Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Sensu stricte, sensu lato

Przebudził go dźwięk miauczącego na korytarzu kota. Starł z twarzy resztki nocy i ubrał się. Dzień był wyjątkowy piękny. Słońce jawiło mu się w całej okazałości, jak tamtego lata jego wczesnej młodości. Jasne ściany domy łapczywie pochłaniały kolejne promienie światła.
Niespiesznie przygotował i zjadł śniadanie – mocno przyprawioną jajecznicę ze świeżym pomidorem. Kot dalej miauczał, więc wyszedł na korytarz i dał mu co nieco z puszki, jaką kupował co tydzień dla wałęsających się wkoło domu dachowców.
Był cały biały, z kilkoma nawet nie brązowymi, a nieomal złotymi plamami na grzbiecie. Gdy został obdarowany pożywieniem, wdzięcznie wygiął się w łuk i ocierał o dłonie mężczyzny. Ten długą chwilę wpatrywał się w niego, a potem uchylił mu drzwi mieszkania.
Zwierzę przez chwilę jeszcze łasiło się o jego nogi, zaraz jednak zaciekawione wyglądem nowego miejsca, na jakiś czas opuściło swojego dobroczyńcę.
Mężczyzna włączył radio, a sam rozparł się w fotelu przed akwarium, w którym poruszały się pod delikatnym naporem wtłaczanych przez filtr bąbelków jedynie duże, zadbane rośliny. Ktoś, kto widziałby je pierwszy raz, byłby przekonany, że jest ono pozbawione ryb tylko chwilowo. W rzeczywistości jednak, gdyby dokładnie przypatrzeć się harmonijnej strukturze akwarium, nabrałoby się pewności, że podziwiać w nim można piękno flory, nie fauny.
Spiker w radio wesołym głosem opowiadał o pierwszym od dawna gorącym dniu.
Monotonny plusk wody, który zawsze tak go koił, sprawił, że na chwilę pogrążył się w półśnie. Zapachniało mu miętą i poczuł pod palcami przyjemną fakturę spranych dżinsów.
|Gdy się ocknął, czując na ramionach dotyk ciepłego futrzanego ciała, zbliżało się już południe.
Wyłączył radio. Przez chwilę chciał uruchomić komputer, ale rozmyślił się. Otworzył przepastną szufladę, większą niż niejedna szafka, i gmerał w niej zawzięcie przez dobrych parę minut. W końcu wygrzebał jakąś porysowaną płytę bez podpisu i wsunął ją do radia. Odpowiedziało mu jednak tylko trzeszczenie. Już miał zrezygnować z pomysłu przesłuchania jej, gdy z głośników popłynęła spokojna, kojąca muzyka.
Był prawie gotowy.
Pod biurkiem stał wpół wypełniony różnymi przedmiotami karton. Postawił go na biurku i po krótkim namyśle wyciągnął z niego starą książeczkę do nabożeństwa, potem spięte gumką wydrukowane w celu oszczędności papieru z minimalnym marginesem i bez akapitu „Wszechświat w skorupce orzecha” i „Ego i id”, a na końcu oprawiony w srebro obsydian z wygrawerowanymi na nim dziwnymi znakami. Przez chwilę stał tak wpatrując się w półkę, na której zostało jeszcze kilka powieści, niemal mimowolnie przesuwając książeczkę do nabożeństwa za minerał. Potem zgarnął do kartonu pozostałe książki i inne drobiazgi. Zawahał się na moment, gdy znalazł za nimi dawno zapomnianą, kompletnie zasuszoną różę. Chwilę obracał ją w palcach, widząc w zmurszałych listkach dawno niewspominane wydarzenia, a potem rzucił ją na środek biurka, gdzie upadła bezgłośnie, niemal całkiem rozsypując się w proch.
Karton położył przy drzwiach, ku uciesze zaciekawionego zwierzęcia, które zaraz wskoczyło do niego z właściwą tylko kotom gracją.
Włożył ręce w kieszenie i rozciągnął się powoli, ziewając przeciągle. Muzyka, jaka wciąż płynęła z głośników była mu tak dobrze znana, że zupełnie o niej zapomniał, spoglądając przez wielkie okna na skąpaną w letnim słońcu ulicę.
Potem zwrócił spojrzenie na drzwi i uśmiechnął się do wiercącego się w kartonie kota.
- Dobrze, że tam siedzisz. Nie mógłbyś tu zostać.
Spokojny głos zabrzmiał w pustym mieszkaniu niemal jak śpiew.
Kiedy próbował podnieść karton, kot radośnie z niego wyskoczył, sądząc, że człowiek chce się bawić. Gdy jednak wyszedł z mieszkania na pogrążoną w przyjemnym chłodzie klatkę schodową, podążył za nim. Klucz nie zadźwięczał w zamku, a przywiązany do balustrady rower nie został wyprowadzony na dół. Wszystko zastygło jakby w tej krótkiej przerwie pomiędzy wdechem a wydechem.

Kot towarzyszył mu, gdy położył karton na stole handlującego różnościami tuż przy parku młodego, chyba jeszcze niepełnoletniego rudzielca. Wziął połowę sumy, jaką zaoferował mu chłopak, jak gdyby od niechcenia. Gdy już miał odejść od stoiska, w oczy rzuciło mu się zaniedbane i niemal zupełnie pozbawione już wody akwarium, z dogorywającymi w środku ślimakami. Mężczyzna zakupił je, zostawiając sobie jedynie kilka lśniących nowością monet.

Gdy wrócił do mieszkania, bez zainteresowania postawił w kuchni najnowszy zakup, po czym wrzucił do swojego akwarium ślimaki, które, jakby nie mogąc uwierzyć w nagłą odmianę losu, jeszcze przez długi czas nie wystawiły oczu ze swoich pstrokatych skorupek. Mężczyzna jednak na to nie patrzył. Uważając na kręcącego mu się pod nogami kota, po raz kolejny opuścił mieszkanie. Wychodząc, odkluczył jeszcze zamek w rowerze, jednak nie wyniósł go na dwór, lecz pozostawił uwolnionego w kamienicznej ostoi chłodu.
Wciąż mając za towarzysza kota, jaki na ulicy trzymał się kilka metrów za nim, niby zainteresowany wszystkim wokoło, a jednak nie tracący do niego dystansu, skierował swoje kroki w kierunku obrzeży miasta.
Po drodze zatrzymał się przy małym kiosku, jaki został ochrzczony przez lokalne dzieci mianem „Zapiekankarni”.
Nie wiedząc nic o tej nieformalnej nazwie zamówił właśnie zapiekankę.
- Z czym? - rzucił nawykłym do szybkich pytań i odpowiedzi głosem sprzedawca.
- Z warzywami. I prażoną cebulką.
- Jaki sos?
- Czosnkowy. I ostry, jak można.
Sprzedawca bez słowa zabrał się do pracy. Po chwili czekania, w czasie której, nie widząc nigdzie białego kształtu, mężczyzna nabrał pewności, że kot wreszcie znudził się jego towarzystwem, otrzymał długa, chrupiącą bułkę, jaką musiał trzymać w idealnej równoległości do ziemi, żeby nie pospadały ponakładane na nią pomidory, ogórki, kawałki sałaty i cebula.
Na kontuarze zostawił te monety, jakie zostały ze stoiska przy parku.
- A reszta? - zawołał sprzedawca, ale widząc tylko oddalającą się sylwetkę klienta, szybko wrócił do mieszania sałatki i podgrzewania mięsa.
Gdy opuścił już tereny zabudowane i znalazł się na granicy lasu, poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Odwrócił się energicznie, jednak jego oczom ukazało się tylko niewielkie, futrzaste stworzenie. Uśmiechnął się, podszedł do niego i potarmosił mu długą sierść na łebku.
- Jeśli już idę, pójdę sam. Zostań tutaj – mówiąc to wyjął z kieszeni puszkę z karmą, w której znalazło się jeszcze trochę pożywienia.
Zwierzę, które zdążyło już zgłodnieć podczas wędrówki miastem, bez reszty skupiło się na pałaszowaniu zawartości metalowego pojemnika. Gdy najedzone i zadowolone, oblizywało się, nie zdołało już dostrzec człowieka. Wiatr musiał wiać od strony miasta, bo nie udało mu się też poznać po zapachu drogi, jaką się udał.

Gdy przemierzał jasny, poprzetykany licznymi polanami las, wszystko sobie przypominał. Nagle wrócił do niego każdy szczegół tamtego lata. Pamiętał każde drzewo, każdy spękany konar, identyczny jak wtedy, każdy kamień, zacierającą się ścieżkę i czerniejące skrycie jeżyny. Czuł woń jaśminu i leśnej ściółki. Słyszał odległy jeszcze plusk wartkiego strumienia. Wszystko było tak bardzo podobne, tak bardzo niezmienione, że zaczęło mu się wydawać, że to, co wydarzyło się potem było tylko snem. Snem, jaki przyśnił mu się, kiedy leżał na omszałych kamieniach nad brzegiem strumienia. I nie mógł zrozumieć, jak jeszcze kilka godzin temu mógł myśleć tak inaczej, tak przekonany, że rzeczywiste jest miasto i mieszkanie, i rower, i akwarium, a nie ten las, te ścieżki, te ptaki, ten strumień i...
- Nawet rozbłyski między liśćmi wyglądają tak samo – wyszeptał, nieświadomy, że to uczynił – Jest chyba nawet ta sama godzina.
W końcu dotarł na polanę, dużą i nieregularnie wciśniętą między drzewa. Zatrzymał się. Słońce padało na jego ciemnobrązowe włosy, przyjemnie muskając go w kark i pieszcząc ramiona. Tuż za polaną, prawie idealnie naprzeciw niego, rozpościerał się las dużo gęstszy niż przedtem, choć wciąż poprzetykany licznymi przebłyskami światła, niczym eterycznymi strzałami. Wejścia do niego strzegły wyrastające niemal z tego samego miejsca topole, nadmiernie wybujałe i częściowo już uschnięte i połamane.
Gdy zwrócił spojrzenie w kierunku wąskiej, krętej ścieżki prowadzącej w głąb lasu i uśmiechnął się nieznacznie, włosy rozwiał mu lekki letni wiatr. Słońce dalej obdarowywało ziemię złocistym pożywieniem.
- Wróciłem – powiedział.
W powietrzu zapachniało miętą, Dzień był wyjątkowo piękny.

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie