Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Przyległość

Wraz z odejściem sensu przyszła do mnie, spragnionego zuchwałej zachłonności sukkuba, przypłynęła na skrzydłach beznamiętnej kontemplacji, możliwość kształtowania słowa, w zupełnej, bądź wątłej zgodzie z materią, do przelewania nieopisywalnych, wymykających się wszelkim klasyfikacjom zjawisk, głodnych konkretualizacji, rozświetlanych w ciasnocie nieskończoności, lecz jednocześnie wiecznie wyślizgujących się jak mokry od potu długopis z rąk samozwańczego pisarza-nieroba, uciekających od zastygnięcia w trwałej formie, lecz gorliwie wierzących w uzyskanie nieśmiertelności poprzez niezmienność, na papier, rozrzucone po pulpicie przez e-lewiatany jak gwiazdy na kiczowatym firmamencie, nie wyjustowane teksty, zbyt małe akapity i pobrużdżone melancholią tła. Nie zdziwiła mnie nawet ta nagła emanacja wierszotwórstwa, tęsknie wyczekiwana wcześniej przy świetle multipleksowych okien; schłodziałem do reszty, obojętnie przyjmując niezasłużony dar, jakiego nie miałem siły ani chęci wykorzystać, a który lśnić miał potem długo nieprzelanymi nigdy w fizyczność dziełami, tomikami, monodramami, upstrzonymi błyskotliwością formy lirykami. Lecz, nieprzejęty konsekwencjami zlekceważenia tak nieprawdopodobnych możliwości, zaprzątałem sobie wtedy pęczniejącą od nadmiaru nigdy nieużytych jako myśli słowo-tworów głowę jedynie młodymi, perfekcyjnie wyrzeźbionymi z materii w chłodnych powietrzu rozkwitającej jesieni, marzącymi mimochodem o bezczelnym, wyzbytym ze wszelkich pozorów romantyczności i przyzwoitości połączeniu, okutymi w ciasno przylegające płaszcze i wąskie buty dwudziestoletnimi ciałami i szczelnie zamkniętymi w nich duszami barwnookich dziewcząt. Bez reszty pochłonęły mnie ciągłe kontemplacje samego aktu poznania, pierwszego kontaktu, wymiany kilku początkowych zdań, niepewnych uwag i komentarzy tyleż nudnych co przyzwoitych, niekiedy tylko, choć zważywszy na ich częstość, nierzadko w sumie, ewoluowały one w pełne napięcia rozmowy podparte paroma skrzętnie ukrytymi w natłoku kurtuazji podtekstami, które zapuszczały korzenie, wzrastały, potężniały wraz z czasem, aż wreszcie rozsadzały nikomu niepotrzebny podest pospolitej gadaniny, abyśmy mogli, w ich chroniącym nas przed wzrokiem miasta cieniu, zanurzyć się w tajemnicy własnych ciał, pospiesznie odkrywanych w miejscach, jakie nigdy wcześniej tego nie doświadczyły, sprawdzanych skrupulatnie, wzajemnie kawałek po kawałek, zapach po zapachu, dotyk po dotyku, jak gdybyśmy nie dowierzali do końca w ich autentyczność, obawiali się, że zaraz rozpłyną się w chłodzie wieczoru, by już nigdy nie dać się uświadczyć, jak zresztą działo się kilka trwających w nieskończoność chwil niecierpliwego spełnienia później. Stało się to dla mnie wszystko nałogiem, koniecznym do przeżycia posiłkiem, napojem, jaki wychylać musiałem każdej niepostrzeżenie nadchodzącej nocy, by nie popaść do reszty w użalenie nad niemożnością własnej możności i wszechogarniającym niesensem.
Najbardziej jednak ze wszystkich odwodzących mnie od tych cynicznych myśli aktywności umiłowałem sobie nie najgłębsze erotyczne uniesienia, ani nawet pierwszy, ledwie napoczęty rozmową flirt, a zupełnie bezimienne, ukradkowe tramwajowe dotknienia. Często były one niepoparte choćby jedną nicią spojrzenia, żadnym poza tym gestem czy słowem, zrodzone jedynie z nieokolonej żadnymi obwarowaniami chęci, wyklute z tego miliona mimowolnych pragnień, jakie tłoczą się gdzieś na granicy świadomości, nigdy jednak nie dając się nawet pomyśleć. Stykaliśmy, stykamy się wtedy ciałami, na początku pół-przypadkiem, w bezimiennym tłumie dookoła, w zatłoczonym do granic możliwości tramwaju, przeciągnąwszy na swoja stronę prawa fizyki, rzucające nas na zakrętach na siebie, pomagając im tylko nieznacznie i pozostając w tej samej przechylonej pozycji, gdy skrzypiący jakby ze zgryzoty pojazd, umęczony niczym zarzynany wciąganiem leniwych turystów na Morskie oko koń, wyjdzie już z zakrętu, by za sekundę lub dwie rzucić nas na siebie z jeszcze większą siłą. Na chwilę przylegamy wtedy do siebie, tak anonimowi, jak tylko się da, młodzi, samotni i niezrozumiani. Ja wiem, że to nie przypadkiem. Ona wie, że to nie przypadkiem. Ja wiem, że ona wie. I ona wie, że ja wiem, że ona wie, a jednak trwamy w ciszy, jakbyśmy milczeniem, jak krwią, musieli przypieczętować ten nigdy niespełniony romans, ukryć go w alibi przypadkowości właśnie, unikając rozczarowań wszystkim tym, co mogłoby nadejść i zanurzając się na powrót w zatęchłej szarością samotności. Na ten jeden moment jednak, jedną trwającą przystanek lub dwa chwilę nasze ciała przylegają do siebie, rzucając wyzwanie ciemiężącej nas kulturze, kurtuazji, całemu temu ceremoniałowi codziennych stosunków, pysznią się, bezczelnie obnoszą się w samym środku zatłoczonego tramwaju bezpośredniością i bezimiennością, występują przeciw nakazom, normom, obwarowaniom społecznym i wszystkiemu temu, co wypada, snując tym dotykiem ukradkowym melodię czystej chęci, pragnienia niezduszonego przez savoir-vivre, spełniają się w tej dzikiej rozkoszy samego dotyku, samej przyległości nienagich ciał, styczności zaledwie dwóch niewypowiedzianych nigdy oskom, niepomyślanych nawet fantazji, z pozoru z gruntu erotycznej, zapalczywie lubieżnej, przesiąkniętej do cna zwierzęcą żądzą nieokoloną nawet jakimkolwiek odczuciem cieplejszym od uprzedmiatawiającego przystawania ciał, lecz w rzeczywistości wyrastającej ze straszliwej, tym straszliwszej, że nigdy nieartykułowanej, nieubieranej w słowa nawet w zaciszu własnych rozmyślań, tęsknoty za drugim człowiekiem, rozpaczliwej samotności w natłoku elektronicznych przyjaciół, w tym bezimiennym tłumie trwożliwie uciekającym od kontaktu, lecz jednocześnie nieustannie go wyczekującym, chęcią bliskości, niemal zupełnie nieerotycznej, ciepłej bardziej niż gorącej, mającej dać spełnienie, nie rozkosz, pożądającej ducha nie materii, bardziej jak okup ofiarowując tą nutę lubieżności, woląc uznanymi zostać za wyuzdanych niż poszukujących BYCIA PRZY, nie znajdując czasu, sił ani możliwości, by urzeczywistnić to poza tą tramwajową ostoją anonimowości, przytułkiem, gdzie w świetle neonowych lamp ukryć się można na chwilę i poprzez zgoła nie euforyczny a statyczny w swej naturze kontakt zapomnieć na moment o przytłaczającej bezimienności tego, co nazywamy współczesnością. To trwa jednak mgnienie oka, kilka zakrętów, parę pomruków szarawej masy wokół i nagle zaciszność tłumu znika, zostawiając za sobą tak wiele miejsc pustych, aż proszących się teraz o zapełnienie kolejnymi niecierpliwymi pasażerami, że i my, nie dość nasyceni bliskością ciał (bo zawsze jest jej nie dość), rozczarowani trwożliwie odsuwamy się od siebie, szepcząc tym pospiesznym ruchem „To tylko przypadkiem”, a potem wysiadamy, równie anonimowi jak na początku, na różnych stacjach, by już nigdy się nie zobaczyć, nigdy nie poznać nawet skrawka drugiej, tak samo spragnionej jak lękającej się tego poznania duszy, wciąż, nigdy chyba nie mogąc ukoić tego nieokiełznanego zewu bliskości, tego tyleż spontanicznego co wyglądanego splotu nieznanych losów, wysiadamy, by znowu być nie-samotni w wielkomiejskim, jak atomy chaotycznie rozsypującym się chaotycznie we wszystkie strony, tłumie. I tylko w kolejną rozjaśnianą jedynie blaskiem monitora, czasem nikłą poświatą zdawkowej rozkoszy noc, gdy zasypiam, zasnęliśmy już, sami, nie-sami, w nieświadomie utkanych ze skrawków wpółzapomnianych zdarzeń snów, odwracam się, odwracacie, odwracamy, by w końcu wyrwać się z okowów bezimienności i zszywamy pomost ponownej bliskości, tymi trzema, czterema, pięknymi, okropnymi, upragnionymi, straszliwymi, prostymi słowami: „To nie tylko przypadkiem”.

Komentarze
Kabaczkiwsosiewlasnym dnia listopad 22 2014 21:49:45
Takie nierealne i takie realne! Schulzowsko, ale współcześnie. Tramwajowy romans... chyba każdy go miał. Pyszne opowiadanie! Czekam na takich więcej!
mrowisko dnia listopad 23 2014 03:21:55
Fajnie się czyta, trafia w emocje
Thadek dnia listopad 24 2014 00:36:11
Czasem można się zgubić w natłoku zdań, ale język bardzo przyjemny, podoba mi się smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie