Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Biegnij (HR)

Biegnij, biegnij, biegnij – mówiła sobie. I faktycznie, biegła, biegła i biegła, nie wiedząc już nawet od kiedy. Nie potrafiła sobie przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło, zresztą jakie to miało znaczenie? Uciekała przed człowiekiem bez twarzy, zimną, wszechpotężną obecnością, jaka systematycznie się do niej zbliżała. Pod grubą skorupą paniki kłębiły się w jej umyśle postrzępione niczym porwane sukno myśli: czemu już mnie nie dogonił? Co on chce mi naprawdę zrobić? Czy będę musiała spojrzeć w jego twarz? Ostatnie pytanie wywoływało w niej dreszcze tak silne, że starała się już nie myśleć. Wsłuchała się w odbijany lekkim echem dźwięk swoich kroków i biegła, biegła i biegła. Dworzec kolejowy był pusty. Oświetlały go mdłym światłem stare uliczne lampy, których blask nie był wiele większy od poświaty księżyca w pełni. Zniszczony, betonowy peron zdawał się być lądowiskiem dla przybyszów z nieznanych galaktyk, poznających Ziemię po wymarciu ludzkości. Kiedy jednak podeszło się bliżej, czar pryskał, międzygalaktyczne lądowisko nie mogłoby być tak prymitywne, jednak wrażenie kompletnej bezludności tych terenów pozostawało. Potęgowały je jeszcze echa jakichś odległych, bardzo odległych dźwięków. Raz wydawały się one śmiechem potężnego, niewyobrażalnie starego istnienia, bardziej mechanicznego niż organicznego, żywej, samowystarczalnej rafinerii czy stoczni, pracującej teraz bez pomocy jakichkolwiek ludzi. Innym razem w odgłosach tych można było rozpoznać echa zbliżającej się powoli armii, dźwięki mozolnie posuwających się do przodu czołgów, stłumione wizgi pocisków i niemal niesłyszalne krzyki dowódców. Jeszcze innym razem wydawały się one zwielokrotnionymi przez echo krzykami bezsilnej rozpaczy postawionego w sytuacji bez wyjścia człowieka. Odgłosy te od pewnego czasu zakłócał regularny stukot butów o podłoże; w kierunku dziwnego hałasu zmierzała powoli drobna kobieca sylwetka. Zimne światło lamp na peronie przeraziło ją, zdawało się być bowiem oznaką obecności człowieka bez twarzy, którego oddech niemal już czuła na plecach. Krzyknęła przeraźliwie. Jej głos boleśnie rozdarł cichość nocy, lecz zaraz potem umilkł, jakby bojąc się trwać w tym chłodnym nocnym powietrzu. Przyspieszyła. Zerwała się do szaleńczego sprintu, a potem jeszcze szybciej, szybciej i szybciej, wbrew sobie, prawom fizyki i niemu, człowiekowi bez twarzy. Jej umysł stał się wysypiskiem wypełnionym jednym tylko rodzajem złomu – zapętlającymi się bez końca myślami – „Biegnij, Biegnij, Szybciej, Biegnij, BIEGNIJ, BIEGNIJ!”. Dziewczyna biegła tak przez całą wieczność. Jej umysł ugrzązł w nieśmiertelnym bagnie bezmyślności, a ciało nie starzało się zupełnie w szaleńczej, niekończącej się ucieczce. Dziewczyna biegła, aż skończył się czas. A potem się zatrzymała. Rozejrzała się wokoło. Wokół niej rozciągały się tonące w mroku zniszczone warsztaty, garaże i komórki, zapewne należące do kolei. Gdzieś w oddali widać było poświatę ulicznych lamp, być może dworca. Pytanie tylko którego? Dziewczyna nie czuła już obecności człowieka bez twarzy. Stało się to zupełnie nagle. A może dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę? A może nigdy go nie było? Sięgnęła rękoma do twarzy. Przez chwilę zaświtała jej w głowie absurdalna myśl, że nie jest już 19-latką tylko starą, bardzo starą kobietą, bo biegła aż tak długo. Jednak jej skóra nadal była gładka i jędrna. Podobnie było z samopoczuciem – poza wciąż czającą się gdzieś paniką czuła się całkiem dobrze, młodo. Uśmiechnęła się do samej siebie. A więc to chyba tylko złudzenie. Zaczęła sobie zadawać pytanie, jak się tu znalazła. Gdyby jednak mogła spojrzeć na siebie z boku, brzmiałoby ono zapewne inaczej; około jednej trzeciej jej włosów miało bowiem barwę srebra. Nie było siwe tylko właśnie srebrne, jak księżycowa poświata, zimny blask lamp na peronie albo jak oddech człowieka bez twarzy. Dziewczyna jednak nic o tym nie wiedziała i starała się właśnie zbadać teren, na jakim się znalazła. W prowizorycznych garażach z metalową siatką zamiast ścian zauważyła pełno jakichś maszyn czy bardziej pojazdów. Nie przypominały jej niczego, co do tej pory w życiu zobaczyła, jednak w ciemności nie mogła być niczego pewna; księżyc przesłoniły chmury i noc stała się jakby gęstsza. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że do jej uszu dochodzi niegłośny, acz regularny stukot jakiejś maszynerii. Dziewczyna zwróciła głowę w stronę hałasu, dobiegał on z jakiegoś dużego pomieszczenia. Podeszła bliżej. Odgłos przypominał dźwięki wytłaczania czegoś metalowego. Drzwi były uchylone. Ciekawość skłoniła dziewczynę do wejścia do środka. Jej oczom ukazał się skąpy przedsionek i następne drzwi, tym razem zamknięte. Gdy przyłożyła do nich ucho, nie tylko usłyszała, ale i poczuła tajemniczą maszynerię; przez drewno przechodziły delikatne wibracje. Dziewczyna wzdrygnęła się. Już miała opuścić budynek, kiedy spostrzegła, że w przedsionku znajdują się jeszcze schody prowadzące w dół. Zupełnie zapominając o człowieku bez twarzy, zaczęła się zastanawiać, czy może dojść nimi do źródła dziwnych odgłosów, które wydawały się teraz zapraszać ją do zgłębienia ich sekretu. Zaproszenie zostało przyjęte, tajemniczy gość właśnie postawił stopę na pierwszym stopniu. Drobna postać doskonale zdawała sobie sprawę, że teraz nie było już odwrotu. Raz rozpalona ciekawość nie zgaśnie, dopóki nie spopieli obiektu swojego pożądania. A ten był coraz bliżej. Ostrożnie stawiała stopy na kamiennych stopniach. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, trzysta trzydzieści. Przestała liczyć po pięciuset. Tajemnicze schody zdawały się prowadzić ją w czeluści ziemi. Maszyneria, o dziwo, nie wydawała się chodzić głośniej, zwielokrotnione przez echo dźwięki zdawały się być tylko inne, jakby emanujące zakodowaną w miarowych stukotach radością z przyjęcia gościa. Dziewczyna wciąż podążała w dół, w dół i w dół, a jej wędrówka zdawała się nie mieć końca. Blask nieba znów rozświetlał ciemność nocy. W półksiężycowej poświacie można było dostrzec powoli zbliżającą się do budynku ciemną postać. Twarz zasłaniał jej kaptur, jednak można było dostrzec obłoki pary wodnej wydobywające się zapewne z ust przybysza. Obłoki o barwie srebra. Po trwającej wieczność podróży w dół, dziewczyna zauważyła, że stopnie stały się jakby większe i niższe, a droga nie prowadzi już stromo w dół, lecz jakby przygotowuje się do przejścia w poziom. Echo każdego jej kroku odbijało się teraz w przestrzeni gdzieś nad nią niewyobrażalnie długo, a stukot maszynerii wydawał się teraz witać ją w swoim domostwie. W powietrzu unosiła się woń jakiegoś starego, bardzo starego smaru, woń formowanego metalu i woń głębokiej jaskini. Schody, jakimi wędrowała przez całe godziny, a może nawet dni, przeszły teraz w korytarz. Wprawdzie wciąż był on pochyły, jednak jeśli wybudowano dalszy jego ciąg tak regularnie jak część poprzednią, po około dwóch tysiącach kroków powinien przejść w poziom. Dwa tysiące to bardzo dużo – pomyślała dziewczyna, jednak już wkrótce stąpała po zupełnie poziomej powierzchni; albo pomyliła się w obliczeniach, albo przeszła już tyle, że godzina jaką musiałaby zużyć na pokonanie takiej odległości (wciąż szła powoli – wokół niej panowały zupełne ciemności) była tylko nic nieznaczącą chwilą. Po pewnym czasie korytarz zaczął się rozszerzać, a nawet, gdzieś bardzo daleko, ujrzeć można było wąski pasek światła. Dziewczyna, widząc choć tak wątły blask, przyspieszyła, chcąc znaleźć się w jaśniejszym pomieszczeniu. Stukot maszynerii wreszcie zdawał się być głośniejszy. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał dziewczynie, że jego źródło znajduje się tam, skąd pochodziło wątłe światełko. W końcu dotarła do końca korytarza. Wieńczyły go ogromne, metalowe drzwi o dziwnym, kwadratowym kształcie. Przez niewielką szparę między nimi a stalową futryną sączyło się leniwie delikatne, srebrnawe światło. Stukot maszyny zdawał się rozmawiać z nią życzliwie, brzmiąc w jej głowie tysiącem ech. Postąpiła krok naprzód. Pchnęła metalowe drzwi. Nie poruszyły się. Już chciała naprzeć na nie silniej, kiedy z głośnym kliknięciem jakaś zapadka wpadła na swoje miejsce i drzwi powoli otworzyły się. Blask bijący z rozpościerającego się przed nią pomieszczenia był bardzo słaby, a jednak oślepił ją – zbyt długo przebywała w kompletnych ciemnościach. Zasłaniając oczy dłońmi postąpiła krok do przodu i wtedy usłyszała stukot maszynerii takim, jakim był naprawdę. Podobny dźwięk słyszała na peronie, kilka wieczności temu, lecz teraz był on sto razy głośniejszy, tysiąc razy potężniejszy i milion razy bardziej przerażający. Zdawał się jednocześnie śmiać z naiwności dziewczyny, cieszyć się z kolejnego sukcesu i jednocześnie dudnić od zarania dziejów niezmiennie tą samą pieśń. Chciała uciekać, lecz było już za późno, drzwi z hukiem zamknęły się i oto stała sama, zupełnie bezbronna przed prastarą bezduszną maszyną, dla której nie tylko życie jednego człowieka, ale i czas trwania całej ludzkości był nic nieznaczącą chwilą. Nie wiedząc, co może zrobić, odsłoniła oczy. Jej oczom ukazał się nieskończony szereg metalowych słupów, tłoków, taśm i wysięgników. Przypominało to trochę ogromną stocznię, lecz tutaj nie pracował żaden człowiek, a mimo to wszystkie mechanizmy działały bez zarzutu. Poza tym czuło się, że maszyna żyje. Nie było to życie takie jak ludzkie, podobnie jak sama konstrukcja nie była taka jak te wykonane ludzką ręką, jednak niewątpliwie żyła, a może bardziej trwała w swojej niewyobrażalnej wielkości. Każdy stukot maszyny przyprawiał dziewczynę o dreszcze; jej oczy zdawały się wielkie niczym księżyc w pełni. Jedyną nadzieją jest światło – pomyślała i poszukała wzrokiem źródła srebrnego blasku. Jednak to, co zobaczyła, przeraziło ją jeszcze bardziej. Światło bowiem emanowało z potężnego niby-silnika wiszącego jakieś dwieście metrów nad i trzysta metrów od niej. Pulsował on podobnie jak ludzkie serce, lecz dużo wolniej i przerażająco regularnie, pompując przez potężne rury oleje, smary, czy inne jeszcze substancje potrzebne do funkcjonowania pozostałych części maszyny. Nie było to jednak tylko serce, lecz zapewne również coś na kształt mózgu i oczu – dziewczyna czuła jak to potężne coś na swój mechaniczny sposób myśli i jak widzi ją, stojącą samą na progu świątyni jego metalowego ciała. Odwróciła wzrok i mimowolnie wpatrzyła się w położony nieco dalej, po prawej stronie, wielki niby-akumulator. Był on do połowy pełny. Pod nim znajdowało się jakby sito, a jeszcze niżej niemal bezdenny kosz. Na sicie leżało trochę wysuszonych substancji. Przypominały one stare orzechy włoskie, wysuszone korzenie albo porozrywane fragmenty pieczywa. Lecz wydawało się, że gdzieś w głębi jej podświadomości kiełkowało jeszcze jedno skojarzenie – zbyt straszne jednak, żeby pozwoliła je ujawnić świadomość. W tym momencie dziewczyna poczuła obecność człowieka bez twarzy. Przy potędze przedwiecznej maszynerii zdawał się on być jedynie wątłą namiastką, nieudolną karykaturą czy niezręczną podróbką prawdziwej mocy. Jednak był on bardziej przerażający, bo miał z nią więcej wspólnego, przypominał, lub może nawet kiedyś był istotą ludzką. Poza tym łączyła go z maszynerią jakaś straszliwa więź, wyciskająca piętno na jego ciele. Dziewczyna powoli odwróciła się. Człowiek bez twarzy zdjął kaptur. Krzyczała tak długo, że zawstydziła czas. A maszyneria wciąż trwała. Uciekała po ogromnych rurach i belkach. Nie myślała już o niczym. Nie było już w niej wiele więcej rozumu niż w bezmyślnym zombie. Jej ostatnim świadomym działaniem była próba znalezienia wyjścia. Przecież musi być inne. Musiała tylko dojść do akumulatora, tam widziała jakieś schody. Tymczasem biegła, chcąc znaleźć się jak najdalej od człowieka, a może raczej istoty bez twarzy. Nie wiedziała, że wnikając w metalowe organy maszynerii dozna uczuć równie strasznych, a może straszniejszych niż do tej pory. Dotykając nieskończenie starych tłoków zobaczyła prawdziwą historię świata, poznała myśli odwiecznej istoty, myśli, tak przerażające i nieczłowiecze, że nie wytrzymałby wiedzy o choćby jednej z nich żaden z ludzkich umysłów. Mogła też ujrzeć jak bardzo się myliła, myśląc, że wędrowała przez całą wieczność. Wieczność bowiem kryła się w pompach maszynerii. Gdyby ją zobaczyła, straciłaby zmysły w okamgnieniu. Jednak paradoksalnie niemyślenie uratowało ją; praktycznie nie rejestrowała już niczego nowego, brnąc przez pokryte zaschniętym miliony lat temu smarem wnętrzności odwiecznej maszyny. Ocaliło ją to, że zobaczyła człowieka bez twarzy. A jednak ona sama nie uważała tego za żaden ratunek. W ostatniej chwili świadomości wolała nie tyle zginąć, ile w ogóle się nie urodzić, nigdy nie istnieć, byle tylko nie ujrzeć tego, co pozbawiło ją wszystkich niemalże myśli. Gdzieś wysoko, tysiące kilometrów ponad, wzeszedł kolejny księżyc w pełni. Ale księżyc był jeszcze bardzo młody, więc maszyna nie miała jeszcze czasu zająć się jego istnieniem. Na razie musiała poświęcić się napełnieniu akumulatorów, żeby w spokoju trwać przez następne miliony lat. Tymczasem srebrnowłosa dziewczyna uciekała w mrok, a człowiek bez twarzy śmiał się, wplatając dźwięk swojego głosu w miarowy stukot podziemnej maszynerii.

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu