociaż nie mogło wiedzieć, czy zbliża się, czy też oddala od myśliwego.
Gdyby zwiększyć mu inteligencję o kilkadziesiąt procent i nauczyć ludzkiego sposobu myślenia, powiedziałby, że dziwi go nie tylko kłusownictwo, ale też próby naprawiania przyrody za pomocą kontrolowanych odstrzałów. Jeśli człowiek ma co jeść, po co zabija wszystko, co może stanowić dla niego wyzwanie, ale z pewnością nie zagrożenie? I po co wtrąca się do praw, które z powodzenie pozwoliły przetrwać silniejszym gatunkom, a słabszym wyginąć przez co najmniej miliard lat? Wilk wcale by tego nie zrozumiał, nawet gdyby jego IQ przekraczało iloraz inteligencji Dody. Zwierz jednak nie był (na swoje szczęście) ani Dodą, ani w ogóle człowiekiem. Nie potrafił też mówić, ani rozumować tak jak człowiek i w ogóle nie interesowało go zastanawianie się nad czymkolwiek. Po prostu żył. I polował.
Tego dnia jednak był najedzony. Zresztą ludzie zajmowali jedno z ostatnich miejsc w jego potencjalnym jadłospisie. Musiałby być baaaardzo głodny, żeby się na nich skusić. Ale na szczęście las obfitował w gro innych, dużo smaczniejszych stworzeń. Na przykład kun, których wyjątkowo dorodnego przedstawiciela (a może przedstawicielkę? – w sumie nie robiło mu to większej różnicy) upolował poprzedniego dnia. A teraz chciał jedynie odpocząć. Na tyle, na ile mogła mu oczywiście pozwolić jego wilcza czujność. Lecz nie mógł. Bo teraz to ktoś inny mógł go upolować.
Biegł przez las, uważnie obserwując okolicę. Niczego podejrzanego jednak nie widział. I nie słyszał. Chociaż czuł bardzo niepokojący zapach. Zapach człowieka.
Chcąc chwycić trop, zatrzymał się i zaczął węszyć. Jego nozdrza szybko zwężały się i rozszerzały, wyczuwając nawet najmniejsze ślady setek leśnych woni. I co najmniej kilku, które wcale tu nie pasowały, bo…
Dostrzegł człowieka na chwilę przed tym, zanim ten nacisnął na spust. Coś powiedziało mu, żeby uciekał, mimo, że ten stał bez ruchu. Wilk puścił się więc pędem przed siebie, wpadł w zarośla i wybiegł na obfitującą w przeróżne gatunki grzybów polankę. Nie interesowały go jednak kurki, kozaki ani muchomory. Nie zainteresował go nawet inny człowiek, jaki przyklękał na ziemi, skupiony na swoim zadaniu. Zagrożeniem był kto inny.
Na chwilę przystanął, żeby zorientować, gdzie jest tamten i wtedy padł drugi strzał.
Gdyby schyliła się chwilę wcześniej, kula ominęłaby ją w bezpiecznej odległości i trafiła w wilka. Gdyby zrobiła to chwilę później, myśliwy wcale by nie wystrzelił. Zrobiła to jednak idealnie w tej chwili, w której nie powinna. A on dokładnie w tej samej chwili wystrzelił. Celowo nigdy nie osiągnęliby takiej synchronizacji. Tyle, że wcale tego nie planowali. Jeśli to prawda, że życie jest loterią to śmierć można na niej wygrać zaskakująco często.
Wilk przestraszył się huku, lecz nie na tyle, by nie próbować się ukryć. Wbiegł więc w zarośla, nie odwracając się za siebie, gdy kobieta zbierająca grzyby padła na miękką trawę, podlewając ją własną krwią.
Ten człowiek chciał go zabić, był tego pewien. Tyle, że kompletnie nie wiedział, jak to możliwe, że może go zranić z takiej odległości. Wiedział tylko, że tak jest. I, jeśli chce przeżyć, nie może się mu pokazywać.
Zaczaił się w kępie młodych buków u podnóża wzgórza. Nie mógł stąd za wiele dostrzec, więc nasłuchiwał. I czekał.
Czas mijał, a wokoło panowała niczym niezmącona cisza. Czuł wprawdzie zapach człowieka, ale nie mógł stwierdzić, z którego kierunku go wyczuwa – wiatru prawie nie było. Czujnie więc wystawił nos z krzaków, potem jedną łapę. Drugą. Cały grzbiet i…
Zauważył go za późno. Zdążył jedynie rzucić się w tył i dlatego dostał tylko w łapę. Pisnął żałośnie i skrył się w zaroślach. Serce biło mu jak oszalałe. Instynkt nie mówił mu, jak obronić się przed bronią palną. Nie podpowiadał mu też, jak zinterpretować rozlewający się na całe ciało kłujący ból w kończynie. Wilk nie wiedział, jak powinien się zachować. No, może poza tym, że również powinien zaatakować. W końcu ciało człowieka jest zaskakująco łatwe do rozszarpania.
Myśliwy nie spodziewał się ataku. Poszukiwał raczej dogorywającego stworzenia. Zresztą niefortunny strzał sprzed kilku chwil odbił na nim wyraźne piętno – puls miał zaskakująco wysoki, a dłonie niepewne. Chciał tylko zabić wilka i…
Gdy odgarnął wolną dłonią bukową gałązkę, stworzenie skoczyło mu prosto na twarz. Wystrzelił na oślep, ale nie trafił. Gdy padał na ziemię, wiedział, że to już koniec. Tym razem to zwierzyna dopadła myśliwego.
Wilk skupiał się na tym, żeby jak najszybciej rozerwać gardło człowieka. Mimo, że nie umiał abstrakcyjnie myśleć, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z niezwykle groźnym przeciwnikiem. Dopiero, kiedy przestanie oddychać, będzie mógł cieszyć się ze zwycięstwa.
Na szczęście dla zwierzęcia, choć opierał się długo, nie był w stanie go pokonać. Ubytek krwi i dość niekorzystna do ataku sytuacja sprawiły, że nie potrafił odepchnąć wilka. Po długiej szarpaninie więc w końcu padł z sił i zamarł w bezruchu. Nie oddychał.
Wilk jeszcze trochę poszarpał zwisającą mu z szyi skórę, zawarczał groźnie i szczęknął, by wreszcie zejść z człowieka. Nie zamierzał go jeść – nie był głodny, poza tym ludzkie mięso nie było tym, co lubił (a przynajmniej tak podpowiadał mu instynkt).
I chociaż niemiłosiernie bolała go łapa, niedługo potem wrócił na swoją polanę. Słońce wciąż grzało, rzucając swoje promienie prosto na wystawiony ku niemu pysk. Dzień był naprawdę śliczny.

* * *

Gdy poczuł, że znowu klęczy na ziemi i czuje się bardziej człowiekiem niż wilkiem, powziął mocne postanowienie opamiętania się. I chociaż szaleństwo zaglądało do jego wnętrza przez każdy por w jego ciele, wstał i, chwiejąc się nogach, wrócił do ciała wilka.
Pomiędzy masą ledwie spętanych lichą przepaską rozumu opętańczych myśli kołatało mu się pytanie: Czemu w tej wizji wilk wcale nie umarł?
Gdy wyłonił się zza okazałego buka, by przekonać się, jak stworzenie zginęło, poczuł, że nie uda mu się dłużej opierać obłędowi. W jednej chwili cała zasłona racjonalizmu, jaką zdołał przed sobą roztoczyć po kolejnym widzeniu, rozwiała się jak sen. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro nic już nie miało sensu. Nic. Ciała wilka bowiem nie było. Tak zwyczajnie, po prostu go nie było.
Miał wrażenie, że świat wokół niego zaczyna wirować jak na jakiejś zwariowanej karuzeli, a on sam zaraz z niej wypadnie. I byłby wypadł, gdyby nie to, że trzymający się rzeczywistości już tylko końcami oszalałych zmysłów mózg zarejestrował jeszcze jeden dźwięk. Dźwięk, a raczej odgłos sapania.
Choć nie chciał, za nic nie chciał tego robić; wolałby zginąć, nigdy nie dowiedziawszy się, co za nim stało, jakaś siła niemal go do tego zmusiła. Powoli więc odwrócił się…
Kiedy ujrzał żółte, niesamowicie przenikliwe ślepia, sapanie przeszło w warczenie, a ostre kły po bokach pyska jakby się wydłużyły. Próbował jeszcze coś zrobić – zasłonić się, uciec albo chociaż odwrócić, ale nie zdążył. Nim zniknął w wielkiej, szeroko rozwartej paszczy zdążył tylko zobaczyć kilka obrazów, które łączyły się w zaskakująco spójną całość. I które tak naprawdę dobrze znał, bo tym razem wcale nie były one żadnymi wizjami tylko… wspomnieniami.

* * *

Chociaż nie wybrał się do lasu z myślą, że zrobi to akurat tego dnia, przed wyjściem odpowiednio się zaopatrzył. Chodziło mu to po głowie już od dłuższego czasu, ale wiedział, że nie należy zbytnio się spieszyć. Okazja musi być idealna. Podobnie jak i cel. Mógł czekać na to całymi latami, jeśli nie miesiącami. Los jednak sprawił, że jego cierpliwość nie została poddana zbyt ciężkiej próbie.
Było jeszcze bardzo wcześnie i mimo, że najbardziej zacięci (lub też najbardziej chętni na współpracę z okolicznymi skupami) grzybiarze upodobali sobie ze wszystkich pór dnia właśnie poranki, w tak odległej części lasu nie było żywej duszy. Paterski przechadzał się więc powoli pomiędzy soczyście zielonymi kruszynami i strzelistymi świerkami, zmierzając w stronę położonej trochę dalej bukowiny. Nie był pewien, czy chce mu się iść dalej; miał wrażenie, jakby kebab, którego zamówił na wczorajszą kolację postanowił nagle zreinkarnować się w samym środku jego żołądka. Na domiar złego ni stąd ni zowąd zaczął mu dokuczać łokieć, jaki nadwerężył dwa tygodnie wcześniej podczas próby pokonania na rękę starego kumpla z Warszawy (niestety nieudanej – cwaniak pracował na budowie, więc ktoś, kto od ponad piętnastu lat nie pracował fizycznie, mógł go co najwyżej posądzić o oszukiwanie– co też Paterski z zapałem uczynił). Ogólnie więc spacer nie sprawiał mu zbyt wielkiej satysfakcji i chociaż zapowiadał się naprawdę piękny dzień (co najmniej ósmy raz w tym tygodniu), nie chciało mu się spędzić całej doby wśród drzew, much i sarnich bobków. Postanowił sobie, że, kiedy tylko wróci do domu, włączy sobie jakiegoś pornosa (najlepiej tego z tych naprawdę ostrych – symulowane gwałty zbiorowe i wszelkie rodzaju bondages już dawno go nie podniecały), wypije kilka piwek i legnie po ciężkim przedpołudniu na swoim łóżku. Odpoczynek mu się należał. Jak jasna cholera!
Podniecony planami spędzenia tej soboty w bardziej interesujący sposób, zapomniawszy prawie o bólu brzucha i łokcia, już zawracał, kiedy nagle zauważył gdzieś daleko przed sobą jakiś ruch. Przekonany, że to jakieś zwierzę, niemal niechętnie przyłożył do oka lornetkę, jaką zawsze nosił przy sobie podczas takich wypraw, i nastawił ostrość.
- Osz kurwa – zaklął głośno, zobaczywszy podniecająco wypięty w swoim kierunku tyłek. Damski. Młody. I całkiem zgrabny.
Nagle wszystkie pornosy świata wydały mu się niewinnymi igraszkami dla dzieciaków. Jakieś 150 metrów przed sobą miał bowiem okaz wprost stworzony do tego, żeby wypróbować na nim wszystkie najbardziej skryte fantazje.
Adwokat, który broniłby go w sądzie, z pewnością zauważyłby, że wychodząc do lasu wcale nie myślał o czymś takim. I byłaby to prawda. Tyle, że nigdy nie myślał też, że nadarzy mu się taka okazja. A gdyby wcześniej się nad zastanowił, pewnie tylko wzruszyłby ramionami. W życiu trzeba czasem działać pod wpływem impulsu. Otóż to. Rozprawa zamknięta.
Musiał poruszać się wyjątkowo cicho, żeby nie spłoszyć swojej ofiary. I chociaż raczej mu to nie wyszło – gałązki, po których stąpał, nie raz i nie dwa zachrzęściły zdecydowanie zbyt głośno, miał szczęście – dziewczyna była zbyt zajęta zgarnianiem do koszyka znalezionych grzybów, by zauważyć jego obecność. Udało mu się podkraść do niej na odległość pół metra. Odwróciła się dopiero wtedy. Ale było już za późno.
- Jeden ruch i zginiesz – wysyczał, przyciągając ją do siebie i przykładając jej do gardła nóż.
Kobieta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Koszyk wypadł z jej dłoni, a grzyby wysypały się na ziemię.
- Odwracaj się. Mój mały kolega chce się z tobą lepie zapoznać.
Dziewczyna posłusznie odwróciła się. W chwili jednak, gdy poczuła przez spodnie twardniejące prącie napastnika, nie wytrzymała; zaczęła krzyczeć ze wszystkich sił.
Paterski nie zwracał jednak na to uwagi. Wolną rękę to zaciskał na kroczu ofiary, to wkładał do własnych spodni. Czuł się tak podniecony, jak jeszcze nigdy dotąd.
- Krzycz dziwko, ile chcesz, nikt cię nie usłyszy – zaśmiał się, rozpinając jej spodnie.
Tyle, że usłyszał. Na swoje nieszczęście jednak pojawił się na szczycie wzniesienia jeszcze zanim zauważył, skąd dobiega krzyk.
- Kurwa – zaklął Paterski, czując jak jego penis kurczy się do rozmiarów małego palca.
- Pomo… - chciała krzyknąć kobieta, ale nie dokończyła.
Gruby, myśliwski nóż przeciął jej tchawicę niczym chirurgiczny skalpel. Biel bluzeczki z krótkim rękawkiem szybko pokrył głęboki szkarłat. Morderca jednak nie miał czasu podziwiać malowniczej zmiany barw; szybko wypuścił z rąk krztuszącą się kobietę i wpełznął za olbrzymi głaz. Na jego szczęście rozglądający się ze szczytu wzgórza mężczyzna zlokalizował źródło krzyku dosłownie sekundę później. Tyle, że kobieta już nie krzyczała. Teraz była w stanie jedynie gulgotać, wyrzucając z siebie niesamowite ilości czerwonego płynu. Mężczyzna zbiegający ze wzniesienia chyba jednak jeszcze tego nie widział – chociaż zbiegał po stoku niezwykle szybko, nie było widać w jego ruchach właściwej świadkom morderstwa paniki. Paterskiego wcale to jednak to nie zmartwiło; wręcz przeciwnie, im później zauważy kobietę, tym dłużej potrwa jego oszołomienie. A to było mu bardzo na rękę. Mimo wszystko umazana we krwi ręka nieznacznie mu drżała. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie zawiedzie go w chwili, gdy po raz kolejny będzie musiał ją mocniej zacisnąć na rękojeści swojego myśliwskiego noża.
Kobieta tymczasem wykrwawiała się niczym zarzynane prosię. W ciągu dosłownie kilkunastu sekund świat przed jej oczami stracił barwy i zamglił się. Ręce trzęsły się jak oszalałe w agonalnych drgawkach. Jakby tego było mało, upadając na głaz, rozbiła sobie głowę. Z tym, że jej umysł już nawet tego nie zarejestrował. Był bowiem zbyt zajęty umieraniem.
Jej serce pompowało krew ze wszystkich zakamarków z niesamowitą prędkością, przyspieszając przez to i tak nieunikniony koniec. Układ nerwowy pobudzał mięśnie do ostatnich, rozpaczliwych podrygów. A w głowie kołatało się jej milion myśli. Najważniejsza z nich, unosząca się nad pozostałymi niczym sęp nad umierającym na pustyni, zawierała się w jednym prostym pytaniu: „Dlaczego?”. I chociaż chciała jeszcze przed śmiercią móc powspominać najważniejsze chwile swojego życia, zadać sobie samej tyle pytań i, być może, udzielić choć kilku odpowiedzi, jej pozbawiane tlenu szare komórki nie mogły przyczynić się do zrozumienia tego, co właśnie się dokonywało. Dlaczego?
Kiedy nie mogła już poruszać żadną częścią ciała, a głowa opadła jej na piersi, umierający umysł zmusił się do ostatniego wysiłku, przypominając jej, że powinna zdobyć się na ostatnią myśl. Tą najważniejszą. W rzeczywistości jednak rzadko jest tak, że możemy opisać całe swoje życie jednym zdaniem, wspomnieniem, przemyśleniem. Czy tak samo byłoby w jej przypadku? Nie wiadomo. Kiedy bowiem już miała wypowiedzieć wewnątrz samej siebie ostatnie słowa, umarła. Nie zdążyła. W chwili, kiedy mężczyzna ze wzgórza dopadł do jej bladych rąk, jej dusza uleciała już w zupełnie inne miejsce.
Paterski obserwował to wszystko z ukrycia. Wprawdzie bał się trochę, że przyzwyczajony przecież do podejmowania natychmiastowych decyzji myśliwy może go zaskoczyć, jednak gruncie rzeczy był przekonany, że da sobie radę. Zamierzał zaatakować z ukrycia, a poza tym… Cóż, sam też się denerwował, ale z pewnością nie tak jak myśliwy, który starał się wciąż znaleźć puls u martwej kobiety. Był w szoku. Pewnie jeszcze nigdy nie widział nikogo zadźganego. No i cóż, nigdy więcej już nie zobaczy – pomyślał i uśmiechnął się do siebie, jednocześnie bezszelestnie przesuwając się w zaroślach za plecy przeciwnika. Już, już miał zaatakować, gdy nagle myśliwy odwrócił się.
- Gdzie jesteś? Pokaż się, skurwie… - nie dokończył jednak, bo pech chciał, że zwrócił spojrzenie nie w tym kierunku, co trzeba.
Nóż łatwo rozciął mu gardło, sprawiając, że mężczyzna zaczął się dławić. Paterski odsunął się już, sądząc, że myśliwy zaraz padnie na ziemię, jednak ten, rozbryzgując wokół siebie krew, zaczął na oślep wymachiwać rękoma. Któryś z niezamierzonych ciosów trafił mordercę w głowę. I to całkiem mocno.
Paterski zachwiał się i przewrócił. Odczuł cios tak mocno, że aż zadzwoniło mu w głowie. Zachciało mu się nagle wymiotować. Pewnie zastanowiłby się nad tym, czy nie doznał wstrząśnienia mózgu, lecz nie był w stanie skupić myśli na czymkolwiek. No może poza wciąż żywym myśliwym, jakiemu udało się nawet wstać i przebiec kilkanaście metrów dalej. I chociaż zapewne i tak wkrótce wykrwawiłby się na śmierć, Paterski wstał i, chwiejąc się, zaczął iść za myśliwym. Nawet nie przyszło mu do głowy, że przecież mógł wziąć leżącą teraz na ziemi strzelbę i pozbyć się problemu w dużo łatwiejszy sposób. Nie był w stanie logicznie rozumować – za bardzo bolała go głowa. Wiedział tylko, że ma go zabić, dobić, jak najszybciej.
Nie musiał iść zbyt długo. Myśliwy wkrótce padł na ziemię, bezskutecznie próbując zatamować rękoma krwotok z szyi. Paterski szybko do niego dopadł i wbił w niego nóż. Raz, drugi, trzeci i czwarty. Po kilku chwilach mężczyzna znieruchomiał. Było już po wszystkim.
Gdy upewnił się już, że na pewno nie żyje, wstał z kolan i rozejrzał się wokół siebie. Nie zauważył nikogo, oczywiście poza dwoma trupami.
- Jestem zwycięzcą! – powiedział, obłąkańczo się uśmiechając, jednak wcale nie czuł się wygranym.
Czuł za to, że obraz wokół niego zaczyna wirować, a wszystkie naturalne dźwięki lasu strasznie go irytują. Chciał stąd uciekać, ale prawdę mówiąc, nie był nawet pewny, gdzie jest. Nagle zdał sobie sprawę, że nie pamięta drogi i po prostu się zgubił. Nie wiedział, co teraz zrobi. I nawet nie miał siły się nad tym zastanawiać. A poza tym były jeszcze dwa trupy. Co chwila spoglądał na nie, jakby nie dowierzając temu, co widzi. Ja ich zabiłem? Ja? – zdawało się pytać jego zaskoczone spojrzenie.
- Gdzie ja, kurwa, jestem? – wychrypiał do myśliwego.
Mężczyzna jednak nie zamierzał udzielić mu żadnej odpowiedzi. Prawdę, mówiąc, nie zamierzał się nawet poruszyć. Paterski więc kopnął go ze złością w martwe kolano. Raz. A potem drugi. I trzeci. I czwarty…
I kopałby go pewnie jeszcze długo, gdyby nagle nie usłyszał czegoś dziwnego. Jak gdyby odgłosu warczenia. Na chwilę zamarł w bezruchu, a potem ostrożnie rozejrzał się wokół siebie.
Wydawało mu się, że gdzieś daleko, między drzewami dostrzegł wilka. Oczywiście musiało mu się tylko wydawać, bo warczenie dobiegało ze znacznie mniejszej odległości. Tyle, że jego mózg przestał już rozróżniać, co jest tylko pozornym wrażeniem, a co rzeczywistością. Zaczął więc uciekać przez las, na początku powoli i zataczając się, a potem coraz sprawniej i szybciej. Po jakimś czasie nie wiedział już, czemu ucieka, nie wiedział czemu jego ubranie jest poplamione krwią, a głowa boli, jak gdyby ktoś uderzył w nią kowalskim młotem. Wiedział tylko, że musi uciekać. Bo złowróżbne warczenie, tak samo bliskie, jak wcześniej, cały czas rozbrzmiewało w jego udręczonym umyśle.

* * *

Na granicy świadomości ślizgały się mu jakieś słowa. Z pewnością jednak nie były to jego własne myśli. A może były? Nie wiedział. I nie przypuszczał, by kiedykolwiek zdołał się tego dowiedzieć.

* * *

Szaleństwo jest najmniejszą karą, jaką ponosimy za zbrodnię. Spokój sumienia, jaki dzięki temu uzyskamy jest jednak bodaj największą ułudą tego świata. Kręte ścieżki umysłu doprowadzą nas bowiem do prawdy wcześniej czy później. A wtedy możemy tylko modlić się, żeby nasze cierpienie zniknęło razem z nami w paszczy wielkiego wilka. Problem w tym jednak, że nie znikamy – prawdziwa pokuta nigdy się nie kończy.
To były jego ostatnie świadome myśli. Potem potężne szczęki wilka zatrzasnęły się nad nim jak zardzewiała brama. Na zawsze. Jego szalone myśli nigdy jednak nie opuściły przeklętego lasu, tak jak udało się to duszom jego ofiar. Krążą tam do dziś, myląc rzeczywistość z makabrycznymi wizjami, wciąż na nowo mordując i będąc mordowanym i wciąż na nowo dowiadując się całej prawdy z oczu wilka. Przez całą wieczność. I jeszcze trochę.

Komentarze
Justie dnia październik 22 2014 13:31:56
Świetne studium ludzkiej psychiki! Ostatnia część naprawdę mnie zaskoczyła. Poruszające. Wielkie brawa, Marek!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie