Nóż między wersami
Nawigacja
Nóż między wersami
Opowiadania
Wiersze
Artykuły
Inne
Foto - video
O mnie
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Karmelowa śmierć

Umierałem długo, powoli, zapadając się w nieprzeniknioną czerń jak w gęstą krew dopiero co zabitych gęsi. Widziałem sklep, mały, prowincjonalny sklep z nadgryzionym zębem czasu szyldem i kilkoma nikomu niepotrzebnymi drobiażdżkami na wystawie. A wewnątrz ja, z matką, trzymając ją za rękę, ale nie będąc z nią, za to wpatrując się szeroko otwartymi ciemnymi oczyma w siebie samego, zapadającego się w wilgotny mrok.
A potem, a może przedtem, był mały dom, pomalowanymi na biało, z dachem pokrytym ciemnym gontem. Na podwórzu były psy, dwa psy, jeden stary i wielki, drugi, dużo młodszy, średniej wielkości. Szczekały na kogoś, kto przechodził alejką sękatych lip, chyba dziewczynę. Miała brązowy warkocz.
Śmierć rzadko bywa tak nagła, jak się wydaje – moja ciągnęła się jak zepsuty karmel, pozostawiając w ustach słodko-gorzki smak odejścia.
I był też dźwięk. Dźwięk hejnału granego na pogrzebach. Ale słyszany jakby z dali, z zupełnie innego miejsca i okoliczności. Dźwięk przejmujący, karcący ciekawskie ucho kawalkadą niezamierzonych dysonansów, a jednocześnie wcale nie smutny, bo w jakiś sposób obcy. A potem odgłos kopania piłki i pełne podniecenia krzyki na boisku.
Woda obmywająca ręce. Poniżej chitynowy pancerzyk raka. I lato.
Wspinałem się też na drabinę, bardzo wysoką i chybotliwą. Na dole był ojciec i ktoś jeszcze. Zastanawiałem się, co będzie, kiedy wejdę jeszcze wyżej?
Gęstniejący mrok jest ciepły. Zimne może być wnętrze wilgotnej, nigdy niewietrzonej piwnicy. Ale absolutny mrok jest ciepły, przytulny. Czasem tylko czuć na ciele zapach spróchniałych ławek.
Akrylowa farba i płyn do podłóg. Jesienny. Albo wiosenny.
A na końcu widziałem drzewo. Niebezpiecznie pochylające się w prawo drzewo. W zatłoczonym mieście. Tuż koło ronda. Wiatr cichł, lecz liście zdawały się cieszyć każdym jego podmuchem. I prosić o więcej. Ulice były pełne samochodów.
I teraz już tylko rozpływające się w ostatnich promieniach bezświatła obrazy, dalekie i wyblakłe, nie moje już, lecz wyrwane z jakichś pożółkłych kart nigdy nie czytanych pamiętników. Już nie ja je widzę, lecz nie-ja. I nic. Cisza i ciemność, która przestaje być przytulna, bo zaczyna po prostu BYĆ. Nie jest już jakaś, ale po prostu JEST. Jak nie-ja.
Nie ciągnie się już jak karmel, staje się bardziej jak skamieniałe krówki, niezmienna i nie do skruszenia.
Śmierć zawsze jest nagła. A jednocześnie nigdy nie bywa zaskoczeniem. Śmierć trwa. A z nim nie-ja.

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashiontrends.icu | frmode.eu